Reklama

​Urlop! I co dalej? [felieton]

Sezon urlopowy już się rozpoczął. Ale czy Polacy potrafią w ogóle odpoczywać? /123RF/PICSEL

Niedawno, tuż przed wakacjami, zdążyłem jeszcze spotkać się z młodzieżą na kilku warsztatach profilaktycznych. Poprosiłem ich wówczas o przypomnienie sobie najszczęśliwszych chwil w życiu. Jeden z chłopców opowiedział o nocy w lesie, pod namiotem, z bratem. Żadnych fajerwerków. Ot, taka sobie prosta historia, bez zwrotów akcji, bez puent - a jednak najszczęśliwsze wspomnienie. Czy były tam telefony? Internet? Technologie mobilne? - pytam. Nie. Wystarczyło skupienie na tym, co nas spotyka, wystarczyła obecność.

Za chwilę rozjedziemy się masowo na urlopy. I obyśmy wypoczęli, bo może być to trudne. Mam dziwne wrażenie, że smartfony ze swoim wszechpotencjałem rejestrowania i przesyłania wszystkiego dokoła, zepsuły nam radość przeżywania chwili. Z wakacji przywozimy tysiące fotografii i ciężkie gigabajty filmów. 

Tymczasem sam pamiętam, jak na pierwsze kolonie, jako 9-latek, zabrałem radziecką Smienę i dwie rolki filmu po 24 klatki każdy. Z dwóch tygodni miałem szansę przywieźć raptem 48 zdjęć, nie więcej. Skutek? Zanim zrobiłem zdjęcie musiałem zastanowić się kilka razy. Z Rzymu, z Wiecznego Miasta gdzie na każdym rogu i pod każdym niemal kątem czaiła się okazja godna uwiecznienia - przywiozłem może 20 fotografii. Ale z drugiej strony byłem tam znacznie mocniej obecny. Ale to były lata 90-te, prehistoria, prapoczątki konsumpcji w dzisiejszym wydaniu.

Reklama

Dziś, gdy zewsząd czyha na nas przepotężna wakacyjna machina komercyjna, umysłowi dużo trudniej się odprężyć i poprzebywać "tu i teraz". Zwłaszcza, gdy udając się na urlop, bez znieczulenia wyrywamy się z trybu domyślnego - zawodowego kieratu. Dwutygodniowe wczasy dzielą się wówczas na dwie części: pierwszy tydzień to adaptacja oraz stopniowe przyjmowanie do wiadomości, że nie trzeba sprawdzać służbowej poczty. Drugi tydzień to zamartwianie się, że nadciąga koniec całej zabawy i że aż strach sprawdzić pocztę po powrocie.

Z raportu Instytutu Badawczego Randstad sporządzonego w 2015 r. wynika jasno, że aż dwie trzecie Polaków nie potrafi wypoczywać. Myśli o pracy, o pozostawionych zadaniach, jest pod telefonem, co gorsza - nawet 60% przyznało, że otrzymało od szefa służbowe polecenie pozostawania w kontakcie! (osobiście uważam, że powinno to być ostatnie jego polecenie). 

Niestety, nic nie wskazuje na to, by trend miał się w jakikolwiek sposób odwrócić. Co gorsza większość Polaków deklaruje, że swojej pracy po prostu nie lubi. Możliwe, że epidemia pogłębiła te prawidła. Praca zdalna okazała się dla wielu ciekawą alternatywą. Powrót za biurko jest jak smutne zakończenie. Back to work blues, z racji luzowania obostrzeń, dopadł wielu jeszcze przed wakacjami. Gdy udamy się na upragnione urlopy - uderzy z całą mocą. Co nam pozostaje?

Często wygląda to tak: doczołgujemy się do upragnionego urlopu, po którym obiecujemy sobie regeneracyjne złote góry. Tymczasem pojawia się dziwny paradoks: w czasach, kiedy dogmatem jest zabawa i jej nieprzebrane formy, maleje umiejętność czerpania z niej zwyczajnej radości. Może ma to związek z faktem, że zabawa przestaje być dzisiaj frajdą samą w sobie. Coraz częściej bywa natomiast komunikatem wysyłanym do otoczenia, tego bliższego i dalszego. Urlop staje się standardem a relacja z niego - obowiązkiem. 

Nasze subiektywne odczucia odgrywają w tym procesie zdecydowanie mniejszą rolę. Wystarczy, że inni myślą, że doskonale się bawimy i że nas na to stać. Urlop zamienia się w remontowanie społecznej fasady. Proces ten opisał choćby psycholog Geoffrey Miller w "Teorii szpanu": każdy zakup - w tym również wczasy - jest jednocześnie informacją wysyłaną w eter. 

Nagłaśniamy w ten sposób nasze miejsce na społecznej drabinie oraz całą pulę przysługujących nam przywilejów. Po co? Antropologowie świetnie wiedzą, że status odgrywa kluczową rolę w doborze płciowym. Konsumpcja świadczy o nas jako o potencjalnych partnerach i ma przedstawić nas w lepszym świetle, zapewniać o dobrych genach. Nasze wakacyjne podróże tylko pośrednio mają więc służyć naszej regeneracji. Co więcej, dotyczy to również osób "sparowanych". Jako seryjni monogamiści nieustannie bowiem poszukujemy okazji do przekazania genów innymi drogami.

Przesada?

Niekoniecznie. Wakacyjna moda, odsłaniane, opalone ciała, żony pozwalające adorować się sprzedawcom-żigolakom i podtatusiali mężowie nerwowo rozglądający się za niewiastami o miejscowej urodzie, tatuowanie ciał w kuszące wzory i nieustająca atmosfera podlanej promilami swobodnej sjesty... Brzmi znajomo?

Owszem, można i tak, ale czy zabrzmię pompatycznie i pretensjonalnie, gdy powiem, że urlop powinien być przyjemną okazją do wsłuchania się w siebie? W to, co w miesiącach ciężkiej pracy trochę nieobecne, trochę zapomniane? To okazja do robienia tego, co chcemy, bez niepotrzebnej napinki i pośpiechu. Tymczasem nie mogę uwolnić się od wrażenia, że wczasy są dziś prawdziwym festiwalem bodźców, które walczą o zawładnięcie naszą uwagą. Czy to dziwne, że taki urlop nie przynosi ukojenia i owocuje paniką w miarę zbliżania się do końca?

Czy da się coś z tym zrobić?

Oto kilka sprawdzonych rad. Po pierwsze - postaraj się już od pierwszego dnia być "tu i teraz". Planuj dzień. Dowiedz się czegoś o okolicy. Zastanów się, ile możesz zwiedzić. Jeśli to możliwe - omijaj tłumy lub przebywaj wśród nich krótko. Przemieszczaj się. Zdaj się na swoją intuicję i unikaj komercji. Pogrzeb w internecie w poszukiwaniu sprawdzonego miejscowego jedzenia. Poruszaj się po okolicy (i nie mam na myśli okolicy hotelu). 

Uruchom perspektywę podróżnika i wyobraź sobie, że kręcisz dokument o turystach. Obserwuj ich zachowania i nawyki, słuchaj ich języka, podpatruj jak się przemieszczają, jak są ubrani, co jedzą, co piją. Gwarantuję, że twój urlop nabierze przez to dodatkowego wymiaru i back to work blues powinien znacznie zelżeć.

Po drugie, jeśli zamierzasz jakoś radzić sobie ze swoją fobią powrotu, staraj się dotrzeć do jej źródła: dlaczego tak bardzo nie chcesz wrócić do pracy? Czy kryje się za tym zwyczajna potrzeba poleniuchowania dłużej, czy może praca wysysa z ciebie wszystkie życiodajne soki? Jeśli nie potrafisz znaleźć żadnych pozytywów - zastanów się, czy zawód, który wykonujesz w ogóle jest dla ciebie. Praca to nie wyrok - może należy ją zmienić?

Po trzecie, planując powrót zaplanuj aktywności pozazawodowe. Czynimy dziś wielki błąd dzieląc życie na dom i pracę. Inwestując tylko w dwa obszary, bez dodatkowych odskoczni, ryzykujemy psychiczne wypalenie. Pomyśl o tym, co jeszcze mógłbyś robić po powrocie. Sport? Hobby? Nauka? Weekendowe wypady? Nowe znajomości? Praca i rodzina to często zestaw obowiązków. Poszukaj czegoś, co jest po prostu przyjemnością. Jak na urlopie.

Pamiętaj, że ogromny wpływ na twoje postawy ma język, jakiego używamy w codziennej komunikacji. Może on bowiem okazać się prawdziwym energetycznym wampirem, a jednocześnie wzmagać międzyosobniczą agresję. Nie chodzi bynajmniej o to, by zaklinać rzeczywistość, na czarne mówić białe i wysyłać same pozytywne komunikaty. 

Chodzi raczej o to, by język starał się odzwierciedlać stan faktyczny w sposób możliwie obiektywny, bez niepotrzebnego wzmagania dodatkowych emocji, by nie był nacechowany w sposób pejoratywny, by odcinał się od chwilowych wrażeń i skupiał na konstruktywnym rozwiązywaniu problemów. W praktyce - unikaj zrzęd i sam staraj się nie zrzędzić.

Lęk przed końcem urlopu nie jest niczym innym jak uświadamianiem sobie rutyny własnego życia. To kłująca świadomość, że nie jesteśmy panami naszego losu. Ale to nie do końca prawda.  Problem w tym, że powrót z urlopu traktujemy jak powrót... do pracy. Tymczasem powinien to być powrót do naszego życia a nie zawodowego kieratu.

Może już teraz aranżujmy to życie tak, by po prostu chciało się do niego wracać?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje