Reklama

Polak w sex-shopie

Już nie tabu, ale jeszcze nie "oczywista oczywistość". Polski seks-biznes może śmiało konkurować z ofertami naszych zachodnich sąsiadów. A jak się mają jego klienci? Czy, a jeśli tak, to po co, Polak bywa w sex-shopie?

W latach dziewięćdziesiątych, kiedy w Polsce zaczęły się pojawiać pierwsze sklepy z akcesoriami erotycznymi, mijając ich szyld, matki zasłaniały dzieciom oczy, a radykalne staruszki spluwały z obrzydzeniem. Dzisiaj podobne przybytki nikogo już nie dziwią i mało kogo bulwersują. Wpasowały się w krajobraz tak, jak eleganckie salony "masażu" czy panie stojące w pewnych częściach miasta. Jak mówią ich obrońcy i zwolennicy - wszystko jest dla ludzi.
Po ile te baloniki?

Michał, sprzedawca w jednym z krakowskich sex-shopów, pracuje w nim od kilkunastu lat, czyli prawie od samego początku powstania firmy i - jak sam mówi - widział już chyba wszystko.

Reklama

- Kiedy otwieraliśmy, jako jedni z pierwszych, zainteresowanie było ogromne. Tak samo jak wstyd i obawa. Najpierw, żeby wejść, bo a nuż jakaś sąsiadka zauważy. Potem, żeby obejrzeć asortyment, bo przecież to nie wypada. Trzydziesto-, czterdziestolatki - to była wtedy grupa najczęściej odwiedzająca sklep. Mówię odwiedzająca, bo z kupnem to było różnie. Pierwsza wizyta to zazwyczaj oswajanie. Ludzie musieli się przekonać, że nikt nie rzuci się na nich i nie zacznie nachalnie namawiać to kupna nie wiadomo czego. Dyskrecja, dyskrecja i jeszcze raz dyskrecja. W tej branży delikatność jest konieczna. Jeśli ktoś poczuje się urażony albo skrępowany, więcej nie wróci - opowiada Michał.

A nie ma pan czegoś większego?

Dzisiaj sprawa wygląda zupełnie inaczej. Przychodzą młodzi i starsi, kobiety i mężczyźni, nastolatki wybierają dmuchaną lalkę na osiemnastkę kolegi, bujna brunetka przebiera w wibratorach, pan z wąsem zapatrzył się na kolekcję "świerszczyków".

- Nie ma porównania z tym, co było dziesięć lat temu. W tej chwili mało kto wchodzi "zobaczyć, co jest". Zazwyczaj klienci przychodzą po konkretną rzecz, nie boją się o nią zapytać, oglądają dostępne modele czy warianty, proszą o sprowadzenie. Pojedynczo, często pary, bo we dwójkę raźniej. Dokładnie wiedzą, czego chcą, i umieją o to prosić. To cieszy. Dorasta nam społeczeństwo, a to dobrze. Mówienie o swoich potrzebach to pierwszy krok do ich zaspokojenia - mówi Michał.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: seks | sex

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje