Reklama

Wśród łowców głów

Obiema rękami mocno trzymam długą, drewnianą dzidę zakończoną metalowym ostrzem. Prawą nogę wysunąłem do przodu, by łatwiej odeprzeć natarcie lub zaatakować. Zaraz zacznie się walka. Tu, w kalimantańskiej dżungli, w środku Borneo, wśród łowców głów, takie walki toczy się na śmierć i życie. Kto zwycięża, obcina wrogowi głowę...

Naprzeciwko stoi potężny Dajak, wódzi wioski. Jest półnagi, ma barczyste ramiona i silne ręce. Napręża potężne mięśnie i kieruje broń w moją stronę. Za chwilę uderzy. Trzeba odeprzeć to natarcie, a potem samemu pchnąć. Ale szanse mam mizerne. Jest wyższy i silniejszy ode mnie. I co najważniejsze: ja pierwszy raz będę walczył na dzidy, a ten Dajak, łowca głów, ma za sobą setki takich walk.

Reklama

Jeśli trafi mnie w brzuch, wyrwie mi dzidą wnętrzności. Tryśnie krew, a po następnym ciosie w pierś będę trupem. Potem, jak to mają w zwyczaju łowcy głów, odetnie mi głowę, spreparuje ją i zasuszy, a następnie włoży do niewielkiej skrzyni stojącej na wysokim palu przed jego domem, tam gdzie trzyma głowy wrogów, których zabił wcześniej.

Dajak uderza. Z trudem odbijam cios i próbuję trafić go w pierś. Łatwo odrzuca moją dzidę. Potem zadaje kolejny cios i jeszcze jeden. Cofam się coraz bardziej pod jego uderzeniami i najchętniej wziąłbym nogi za pas. A on wciąż atakuje, coraz mocniej i mocniej. Oczy zalewa mi pot. Długo już nie wytrzymam. Dajak dostrzega to, uśmiecha się i... odkłada broń. Oddaję dzidę najbliższemu wojownikowi i podaję rękę przeciwnikowi. Uśmiecha się ponownie i klepie mnie po plecach. - Nieźle Taddy - mówi. - Nieźle ci poszło.

Komplement jest na wyrost. Gdyby walka toczyła się naprawdę, leżałbym martwy w kałuży krwi...

***

Ten fingowany pojedynek odbywa się późnym wieczorem na strychu ustawionego na wysokich palach, typowego dla tego regionu longhouse'u, czyli długiego, zamieszkałego przez kilka rodzin domu w wiosce Bakonsu Dayak Village. Wieś położona  jest  w środkowej części Borneo, dwa tygodnie wędrówki przez dżunglę z południowego wybrzeża wyspy.

Współcześnie tylko małą część tej drogi pokonuje się pieszo, przedzierając się przez dżunglę. Większość trasy można przebyć na szybkich łodziach motorowych. Czekają w porcie na rzece Lamandau, w mieście Pangkalanbun, na południowo-zachodnim wybrzeżu Borneo. Motorowych ślizgaczy jest tu w bród, ale wybierać należy uważnie, bo niektóre nie gwarantują bezpiecznej podróży. Również nie wszyscy Indonezyjczycy siedzący za kierownicą motorówek są godni zaufania. 

A wywrotka przy prędkości pięćdziesięciu kilometrów na godzinę lub zderzenie z podwodną skałą lub głazem, których w rzece pełno, może skończyć się śmiercią. Nawet banalna usterka, która unieruchomi  łódź, jest niebezpieczna, bo wtedy trzeba przebijać się przez dżunglę do najbliższej wioski. Pół biedy, jeśli ma się ze sobą namioty, moskitiery, wodę,  żywność, mapy, kompasy itp. Bez nich można nie przeżyć.

- Nie bój się - mówi dwudziestosześcioletni Suabi, mały, szczupły Indonezyjczyk w porcie na Lamandau, zachwalając swoją motorówkę. - Łódź dobra, pływam od dziesięciu lat, gwarantuję, że na wieczór bezpiecznie dotrzemy do celu.

Trzeba mu zaufać, jego łódka wygląda lepiej niż pozostałe, a on mówi trochę po angielsku.

Rusza gwałtownie, prędkość wciska w siedzenie, pęd ciepłego, tropikalnego powietrza bije w twarz. Wkrótce znikają portowe pomosty, dziesiątki łodzi, rzecznych stateczków i liche domki Pangkalanbun. Słońce praży niemiłosiernie. Po kilkunastu minutach na obu brzegach rzeki pojawia się dżungla, która rozciąga się hen, setki i tysiące kilometrów na północ i wschód.

Borneo, zwane przez miejscowych Kalimantanem, odkrył Magellan w 1521 roku. To trzecia co do wielkości wyspa  świata, ponad dwa razy większa od Polski, niemal w połowie pokryta tysiącami hektarów tropikalnych lasów, o zabójczym klimacie i wciąż mało znana. W wielu miejscach nadal dziewicza, pełna tajemnic i niebezpieczeństw. Żyje tu kilkadziesiąt gatunków jadowitych węży, tysiące gatunków insektów i owadów, pijawek i większych, groźnych zwierząt.

W trudno dostępnych górach płyną zdradliwe rzeki górskie, z mnóstwem uskoków, przewężeń i kipieli. Rosną tutaj jedne z najstarszych na świecie lasów deszczowych. Wciąż odkrywa się nowe gatunki flory i fauny (w okresie ostatnich dwudziestu lat naukowcy dokonali prawie 370 takich odkryć). Wyspa jest jednym z nielicznych regionów świata, gdzie na wolności żyją orangutany. Niewiele jest tak niezwykłych miejsc na Ziemi.

W głębi Kalimantanu, nad rzekami i w dżungli, żyją jej rdzenni mieszkańcy  - Dajakowie. To czterysta, określanych wspólną nazwą, grup plemiennych, które  tworzą około sześciomilionową populację. Obok nich wyspę zamieszkują Bandźarowie, Malajowie i Chińczycy. Ale to Dajakowie są najmniej poznani i to o nich wciąż krążą niesamowite opowieści. Bo tylko oni są słynnymi łowcami głów z Borneo.

Wieści o tym, że Dajakowie obcinają pobitym wrogom głowy maczetami zwanymi mandau, preparują je potem i wieszają u wejścia do swoich domów, rozpowszechnili dziewiętnastowieczni podróżnicy, którzy wrócili do Europy z Borneo. Wiszące przed domem czaszki miały gwarantować Dajakom wysokie zbiory ryżu, zapewniać zdrowie, płodność kobiet i bogactwo zwierzyny łownej, a ilość głów świadczyć o prestiżu wojownika. Podróżnicy pisali także, że niektórzy Dajakowie są kanibalami. Inni precyzowali, że nie jedzą ludzkiego mięsa, by zaspokoić głód, lecz związane to jest z rytuałami i obrzędami.

Tak czy owak wieści te budziły zgrozę i wielkie zainteresowanie w Europie. Francuska encyklopedia z końca XIX wieku "Obyczaje ludów świata" opisuje ich tak: "Są skryci, zdradliwi i okrutni. Nie ma na świecie bardziej drapieżnych i zaciekłych łowców głów. Ich wrogiem jest każdy, kto nie należy do ich plemienia, jego czaszka powinna zdobić ich domostwa. A mężczyzna jest tym bardziej szanowany, im więcej głów zetnie". Kilkadziesiąt lat później, podczas drugiej wojny światowej, rozeszły się wieści, że zabitym Japończykom Dajakowie odcinają głowy.

Taki sam los spotykał żołnierzy wysyłanych przez rząd indonezyjski w celu spacyfikowania Dajaków. Potem o ich wyczynach ucichło. Kiedy wydawało się, że ucywilizowali się i zrezygnowali z walk i odcinania wrogom głów, że zajęli się rybołówstwem, rolnictwem i łowiectwem - w styczniu 1997 roku doszło do brutalnych walk z przybyszami z wyspy Madura. Światowe media doniosły, że Dajakowie, którzy zwyciężyli w tych walkach, powrócili do tradycji odcinania głów.

 Czy tak było naprawdę? Być może za parę godzin będzie okazja, by porozmawiać z nimi o tym, bo łódź prowadzona przez Suabiego płynie teraz szybko w górę Lamandau. Na obu brzegach coraz wyższa i gęstsza dżungla. Czasem, w jakiejś zatoczce lub wśród szuwarów, pojawia się łódka, z której rybacy łowią ryby, gdzieniegdzie na tle tropikalnego lasu widać niewielkie domki, zbudowane na wysokich, pięcio-sześciometrowych palach nad samą rzeką, by, gdy podniesie się poziom wody, nie zalało domostwa. Płyniemy z maksymalną szybkością i tylko wtedy, gdy rzeka zwęża się, a z dna wyłaniają się wielkie głazy lub skały, Suabi zwalnia i zręcznie omija przeszkody.

Nagle trach, gruch! Tym razem nie zdążył. Rzeka niespodziewanie zamieniła się w kipiel z kaskadowymi spadkami i wystającymi głazami, a Suabi przymknął zawór paliwa za późno. Pod dnem motorówki coś zachrupotało, a potem  huknęło, łódź podskoczyła w górę i spada teraz z metrowej kaskady. Za sekundę wpadniemy w tę kipiel. Indonezyjczyk niemal gasi silnik, skacze na bok, przechyla się tak, iż wydaje się, że zaraz znajdzie się w rzece i ... zatrzymuje motorówkę.

- Sorry, Taddy - mówi. -  Zagapiłem się, musimy płynąć do brzegu i naprawić dno. Inaczej nie dopłyniemy.

Na brzegu obraca łódź na bok. Dno na długości dwudziestu centymetrów jest rozerwane. Mój Boże, jak w tej  dżungli to naprawić?

- Nie martw się  - mówi - poradzę sobie. A ty możesz  spenetrować dżunglę. Tu niedaleko powinny być orangutany. Tylko nie zgub się, nie wchodź za głęboko. Bywa tu niebezpiecznie. Wróć nie później niż za półtorej godziny.

Dżungla jest gęsta, drzewa wysokie. Ale w przeciwieństwie do amazońskiej, ta nie jest ciemna. Można swobodnie iść. Kilka metrów od brzegu wąska ścieżka prowadzi w głąb. A zatem bywają tu ludzie. W górze niewielkie małpy wyprawiają harce, ptaki śpiewają. Gdzieś w pobliżu coś szura. Zapewne jakieś przestraszone zwierzę ucieka w głąb lasu. Kilometr dalej otwiera się rozległa polana.  A na jej obrzeżach, wysoko na drzewach harcują orangutany.

Te małpy naprawdę przypominają człowieka - mają podobne ruchy i mimikę, zbliżone reakcje. Taka trochę karykatura nas samych. W plecaku mam kilka bananów. Rzucam je na polanę i już wiem, że to był błąd i że trzeba teraz uciekać. Z wysokiego drzewa błyskawicznie  opuszcza się, niemal spada, ogromny samiec i biegnie w kierunku owoców. Jest wielki i lepiej nie wchodzić mu w drogę. Łapie banany, trzy wkłada do gęby, a pozostałe bierze w łapę i równie szybko jak zlazł na dół, wspina się na drzewo.

Pora wracać. Suabi siedzi w motorówce i śmieje się z daleka. -Gotowe, możemy płynąc dalej! - woła zadowolony. Dwa kawałki plastiku, który zawsze wozi ze sobą oraz klej sprawiły, że dziury w dnie już nie ma. Dopiero teraz dostrzegam, że całe dno motorówki jest połatane. To nie było więc pierwsze zderzenie z podwodnymi głazami.

***

Zbliża się wieczór, za nami ponad dwieście kilometrów. Dopłynęliśmy do krainy Dajaków. Z oddali widać niewielki pomost. To wioska Bakonsu Dayak Village. Jesteśmy u celu.

W ciągu kilku minut nad wodą gromadzi mnóstwo dzieci i dorosłych. Są życzliwi i uśmiechnięci. To jednak mała sensacja, bo nie co dzień przybywają tu biali. Gromadka Dajaków prowadzi wprost do wodza wioski. Wizyta w Bakonsu musi zaczynać się od spotkania z wodzem, to obowiązkowy rytuał.

Wysoki, barczysty, czterdziestoparoletni mężczyzna w niczym nie przypomina  wodza z wyobrażeń. Nie nosi przepaski na biodrach, kolorowych korali ani pióropusza na głowie, w ręce nie trzyma broni ani żadnych totemów. Ubrany jest w dżinsy i kolorowy tiszert. Jest nie tylko wodzem, ale także jedynym przedstawicielem indonezyjskiej administracji oraz jedynym policjantem równocześnie. Państwo indonezyjskie, które nie jest w stanie tworzyć w dżungli administracji i policji, wykorzystuje struktury plemienne do przekazywania państwowej władzy. Nikt obcy nie zostałby tu zaakceptowany. Dzięki temu wilk syty i owca cała - państwo, które naprawdę tu nie istnieje, jednak jakby jest. Ale w efekcie tego zamiast prawa państwowego obowiązują stare zasady i obyczaje oraz pełna, niczym niegraniczona  władza wodza-wójta-policjanta.

W wiosce zostało już tylko kilka tradycyjnych longhouse ów. Pozostałe domostwa, zbudowane z drewna, niektóre z pięknymi rzeźbieniami na zewnątrz, to niewielkie jednorodzinne domki, przypominające trochę dawne górskie schroniska, a trochę altanki w ogródkach działkowych. W środku, proste, azjatyckie meble, obowiązkowy telewizor, na dachu lub na podwórzu wielkie, prymitywne, zrobione z siatki drucianej, anteny satelitarne skierowane wprost w niebo, bez charakterystycznego u nas pochylenia czaszy, bo jesteśmy przecież niemal na równiku. W centrum wsi ładna szkoła, obok chrześcijański kościół. Cywilizacja wdarła się w głąb tego jeszcze tak niedawno prymitywnego, dzikiego świata.

Wódz uśmiecha się, z zadowoleniem przyjmuje podarki i prowadzi  na strych longhouse u, gdzie wieczorem odbędzie się powitalna zabawa, na którą zostaną zaproszeni najważniejsi mieszkańcy oraz najpiękniejsze dziewczyny i kobiety. Na wysoki strych dostać się niełatwo. Wchodzi się po długim drewnianym palu z wyżłobionymi niby-schodkami. Łatwiej spaść niż wejść.

Późnym wieczorem zaczyna się zabawa. Przyszło około pięćdziesięciu osób. Najpierw powitane. Należy przywitać się z każdym obecnym, każdemu podać rękę. Na bębnach i gamelonach, czyli jakby mosiężnych garnkach, w które uderza się drewnianymi pałkami, przygrywa kilkuosobowy zespół. Kobiety podają ryżowy arak, dość paskudny, średniej mocy alkohol. Nie byłoby problemu z wypiciem, bo bywają bardziej okropne alkohole, gdyby nie to, że pije się z byczych rogów. A w takim rogu mieści się z pewnością ponad pół litra. Wypić zaś należy do dna, bo jak odłożyć róg? Wylać naprawdę nie wypada. Dajakowie sami piją sporo, ale też bacznie sprawdzają czy biały nie pogardzi.

W głowie szumi, gdy zaczynają się tańce. Żeby zatańczyć z Dajaczką nie wystarczy jej zaprosić. Trzeba poprosić też o zgodę wszystkich obecnych mężczyzn. Tu i ówdzie, zmorzony wysiłkiem i arakiem, ktoś zasypia. W głowie i przed oczami coraz więcej kolorów. Sala balowa powoli zamienia się w wielką, wspólną sypialnię.

***

Na porannego kaca najlepszy jest sok z  kokosa. Wódz o tym wie, więc czeka z poczęstunkiem.

- Lepiej teraz? - pyta.

- Oj lepiej, dużo lepiej.

 Pijemy ten cudowny, chłodny sok, a ja muszę zapytać  o walkę z Madurakami i ścinanie głów. Jak to było?

- Musieliśmy ich ukarać - mówi wódz - więc zrobiliśmy, co należało.

Chwilę milczy, ale widząc moje pytające spojrzenie, dodaje: -  Dajakowie hańby nie przepuszczą.

- Jakiej hańby?

- Czwórka Maduraków zobaczyła naszą dziewczynę na ścieżce do wioski. Dogonili ją, zaciągnęli głębiej i zgwałcili. Wszyscy czterej, jeden po drugim. Gwałcili bezwzględnie, brutalnie. Takie bydlaki. Dziewczyna dotarła do wsi i opowiedziała co się stało. Nasi mężczyźni chwycili za maczety i dzidy i pogonili za nimi. Dwóch dopadli. Pierwszy zginął od ciosu dzidą, trafili go w plecy, upadł, obrócili i wbili włócznię w brzuch, wyrwali wnętrzności, potem odcięli głowę. Drugiego złapali i rzucili na ziemię, trzech go przytrzymało, a czwarty dwoma cięciami mandau ściął mu głowę. Obie głowy przynieśli do wsi na dowód zmazania hańby. Należało jeszcze odnaleźć dwóch pozostałych. Ale nie zdążyliśmy. Półtora tysiąca Maduraków przybyło, aby dokonać zemsty. Wieści o tym szybko się rozeszły. Dajakowie chwycili za broń. Goniliśmy ich po dżungli, łapali i zarzynali. Było dużo potyczek, w których ginęło po kilku Maduraków i jedna wielka bitwa. Ich było prawie tysiąc, nas dużo więcej. Nie braliśmy niewolników, zabijaliśmy jednego po drugim, po kolei, jak szło. Naszych zginęło kilkudziesięciu, ale ich niemal tysiąc. Tylko nieliczni uciekli.

- Byłeś tam?

- Miałem wtedy dwadzieścia parę lat. Jakże mógłbym nie być!? Byłem i sam zabiłem pięciu. Odciąłem im głowy. Mam je tutaj - wskazuje na skrzynkę, rodzaj gołębnika, umieszczoną na trzymetrowym palu. - Chcesz zobaczyć? - pyta i nie czekając na odpowiedź wdrapuje się na pal i ze skrzyni wyjmuje spreparowaną czaszkę. Najpierw jedną, potem drugą, trzecią...- No weź, nie bój się - mówi.

Chowa czaszki, a potem snuje opowieści o walkach Dajaków, te które usłyszał od ojca i dziadka.

- Kiedyś - opowiada - wieszaliśmy te czaszki przed wejściem do domu lub pod powałą w sznurowych siatkach, były widoczne na pierwszy rzut oka. Teraz tak nie można, więc trzymam je tu, ale każdy Dajak wie, co tam jest.

Uśmiecha się. Widać, że jest dumny z siebie. W końcu jest Dajakiem, potomkiem łowców głów. Godnym potomkiem, bo przecież sam jest łowcą głów.

Następnego ranka odprowadza mnie do motorówki.

- Wrócisz tu jeszcze? - pyta.

Potem długo macha ręką na pożegnanie. 

Tadeusz Biedzki

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje