Reklama

Volvo S60: Spełniony kalifornijski sen

Volvo S60 T8 Polestar Engineered /INTERIA.PL

Internetowa legenda mówi, że gdy po raz pierwszy lądujesz w Stanach, automatycznie dostajesz kasę na rozruch. Tak było i w moim przypadku, z tą małą różnicą, że oprócz pieniędzy (odszkodowanie za opóźniony lot z Warszawy do Los Angeles) dostałem zakwaterowanie w luksusowym hotelu i dwa lśniące, pachnące nowością samochody do dyspozycji. Szofer? Nie był potrzebny. Kalifornijski sen spełnić miałem sam...

Volvo S60 - tak nazywał się powód mojej wizyty w USA. Co z tego, że zaledwie trzydniowej? Jeśli ktoś zaprasza cię do słonecznej Kalifornii i obiecuje wiele atrakcji, w tym szybką jazdę, po prostu nie wypada odmówić.

Romans Amerykanów z Volvo trwa od wielu lat. Starsze modele, wzorowane na kształcie cegły murarskiej przeszły tam właściwie do historii kultury masowej. Prawdziwym celebrytą był w Stanach ś.p. Irv Gordon, człowiek, który swoim P1800 przejechał od nowości ponad 3 miliony mil, a poczciwa, ukochana nie tylko przez "soccer moms" 240-stka i modele jej pokrewne wystąpiły w większej ilości filmów, niż George Clooney, Robert De Niro i Samuel L Jackson razem wzięci.

Nie można się chyba dziwić temu, że po takich przejściach wieloletni romans w końcu przerodził się w mocno sformalizowany związek. Chińscy właściciele marki Volvo zdecydowali się bowiem na ogromną inwestycję i kosztem 1.1 miliarda dolarów oddali do użytku fabrykę tych samochodów w USA. Mieści się w South Carolina i to właśnie tam produkowany będzie nowy model S60, który na europejskim rynku zadebiutuje w 2019 roku.

Reklama


I takimi właśnie egzemplarzami, jednymi z pierwszych amerykańskich S60 chwalili się przedstawiciele Volvo podczas oficjalnych prasowych prezentacji i testów dla dziennikarzy z całego świata. Bazą wypadową do całej operacji była Santa Monica, a dokładniej mówiąc - położony nad samym brzegiem oceanu hotel Shutters on Beach. Miejsce świetne na wakacje, ale do pracy - również niczego sobie.

Do Los Angeles przylatujemy po 18. miejscowego czasu. Nad "miastem aniołów" zachodzi słońce, gdy kierujemy się na obowiązkowe spotkania z oficerami imigracyjnymi. Uzbrojony w pistolet urzędnik wypytuje mnie o cel wizyty w Stanach. Gdy opowiadam o jeździe nowym volvo, wyraźnie wyrywa się z rutynowego letargu. Pyta o model, moc, przyspieszenie i cenę. Zdradza, że sam kiedyś jeździł szwedzkim autem i dobrze je wspomina. Oddając mi paszport życzy szerokiej drogi i przypomina o ograniczeniach prędkości.

Z uwagi na różnicę czasu, trzy godziny po śniadaniu w samolocie, w hotelu serwowana jest kolacja. Wybieram szparagi, wysmażony stek i lody z bitą śmietaną obficie posypane słonym popcornem w karmelu. Przez okno widzę, jak wzdłuż plaży wieczornemu joggingowi oddają się miejscowi wyznawcy fit-życia. Ja jednak nie zaprzątam sobie głowy liczeniem kalorii. Poddaję się amerykańskiej gościnności.

California dreaming

Rano budzę się wyjątkowo wcześnie. Trochę to jet lag, trochę ekscytacja nowym miejscem i wyjątkowymi okolicznościami. Służbowej wycieczki do Kalifornii zazdroszczą mi wszyscy kumple. Ta kraina to epicentrum zachodniej cywilizacji, o czym będąc tutaj, przekonujesz się dosłownie na każdym kroku.

W końcu nadchodzi ten moment. Godzina 9:00, pora przegrupować się w dwuosobowe drużyny i pobrać samochody z parku maszyn. Ustawione grzecznie w rządku S60-tki czekają na swoich testerów. Plan dnia brzmi cudnie. Do zrobienia mammy 170 kilometrów widokową, górzystą trasą. Docieramy do winnicy, jemy obiad, zmieniamy samochód i do hotelu wracamy widokową drogą nad oceanem. Prognozy pogody? Bezchmurne niebo, 27 stopni. To jest właśnie "Cali life".

Na początek zajmuję miejsce na fotelu pasażera. Ustawiam klimatyzację, zaglądam do schowków. W jednym leży iPhone, sparowany z systemem car-audio. Odpalam więc Spotify. Na górze playlisty szwedzki cover legendarnego przeboju "California Dreaming". Wpasowuje się idealnie w klimat przejażdżki. "I'll be safe and warm, if I was in L.A." - płynie z żółtych głośników Bowers & Wilkins skrytych za zimną, metalową maskownicą na drzwiach. To potwierdza aktualną dewizę firmy w kwestii materiałów wykończeniowych - jeśli coś wygląda jak metal/drewno to tym właśnie jest. Niby banalne, ale w wielu samochodach obecnie produkowanych wcale nie takie oczywiste.

Deja vu

Opuszczamy Santa Monica, kierujemy się w stronę wzgórz, a wraz z nami kilkanaście nowych, lśniących volvo. Z jazdą po Kalifornii jest tak, że nieustannie masz wrażenie, że już tu wcześniej byłeś. Może to wina filmów, może za dużo GTA San Andreas, którego akcja rozgrywa się między innymi w L.A. Deja vu nasila się, gdy mijamy nieoczekiwanie spore oddziały policji stanowej w potężnych terenówkach z przyciemnionymi szybami. W grze taki widok oznaczałby pewnie, że ściga mnie FBI i zaraz pojawią się wojskowe czołgi. Na szczęście życie to nie gra. Funkcjonariusze tylko odprowadzają samochód spojrzeniem. Obława nie następuje.

Następuje za to zmiana za sterami nowego S60 R-Design w przepięknym kolorze fusion red. Teraz to ja mknę po górskich zakrętach. Nie można zbytnio szarżować, bo temperament hamują krążące po okolicy radiowozy, co chwila o ograniczeniu prędkości przypominają także znaki drogowe. W okolicy szkół ostrzegają, że za "speeding" kary są tam podwójne. Noga automatycznie odpuszcza pedał gazu.

Czerwone S60 sprawdzam jeszcze w korkach i na kilkupasmowej autostradzie. Tutaj jest szansa przycisnąć pedał do oporu. Sportowy sedan ochoczo zbiera się do jazdy. Nawet zbyt ochoczo! Wskazówka prędkościomierza szybko zostawia za sobą dozwolone 65 mil na godzinę. Znów trzeba się opanować i wrócić w przepisowe ramy. Szkoda...


Docieramy do Old Creek Ranch Winery. Przepięknej winnicy, położonej nieopodal Oak View i jeziora Casitas. Odstawiamy S60 R-line na parking, bo czas posilić się przed drogą powrotną. Po obiedzie rozmawiam z Sarą Erichsen Susnjar - projektantką wnętrza nowego, amerykańskiego Volvo. Podkreśla przywiązanie do detali i dyskretne wyważenie akcentów. Żółte pasy są dobrym przełamaniem kolorystyki. Ale już utrzymane w podobnej kolorystyce szwy kierownicy i foteli - to byłoby za dużo. Powściągliwość godna Szwedów. Ale nie dyskutuję. Cenię ten naród za podejście do funkcjonalnego minimalizmu i wiem, że po prostu znają się na robocie lepiej.

Dystyngowany mocarz

R-line już znam, za to bliżej przyglądam się modelowi Polestar. To najmocniejsza i najbardziej zaawansowana wersja z całej serii. Dwie tony wagi, ponad 600 Nm momentu obrotowego, 415 koni mechanicznych. Napęd na wszystkie koła. Sześciotłoczkowe hamulce brembo, fabryczna rozpórka, regulowany "gwint" Oehlinsa (made in Poland). Do tego dedykowany stylistyczny pakiet sygnowany przez sportową komórkę Volvo. Polestar szykowany jest po to, by rzucić rękawicę uznanym konkurentom. Audi, Mercedesowi i BMW. Na papierze i parkingu wygląda więcej niż obiecująco. Ruszamy!

Pierwsze wrażenie na plus - kapitalna gałka zmiany biegów. Co prawda to automat, ale przezroczyste, "kryształowe" zwieńczenie dźwigni prezentuje się kapitalnie. Pokrętłem na konsoli środkowej wybieram tryb jazdy. Na parkingu robi się to łatwo. W trakcie prowadzenia - już nieco niewygodnie. Zaczynamy od trybu hybrydowego. Polestar bezszelestnie rusza do przodu.

Przed nami 170 kilometrów. Tym razem trasą "ocean view", czyli drogą z widokiem na Pacyfik. W planach Ventura, Malibu i malownicze klimaty, jak z filmów o surferach. Powiedzieć, że to ich mekka, to nic nie powiedzieć. Wystarczy na chwilę zatrzymać się przy plaży - są dosłownie wszędzie. Nie brakuje także weteranów poskramiania fal. Siwe włosy, zniszczone od soli, piasku i słońca stopy i dłonie i deska. Ruchy już nie tak sprężyste, ale technika nadal jest. Paru z nich przesiaduje przy swoich pick-upach na parkingu. Zaczepiają, widząc parkujące czarne Volvo i wypytują o samochód. Otwieramy maskę, bagażnik, zaglądają w każdy zakamarek. Pytają o cenę - niestety nie potrafimy odpowiedzieć. Oficjalnych cenników firma jeszcze nie ogłosiła.

Dalsza część trasy w kierunku Santa Monica to autostrady. Wskakujemy na lewy pas, ale to w Kalifornii niestety niczego nie gwarantuje. Przeważnie jedzie tamtędy jakiś zbłąkany Prius. Żeby się rozpędzić, trzeba wyszukać sobie fragment prostej, nerwowo zerkając w lusterka, czy gdzieś w pobliżu nie czai się radiowóz California Highway Patrol. Publiczne drogi to jednak nie miejsce na takie zabawy, więc poprzestajemy na przetestowaniu startu spod świateł.

Przyspieszenie jest piorunujące! Ale nie idzie z nim w parze dźwięk silnika. Zza świetnie wyciszonej kabiny słychać co prawda chropowate nuty wydechu, lecz brakuje im agresji i zadziorności. Przy tej mocy, w trybie jazdy sportowej to melodia, której uszy kierowcy domagają się nawet podświadomie. Zwłaszcza, że wokół pełno tu bulgoczących potworów, którym wypadałoby "odpyskować" choć krótkim pomrukiem.

Po chwili jednak reflektuję się, bo dzisiejsza klientela - nawet w Kalifornii - szuka zupełnie czegoś innego. Cisza, komfort, bezpieczeństwo, ekonomia i ekologia są w codziennej eksploatacji znacznie cenniejsze. Przedpremierowe S60 oferuje to wszystko w niezwykle atrakcyjnym opakowaniu i wcale nie zdziwiłbym się, gdyby już od momentu rozpoczęcia sprzedaży, stało się nie tylko lokalnym bestsellerem. Poza tym - kto wie - może gdzieś tam na swój egzemplarz czeka drugi Irv Gordon, który pierwszym volvo z amerykańskim rodowodem przemierzy miliony mil...


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje