Reklama

Zdrada jest jak trup w szafie

Kiedy się nie udaje?

Reklama

- Kiedy ktoś nie jest do końca przekonany, że chce faktycznie coś zmienić, tylko mówi: "chciałabym", "ja się zmienię". Takie rozmyte sytuacje powodują, że wpada się w stare tory.

Nie uważa pan, że chodzimy dzisiaj na łatwiznę? Nie udał się związek? Trudno, będzie nowy związek i nowy partner, albo stary partner i nowy kochanek.

- Wydaje mi się, że to jest dobre doświadczenie. To model, który przyszedł do nas ze Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Najpierw pobądźcie razem, nawet zamieszkajcie razem i weźcie wspólny kredyt, mimo, że nie jesteście formalnym małżeństwem. To jest lepsze, niż stary, XIX-wieczny model małżeństwa, gdzie najpierw się bierze ślub, a potem dopiero się siebie uczy. Jesteś w kimś zakochany? Zamieszkaj z nim i zobacz, jak to będzie na co dzień. Zobacz, jak będzie wyglądała faza urealniania w związku, czyli jak będzie gdy zdejmiecie już różowe okulary. Wtedy dopiero można sprawdzić czy dana osoba na pewno komuś pasuje, jej poglądy, jej zachowania, biologia, styl życia, jej seksualność. Im więcej mamy jako młodzi ludzie prób, tym łatwiej i szybciej możemy dojrzeć, dowiedzieć się czego chcemy od drugiej osoby i możemy na tych doświadczeniach budować coś trwałego.

Czy przez to nie utwierdzamy w sobie przekonania, że zawsze można zrezygnować z relacji i znaleźć kogoś innego? Przecież zmiana partnera nie zawsze idzie w parze z dojrzałością, przemyśleniem przyczyn rozpadu poprzedniego związku. Nie wszyscy zdobywają się w dzisiejszych czasach na autorefleksję.

- Uważam, że tak czy siak tendencja jest ok. W latach 80., będąc w Szwecji byłem na ślubie, na którym tren panny młodej niosły w kościele dzieci nowożeńców. I to jest super. Ta para przeszła razem długą drogę i wie, że naprawdę chce ze sobą być. Małżeństwo jest ukoronowaniem ich dobrej relacji. Nie podoba mi się odwrócenie tej kolejności. I cieszy mnie, że młodzi Polacy próbują być razem, zanim podejmą decyzję o ślubie.

Seks i religia, w szczególności katolicka, nie idą w parze.

- Religia katolicka wyrosła na pomyśle kontrolowania seksualności człowieka.

Zakaz masturbacji, zakaz seksu przed ślubem, czyli możliwości sprawdzenia się i dopasowania, a nawet zakaz fantazjowania o potencjalnym partnerze - dorosłe osoby może są na to odporne, radzą sobie z tym, jednak seksualność dorastających dzieci owe zakazy mogą zaburzyć.

- Fakt. Religia katolicka upośledza, krzywdzi, zamyka, kontroluje seksualność. To napięcie pomiędzy spełnieniem religijnych obyczajów, a potrzebą własnej ekspresji seksualnej powoduje wiele frustracji. Na jednym z portali katolickich pojawił się ostatnio post, w którym para opisuje, że nie może uprawiać seksu oralnego, bo za dwa dni idą do komunii, przyjmą hostię. W głowach takich osób, a nie jest ich mało, mają miejsce bardzo silne konflikty wewnętrzne, które zabijają seksualność i budują ogromną frustrację.

Żyją w nieustannym poczuciu winy.

- Niestety, kulturowo w Polsce seksualność obciążona jest poczuciem winy. Kościół katolicki nie ma żadnego sposobu na rozwiązanie problemu, nawet edukowanie w tej kwestii swoich wiernych. Nie przekazuje też rzetelnej wiedzy na ten temat z punktu widzenia idei katolickiej.

Zdarzają się panu klienci z takimi problemami? Co im pan radzi?

- Pytam czy to, w co wierzy taka osoba jest dla niej użyteczne. Czy pozwala jej się czuć tak, jakby się chciała czuć. Czy jesteś pewna, że gdybyś się urodziła 1500 km stąd, to miałabyś podobne problemy - pytam. Coaching nie jest aksjologiczny, nie narzuca systemu wartości, tylko pokazuje, że reprezentowany przez klienta system jest nabyty. Nikt nie jest katolikiem biologicznie, nie rodzimy się z tymi przekonaniami. Wspólnie z klientem zastanawiam się w takiej sytuacji, czy w obrębie katolicyzmu istnieje inna droga, by realizować swoją seksualność.

- Tu są pewne szanse, bo coraz więcej ludzi zaangażowanych religijnie uprawia tak zwany churching, czyli wybiera sobie tych księży, którzy są sensowniejsi, z którymi można wejść w kontakt, porozmawiać, którzy pomagają zrozumieć ich dylematy. Ja często, jak trafiam na takie silne, ortodoksyjne przekonania klientów, pytam, czy mogą zaprosić swojego Boga, by ich wsparł.

Ale Bóg widzi, że dana osoba się masturbuje, a to przecież niedopuszczalne.

- Jeżeli klient odkrywa, że jego życie jest tylko narracją wynikającą z tego, jakie wpojono mu wartości, to ja proponuję, by przyjrzał się czy one mu służą. Jeśli nie, to być może jest szansa, by zmienić swoją narrację. Zamiast walczyć z religią, co potęguje poczucie winy, taka sugestia działa ożywczo. Pytam: czy sądzisz, że twój Bóg wyposażał by ciebie w takie potrzeby, jednocześnie stawiając granice? Czy to jest pogląd ludzki czy Boga? Wtedy klient odkrywa, że pewne pomysły w obrębie jego religii są pomysłami czysto ludzkimi, że dobry, miłosierny Bóg nie chciałby jego czy jej cierpienia.

Ale katolicki Bóg lubi kiedy ludzie cierpią czy walczą ze swoimi słabościami.

- Pracuję z klientem tylko w takim obszarze, w którym mogę zbudować mosty. Jeśli nie ma szans na mosty, to klient musi sam dokonać wyboru. Jeśli mam do czynienia z zagorzałą katoliczką, to jedyne, co mogę zrobić, to pomóc jej dokonać takich wyborów, które pozwolą jej zminimalizować poczucie grzechu.

Koniecznie przeczytaj drugą, równie interesującą, część rozmowy z Maciejem Bennewiczem

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: seks | zdrada | religia | praca | problemy intymne | para | problemy komunikacyjne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje