Reklama

Władcy luksusów

Gdybyś był królem, w twoim garażu na pewno stałaby albo Honda Gold Wing, albo BMW K 1200 LT. Dzisiejszy świat nie zna bardziej luksusowych maszyn.

Oba motocykle należą do turystycznej ekstraklasy, co nie znaczy, że są identyczne. Pierwsza różnica: kanapy.

Reklama

Gold Wing imponuje pod tym względem delikatnymi szwami, tapicerką i doskonałą jakością materiału, którym ją obito. Ten mebel pasowałby do większości salonów. Kanapa, która dysponuje BMW K 1200 LT, robi wrażenie wyraźnie biedniejszej. Obie - co trzeba podkreślić - zapewniają duży komfort. I dobrze, bo wyprawa, w czasie której będą testowane te dwa krążowniki, liczy ponad 3500 km.

Jeśli więc chodzi o wygodę, ogłaszam remis. Po "przestrzeniach bagażowych" Hondy widać, że projektanci trochę pogłówkowali. Wewnątrz kufrów mamy torby ozdobione logo Gold Winga, pokrywy kufrów opadają powoli, a to dlatego, że wyposażono je w specjalne amortyzatorki. Kufry BMW zaś podtrzymują tandetnie wyglądające paski.

Niewielka wysokość kanapy i płaski zbiornik powodują, że na Gold Wingu siedzisz prawie jak na skuterze. Motocykliści o wzroście poniżej średniej pochwalą tę pozycję, wysocy - ponieważ będą mieli problemy ze zmieszczeniem nóg - wręcz przeciwnie. BMW było pod tym względem bardziej wspaniałomyślne, co więcej - pomyślało o regulacji wysokości kanapy.

Wystarczy, że przejedziesz parę metrów i już wiesz, że beemka jest łatwiejsza w obsłudze. Jednym z dowodów jest to, że w Hondzie wysokość szyby regulujesz ręcznie, w BMW zaś odbywa się to elektrycznie.

Beemkowe radio wyposażono w automatyczna regulację głośności w zależności od prędkości jazdy. Słychać je dobrze aż do 150 km/h. Zegary są czytelne, a przełączniki po lewej stronie kierownicy zapewniają łatwy dostęp do wskazań komputera pokładowego.

Nie trzeba spostrzegawczości indiańskiego tropiciela, by stwierdzić, że Gold Wing przenosi nas w świat jakichś udziwnień. Podczas gdy w BMW widzisz 20 przełączników i przycisków (niezły wynik!), w Hondzie jest ich a. 40. Wygląda na to, że konstruktorzy nie dali sobie rady z własną fantazją. Ale i LT ma swoje dziwactwa. Np. kierunkowskazy. W lewej ręce masz włącznik lewego migacza, w prawej - prawego i wyłącznik obu. Jeśli zabraknie ci czasu, chęci czy cierpliwości, aby się rozeznać we wszystkich przyciskach i przełącznikach, masz przechlapane.

Ale zostawmy tę guzikologię. Traktujące o niej grube instrukcje obsługi pozostaną w kufrach. W końcu mamy przed sobą wystarczająco długą trasę, aby wszystko wyprobować.

Wyjeżdżamy na autostradę. Pierwsze kilometry pokonujemy w ekspresowym tempie. Jest miło, jedzie się jak po maśle, nawet deszcz nie zdołał nam zepsuć tej przyjemności. Owiewki i szyby skutecznie chroniły przed wodą. Z małymi wyjątkami stale mieliśmy na zegarze co najmniej 100 km/h, więc oba silniki szybko powiedziały nam co nieco o swoich zaletach i wadach. Ponieważ w BMW pracuje rzędowy czterocylindrowiec o pojemności 1171 cm3, a w Hondzie sześciocylindrowy bokser o pojemności 1832 cm3, nie bardzo chcą poddać się porównaniu. Zmierzone na wale korbowym 110 KM Gold Winga to wyraźnie mniej niż deklarowana przez producenta moc maksymalna (118 KM) i o 1 KM mniej od LT. Ale za to zmierzony na hamowni moment obrotowy już przy 4200 obr/min osiąga potężną wartość 150 Nm. To wprowadza cię do motocyklowego nieba.

Obojętnie na którym biegu, silnik już od 1000 obr/min przyspiesza płynnie i nie ma znaczenia, że ten tron na kołach ważyła 409 kg. Gdy wskazówka obrotomierza pójdzie wyżej na skali, odgłos wydechu to prawdziwa rozkosz. Biker na BMW, jeśli nie chce stracić kontaktu z "japończykiem", musi często mieszać biegami. Na domiar złego, beemkowa skrzynia psuje całą zabawę, lekka praca to dla niej marzenie. Szczególnie w dolnym zakresie obrotów zespół napędowy K 1200 LT zasługuje według mnie, aby nazwać go słabym i mało kulturalnym.

Dowiedz się więcej na temat: Honda | świat | BMW | motocykl | kanapy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje