Reklama

"Top Gear od środka". Tak wyglądały kulisy programu

Zastanawialiście się kiedyś, skąd biorą się pomysły twórców programów telewizyjnych? Na to pytanie odpowiada załoga "Top Gear". Tego "dawnego".

Na długo przed tym, zanim mogliśmy zabrać się za pisanie scenariusza, szukanie samochodów i wybieranie miejsc do zdjęć plenerowych, a także na długo przed tym, jak Jeremy zaczynał się miotać i wściekle ryczeć "HAMMOND, TY IDIOTO!", a spodnie Jamesa zajmowały się ogniem, po czym opadały na ziemię i ponownie stawały w płomieniach, potrzebny był pomysł. Pomysły odgrywały w Top Gear bardzo ważną rolę i przetwarzaliśmy je w ilościach hurtowych.

Reklama

Nowe pomysły wychodziły od wszystkich członków redakcji. Autorami wielu z nich byli nasi koledzy z działu produkcji - pomysłowością odznaczał się zarówno cały ich zespół, jak i każdy z osobna. Podobnie było z Richardem, Jamesem oraz Andym Wilmanem. Prawdziwą fabryką pomysłów był jednak Jeremy, który nieustannie wymyślał coś nowego albo modyfikował pomysły już istniejące. Wszyscy przykładaliśmy się do pracy na tym polu, ale Clarkson wydawał się wręcz niestrudzony. Był kreatywną siłą napędową Top Gear.

Ale sam pomysł to jeszcze nie wszystko. Na pierwszy rzut oka coś mogło wydawać się świetnym konceptem, ale wymyślenie tego czegoś stanowiło jedynie wstęp do dalszej pracy. Każdy nowy pomysł był brany pod lupę i roztrząsany na tysiąc sposobów; za każdym razem padały też pytania w stylu tych, jakie zwykle zadają czterolatki. Dlaczego tak? A dlaczego tak? No dobrze, ale... dlaczego tak?

Dobry pomysł musiał być rozwiązaniem jakiegoś problemu albo odpowiedzią na jakieś sensowne pytanie; jeśli nie był ani jednym, ani drugim, to musiał istnieć jakiś inny przekonujący powód, żeby zrealizować to, co sobie wymyśliliśmy. W naszych redakcyjnych dyskusjach ciągle przewijało się sformułowanie "osadzenie w rzeczywistości" - oznaczało to, że punktem wyjścia każdego dobrego pomysłu powinien być jakiś temat z realnego świata: karetki pogotowia, tanie samochody albo wywołany opadami śniegu chaos na drogach. Taki punkt wyjścia okazywał się niezbędny, by pomysł zdołał przykuć uwagę widzów i utrzymać ją przez mniej więcej dwadzieścia minut.

Czasem nasze pomysły opierały się na całkiem prostych założeniach, ale zaczynały dryfować w wariackim kierunku i w końcu kompletnie wymykały się spod kontroli - w takich sytuacjach Jeremy stwierdzał, że pomysł "sfiksował", i musieliśmy zaczynać pracę nad nim od początku - gdybyśmy robili to w roku 1956, oznaczałoby to powrót do deski kreślarskiej. Ostatecznie w przypadku każdego pomysłu należało zapytać: jaki to ma sens? Jeśli okazywało się, że mamy problem z udzieleniem odpowiedzi na to zasadnicze pytanie, pomysł zwykle wędrował do kosza.

Kiedy Top Gear dopiero raczkował, nasze zadanie było nieco łatwiejsze, bo nie mieliśmy jeszcze aż tylu dokonań. Ówczesne programy motoryzacyjne sprowadzały się zwykle do recenzji kilku nowych modeli, przeglądu ofert sprzedaży samochodów używanych i ewentualnie wizyty na zlocie pojazdów z silnikami trakcyjnymi. Wystarczyło więc, że wymyśliliśmy coś, co wykraczało poza ten schemat, żeby nasz pomysł wydał się świeży i nowatorski. Mogliśmy pozwolić sobie na bardziej wariackie podejście, ponieważ to, co robiliśmy, było zupełnie nieoczekiwane - przy czym nawet wtedy staraliśmy się udzielać odpowiedzi na niezwykle istotne pytania w rodzaju: "Czy da się przeskoczyć autobusem rząd motocykli?" albo "Czy wasza babcia może kręcić bączki Hondą S2000?". Ktoś mógł nawet uznać to za przykład dziennikarstwa konsumenckiego. Oczywiście pod warunkiem, że nie miał pojęcia, co oznaczają oba te słowa.

Autorem mojej ulubionej niezrealizowanej koncepcji z tamtych szalonych czasów był nasz redakcyjny mistrz zaskakujących pomysłów oraz researcher Jim Wiseman.

 - Zastanawiam się, czy małpa potrafiłaby prowadzić samochód - oznajmił pewnego dnia Jim.

Wszyscy się roześmialiśmy. Przyznaliśmy, że to dobre pytanie, ale czy nie wydaje mu się, że małpa mogłaby mieć problemy z obsługą sprzęgła? Jim spojrzał na nas jak na bandę idiotów.

 - Nie - odrzekł powoli, jakby tłumaczył nam coś cholernie oczywistego. - Bo prowadziłaby samochód z automatem.

Pośmialiśmy się jeszcze przez chwilę, po czym zgodnie doszliśmy do wniosku, że Top Gear powinien przeprowadzić taki eksperyment. W książce telefonicznej trudno znaleźć dostawców małp; na szczęście w Wielkiej Brytanii istniało pewne znane małpie schronisko, które najwyraźniej miało ich pod dostatkiem - Jim postanowił więc tam zadzwonić. O dziwo, personel schroniska nie wykazał entuzjazmu na wieść o tym, że chcemy posadzić jednego z ich podopiecznych za kierownicą.

Co więcej, kobieta, z którą Jim rozmawiał przez telefon, odniosła się do naszego pomysłu wyjątkowo nieprzychylnie. Jim próbował argumentować, że przejażdżka samochodem z automatyczną skrzynią biegów mogłaby przecież sprawić małpie przyjemność, ale jego rozmówczyni pozostała nieugięta. Schronisko nie miało zamiaru wypożyczyć nam małpy. W dodatku nie ograniczyło się do samej tylko odmowy.

 - Jeśli dowiem się, że faktycznie zrobiliście coś podobnego - oświadczyła pani od małp - to dopilnuję, żeby ZDJĘLI WAS Z ANTENY.

Był to koniec naszego projektu.

Znacznie częściej jednak sami torpedowaliśmy własne pomysły, kiedy po starannej analizie okazywało się, że nie są wystarczająco dobre. Zdarzało się również i tak, że pomysły, które przeszły tę wewnętrzną kontrolę, musiały potem zostać znacząco zmienione przed rozpoczęciem zdjęć. W jednym z odcinków ósmego sezonu prezenterzy próbowali zmontować Catherhama w czasie krótszym niż potrzebny Stigowi na przejazd z Surrey na szkocki tor wyścigowy Knockhill. Jednak w pierwotnej wersji rywalem prezenterów nie miał być wcale Stig, tylko żony Jeremy’ego i Richarda oraz dziewczyna Jamesa, które w sąsiednim garażu miały montować identyczny samochód. Doszliśmy do wniosku, że będzie to ciekawa kontynuacja jednego z naszych wcześniejszych filmów, w którym matki prezenterów pomagały ekipie Top Gear oceniać małe samochody.

Potem jednak zaczęły nas ogarniać wątpliwości. Nasz plan opierał się na założeniu, że trzy inteligentne, sprawne manualnie kobiety z łatwością poradzą sobie z samodzielnym montażem samochodu i że na ich tle trzej niepoważni, niezorganizowani faceci wyjdą na głupków. Co jednak zrobimy, jeśli nasze panie mimo optymistycznych założeń nie poradzą sobie z zadaniem? Jeśli widzowie odniosą wrażenie, że wrobiliśmy je w tę rywalizację po to, żeby to one wyszły na idiotki? I jeśli zostanie to odczytane jako przejaw naszego seksizmu? Przecież po adresem Top Gear często rzucano oskarżenia o seksizm. Byliśmy na to bardzo wyczuleni.

Kiedy ktoś nazywał nasz program seksistowskim, domagaliśmy się, żeby wskazał konkretne przykłady seksizmu w Top Gear. Typowy zarzut brzmiał: wszyscy trzej prezenterzy to faceci. Odpowiadaliśmy wówczas, że to nie przejaw seksizmu, lecz wynik castingu. Gdyby jednak któryś z tej trójki powiedział coś w rodzaju: "Ha, ha, cholerne baby za grosz nie umieją prowadzić!", wówczas mielibyśmy do czynienia z seksizmem.

Ostatecznie stchórzyliśmy i zrezygnowaliśmy z naszego pierwotnego pomysłu, który mógł zaowocować odpowiednikiem tenisowej wojny płci z lat siedemdziesiątych. Poza tym wyścig Clarksona, Hammonda i Maya ze Stigiem wydał nam się bardziej dynamiczny i interesujący z telewizyjnego punktu widzenia; film o rywalizacji prezenterów i ich partnerek składałby się bowiem wyłącznie z materiału nakręconego w dwóch garażach.

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje