Reklama

Wszystko na sprzedaż?

"Sponsoring" Małgorzaty Szumowskiej wywołał w mediach gorącą dyskusję. Czy to możliwe, że prostytucja wśród studentek jest rzeczywiście na porządku dziennym? Czy dla młodych dziewczyn seks za pieniądze to tylko łatwy sposób zarabiania na wygodne życie? A co myślą o tym znani mężczyźni?

Oddajemy im głos, w formie odwołującej się do Facebooka.

Reklama

Czy układ sponsor ‒ studentka, o którym opowiada w swoim filmie Małgorzata Szumowska, to współczesny substytut miłości na sprzedaż?

Tomasz  Kwaśniewski, dziennikarz "Gazety Wyborczej": - Wcale mnie to nie szokuje. Ta figura jest znana od zawsze. Zwłaszcza w układzie sponsor − sponsorowana. Dla mnie więc ciekawsze byłoby pokazanie relacji sponsorka − sponsorowany. Zwłaszcza, że ten układ staje się coraz bardziej modny.

Rafał Ziemkiewicz, pisarz, publicysta: - Wszyscy zostaliśmy przez Małgorzatę Szumowską zrobieni w konia, bo jej film nie jest o żadnym sponsoringu, tylko o zwykłej prostytucji. Zresztą oryginalny tytuł "Elles" nawiązuje do cyklu obrazów impresjonisty Henriego de Toulouse’a-Lautreca przedstawiającego paryskie prostytutki. Ze "sponsoringiem" nie ma to nic wspólnego. W filmie widzimy młode dziewczyny, które ogłaszają się przez Internet, podają telefon, klienci dzwonią, uzgadniają stawkę... Co to ma wspólnego z układem bogaty kochanek - utrzymanka?

Marcin Prokop, dziennikarz, prezenter: - Współczuję obu stronom. Facetom tego, że nie potrafią zbudować satysfakcjonującej relacji z kobietą, której nie muszą kupować. Dziewczynom, które się prostytuują, tego, że traktują siebie i swoje ciało jak garaż do wynajęcia na godziny. Smutne jest to, że i jednym, i drugim wydaje się, że autentyczny kontakt z drugim człowiekiem można zastąpić transakcją. Że można sobie umeblować życie od A do Z, posługując się kartą kredytową.

Rafał Ziemkiewicz: - Dlaczego to robią? Bo nie mają świadomości tego, że coś im grozi. A przecież jeśli dwudziestolatki w ten sposób zaczynają swoje dorosłe życie, to okaleczają się emocjonalnie. Będzie im ciężko wejść w zwykły, normalny związek. Ugrzęzną w toksycznych układach, gdzie trudno będzie odróżnić prawdziwą miłość od fikcji.

Marcin Meller, dziennikarz, redaktor naczelny "Playboya": - Za czasów mojej młodości "cichodajki" wystawały pod Peweksem, żeby się puścić za "fanty". Ale wtedy wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że to był margines. Dziś pojawiło się nowe zjawisko: brak wstydu. Rozmawiałem na ten temat z sędzią z niedużego miasteczka. Był wstrząśnięty tym, jak to się ostatnio nasiliło. Spotyka się w swojej praktyce z sytuacjami kryminalnymi, gdy dochodzi do poważnych konfliktów, ale te dziewczyny - często 18-latki − opowiadają o swoim życiu i oddawaniu się za pieniądze bez żadnych oporów.

Patryk Vega, reżyser filmu "Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć":  -Myślę, że jest to uwłaczające dla obydwu stron. Kobieta jest jak ogród, który facet ma pielęgnować. Nie wyobrażam sobie, żeby go z kimś dzielić. W przypadku kobiet sądzę, że nie pozwala im to w przyszłości zbudować związku opartego na emocjach. Takie kobiety każdego dnia muszą sobie wmawiać, że się angażują emocjonalnie w to, co robią - inaczej ich "praca" byłaby dla nich nie do zniesienia.

Andrzej Chyra, aktor: - Właśnie to pokazuje nasz film! Analizuje jak pod mikroskopem psychologiczne aspekty wyborów dokonywanych przez te dziewczyny. A mnie trudno jest zjawisko sponsoringu pochwalać czy ganić. Tak po prostu funkcjonuje społeczeństwo. Można to jednak próbować zmienić. Może państwo powinno mocniej wspierać młode kobiety? Utrzymywać studentki, żeby nie musiały szukać pieniędzy na życie?

Marcin Meller: - Ale one nie robią tego z biedy! Ja na studiach prowadziłem bardzo bujne życie towarzyskie, ale nie pamiętam, żebym słyszał o kimś, kto zarabiał w ten sposób. Znałem dziewczyny, które oferowały swoje wdzięki na prawo i lewo, ale robiły to, że tak powiem... społecznie. To był pewien styl życia. A teraz najwyraźniej obowiązuje inny model.

Janusz L. Wiśniewski, pisarz: - Sprytna sztuczka wprowadzenia nobliwego słowa "sponsor" dla nazwania klienta prostytutki ma perfidny cel: wybielić cały ten cuchnący na odległość proceder. To trochę jak spryskiwanie gnojowiska dobrymi perfumami. Filmowi się to bardzo przydało. Chociaż, moim zdaniem, do kin przyszłoby o wiele więcej ludzi, gdyby film nosił niecenzuralny tytuł "Kurewstwo". Poza tym miłość i młodość mają ustaloną cenę już od tysięcy lat, więc to żadne odbicie naszych czasów. Jedynie waluta się zmieniła. Kiedyś płacono za to w talarach, a dzisiaj w dolarach. Poza tym wówczas było dużo mniej studentek.

Wyobrażał Pan sobie kiedyś sytuację, w której uprawiałby seks za pieniądze?

Marcin Prokop: - Jeśli pytasz mnie o to, czy kiedykolwiek bogata pani prezes próbowała zaoferować mi kieszonkowe w zamian za dotrzymywanie jej towarzystwa, to nie. Ja również nigdy nie miałem potrzeby, żeby płacić za seks. Zresztą nie sprawdziłbym się w tej roli, bo nie potrafię oddzielić seksu od uczuć. W tej kwestii mam moralność przedwojennej kucharki, ale dobrze mi z tym.

Patryk Vega: - We wczesnej młodości zaliczyłem kilkakrotnie wizytę w agencji towarzyskiej. Nie byłem tym zachwycony, ponieważ w seksie jestem ukierunkowany na emocje kobiety. Jeśli jest on ich pozbawiony, przestaje mnie interesować. Nie zmienia tego nawet doprowadzenie prostytutki do orgazmu, bo ostatecznie i tak trzeba jej za to zapłacić. Jedna z dziewczyn zaproponowała mi układ, który miał się przerodzić w coś stałego. Nie mogłem się na to zgodzić, ponieważ próbowałbym ją nawrócić, a takie kobiety są niereformowalne.

Tomasz Kwaśniewski: - Zdarzyło mi się fantazjować o tym, że podrywa mnie piękna, bogata, doświadczona 30-letnia kobieta. Wprowadza mnie w świat seksu i luksusu. Miałem też kiedyś dziewczynę, trochę ode mnie starszą, która kupowała mi papierosy, takie, na które nie było mnie stać. I to było ekstra!

Janusz L. Wiśniewski: - Jeśli ma pan na myśli sugerowanie gratyfikacji za seks, to oczywiście, że tak. Jestem zbyt stary, aby mnie to ominęło. Trudno tego uniknąć, odwiedzając na przykład Amsterdam. Tam turystom, najczęściej wbrew ich woli, cennik przedstawiają rośli mężczyźni. Dawno temu w Toruniu pośredniczyłem jako tłumacz w ustalaniu ceny. Dwie prostytutki, jeden klient (pewien utytułowany profesor z obecnej strefy Schengen). Jako nosiciel chromosomu Y czułem się przy tym handlu poniżony. Jednak profesor jakoś mi to uzasadnił: zawsze chciał "rozczarować dwie kobiety naraz". To był bardzo dobry informatyk, ale przy tym mizogin. Poza tym bolało mnie, że chce "rozczarować" akurat polskie prostytutki.

Marcin Meller: - Jestem już dziewięć lat naczelnym "Playboya" i w tym czasie dostałem może ze dwa maile, w których dziewczyny oferowały mi coś w zamian za pomoc w rozpoczęciu kariery. Może po prostu nie sprawiam wrażenia kogoś, z kim można coś w ten sposób załatwić. Kobiety chyba wyczuwają takie rzeczy.

Czemu dziewczyny to robią?

Janusz L. Wiśniewski: - To jest pytanie retoryczne. Jak to czemu? Z tego samego powodu, co tysiące lat temu. Dla pieniędzy zapewniających wygodne życie, kariery, władzy. Każda bohaterka "Sponsoringu" mnie brzydzi. Każda. To są wyrafinowane dziwki. Brzydzą mnie bardziej niż jakakolwiek ukraińska tirówka przy drodze z Poznania do granicy w Świecku. One chociaż utrzymują swoje rodziny we wsiach daleko od Kijowa. I "sponsorów" z ciężarówek także bardziej rozumiem.

Marcin Prokop: - Jestem w stanie je zrozumieć, jeśli do tak desperackiego kroku skłania je jakaś wyższa życiowa konieczność, osobisty dramat, z którego nie widzą innego wyjścia. Jeżeli jednak ma to być dla nich droga na skróty do ustawienia się w życiu, to uważam, że postępują bezmyślnie i popełniają emocjonalnego samobója.

Andrzej Chyra: - To nie jest droga na skróty. Wolę to nazywać inaczej. Przecież praca w fast foodzie, która wydaje się wyjściem w miarę bezpiecznym, nie jest dla każdego.

Marcin Prokop: - Prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy z konsekwencji, które prędzej czy później poniosą - po takim doświadczeniu nie widzę szans na zbudowanie kiedykolwiek normalnej, zdrowej relacji. To trochę jak z żołnierzem, który zabijał na wojnie. Nawet jeśli po zdjęciu munduru wszystko pozornie wraca do normy, to już do końca życia wozi na tylnym siedzeniu swojej głowy mrocznego pasażera, który przypomina o sobie na różne sposoby.

Tomasz Kwaśniewski: - Nie jestem dziewczyną, ale może robią to dlatego, że potrzebują pieniędzy, a tak jest o nie łatwiej? Może w ten sposób jakoś się na mężczyznach mszczą? A może zwyczajnie kręci je połączenie seksu i pieniędzy?

Marcin Meller: - Rozumują tak: mam ciało, mogę je sprzedać. Nie mają wyrzutów sumienia.

Patryk Vega: - Jestem w stanie zaakceptować to tylko w przypadku nimfomanki, dla której uprawianie seksu jest celem pierwszorzędnym, a pieniądze, które za to dostaje, są przy okazji.

Rafał Ziemkiewicz: - Dziewczynie wydaje się, że to nic niezwykłego. Partner czy kochanek może wspierać finansowo swoją ukochaną, a że nie jest to związek oparty na miłości? Ale przecież może się w nią przerodzić. Ludzie dziś coraz częściej poznają się przez Internet, z góry deklarując wzajemne oczekiwania, i takie związki są obecnie powszechnie akceptowane.

Co z tego maja sami sponsorzy?

Janusz L. Wiśniewski: - Jak to co? Swoje orgazmy. Cała reszta to próba dobudowania filozofii do ejakulatu. Szumowska zrobiła to (przy udziale przepięknie masturbującej się francuskiej gwiazdy) przekonująco. Ale to filozofia na kulawych nogach. Filozofia bulwarowa i nic niewarta.

Andrzej Chyra: - Szukają seksu, ale i piękna, kontaktu z kobietami. Łatwiej im zapłacić za dwie godziny z dziewczyną, niż przez dwa miesiące robić podchody. A może nie potrafią wejść w normalny związek? Wydaje im się to bardziej podniecające?

Marcin Prokop: - Muszą czuć się cholernie samotni i próbują załatać tę próżnię w jedyny znany sobie sposób, czyli za pomocą zwitku banknotów. Miłość to dla nich taki sam biznes jak każdy inny. Wydaje mi się, że wielu z nich szuka w takiej płatnej relacji nie tyle samego seksu, co poczucia absolutnej kontroli, a po drugie - bezwarunkowej lojalności. Niczego nie musieć, a wszystko móc - tego nie znajdą w żadnym normalnym związku.

Tomasz Kwaśniewski: - Sponsorzy płacąc za seks, "zyskują" jedynie poczucie, że bez pieniędzy są nikim.

Rafał Ziemkiewicz: - Typowy sponsor to według socjologów coraz rzadziej starszy mężczyzna znudzony rodzinną rutyną - tacy są raczej klientami agencji towarzyskich - a częściej "krawaciarz" z korporacji, który "optymalizuje swój czas". Za ustaloną kwotę ma zapewnioną realizację własnych potrzeb seksualnych.

Marcin Meller: - To wszystko z wygodnictwa i braku czasu. Ale to dopiero początek. Słyszałem, że bogaci Rosjanie wynajmują kobiety, żeby im za pieniądze rodziły dzieci. Realizują się jako ojcowie i nie muszą dzielić się z nikim odpowiedzialnością za wychowywanie.

Patryk Vega: - A ja byłbym w stanie zidentyfikować się z mężczyzną, który wynajmuje luksusową prostytutkę do celów biznesowych. Wiele z tych dziewczyn jest bardzo elokwentnych, świetnie wyedukowanych. Oprócz tego, że fantastycznie się prezentują, potrafią wypowiedzieć się przy stole na każdy temat. Mogę zrozumieć finansistę, który płaci dziewczynie nie za seks, ale za to, by chodziła z nim na spotkania biznesowe i pomagała mu osiągać określone cele. Jeśli taka dziewczyna wzbudza zachwyt i zazdrość innych samców, zazwyczaj przelewamy adekwatne emocje na mężczyznę, z którym jest - idealizujemy go, ergo jego notowania w naszych oczach rosną.

Dlaczego sponsoringiem są zainteresowane również dziewczyny z dobrych domów?

Marcin Prokop: - Chociażby dlatego, że ludziom takim jak Kazia Szczuka, którą uważam za mądrą i inteligentną kobietę, zdarza się rzucać niemądre opinie, że "seks jest tylko grą". Niestety nie tylko ona prezentuje podobne podejście, co jest o tyle zaskakujące, że jest ono skrajnie antyfeministyczne. Bo co dobrego wynika z niego dla kobiet? Idąc dalej tym tropem, łatwo znaleźć moralne alibi dla handlu własnym ciałem, które staje się pięknie połyskującą walutą w ekscytującej "grze", a nie ordynarną prostytucją, która łamie ludziom życie. I jest formą zniewolenia, a nie objawem emancypacji.

Janusz L. Wiśniewski: - Myli się pan. Sponsoringiem są zainteresowane także absolwentki podstawówek pracujące jako sprzedawczynie w wiejskich sklepikach bardzo daleko od warszawki i Paryża. Z ładnych wiejskich domów w Polsce B, często o wiele lepszych niż tak zwane dobre domy. Nie znam żadnych danych z ankiet, ale intuicyjnie mogę to sobie wyobrazić. Jednak one mają na sponsorowanie mało szans. Cóż za hipokryzja!

Patryk Vega: - Dziewczyny z tak zwanych dobrych domów często są trzymane na krótkiej smyczy. Nie mogą się wyszaleć, spróbować różnych rzeczy. Gdy kończą 18 lat, wreszcie wyrywają się spod kurateli rodziców i robią to na całego. Myślę, że zależy im też, żeby udowodnić, że są samowystarczalne i nie potrzebują niczyjej pomocy. Sponsoring pozwala im to najszybciej osiągnąć. Ale tylko z pozoru najłatwiej.

Rafał Ziemkiewicz: - A co to są te "dobre domy"? W powszechnym odczuciu to rodziny bogate, gdzie dzieciom nie brakuje niczego, co można kupić. Ale w większości takich domów panują chore układy - rodzice więcej czasu poświęcają zdobywaniu pieniędzy niż swoim dzieciom. Albo to rodziny porozbijane, gdzie brakuje ojca, albo przeciwnie - występuje nadmiar "tatusiów", zmienianych co kilka miesięcy. Z matkami oziębłymi albo nadopiekuńczymi. Bez wzorców normalnej miłości. To mają być "dobre domy"? To ja dziękuję.

rozmawiała SERGIUSZ PINKWART

PANI 4/2012

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje