Strach: Ta książka może doprowadzić do upadku Trumpa...

Autor książki ujawnia, że niektórzy pracownicy celowo usuwają dokumenty z biurka prezydenta Trumpa... /AFP

Od kilku tygodniu w Stanach Zjednoczonych mówi się tylko o niej. To książka, która jeszcze przed premierą wstrząsnęła Ameryką i Białym Domem. Czy jej publikacja doprowadzi do upadku Prezydenta Donalda Trumpa? 11 września miała miejsce zagraniczna premiera "Strachu" autorstwa legendarnego dziennikarza, Boba Woodwarda.

Reklama

Wstrząsające, nieznane dotąd fakty z życia Białego Domu. Szokujące doniesienia współpracowników Donalda Trumpa. Intymny portret amerykańskiego prezydenta. Ta książka wywołała popłoch wśród rządzących Ameryką jeszcze przed swoją premierą.

Bob Woodward, legendarny amerykański dziennikarz, który doprowadził do ujawnienia afery Watergate i ustąpienia Richarda Nixona z funkcji prezydenta, stając się bohaterem głośnego filmu "Wszyscy ludzie prezydenta", jeszcze raz wpłynie na bieg światowej historii.

Reklama

W swojej najnowszej, bezkompromisowej publikacji Woodward ujawnia nieznane dotąd fakty dotyczące funkcjonowania Białego Domu i polityki Donalda Trumpa. Przedstawia zatrważający proces decyzyjny prezydenta w sprawie polityki krajowej i zagranicznej. Wśród jego rewelacji są między innymi doniesienia o tym, jakoby część doradców prezydenta próbowała blokować jego działania... usuwając dokumenty z jego biurka. A wszystko to w obawie przed nieprzemyślanymi decyzjami, które mogłyby być niebezpieczne dla kraju.

"Jesteśmy w domu wariatów", mówi jeden z informatorów. W swoich doniesieniach dziennikarz ukazuje codzienność Białego Domu i życie najbliższych współpracowników Trumpa w jeszcze gorszym świetle, niż dotychczas. "Niestabilny emocjonalnie", "szalony", "niekompetentny" to jedne z najłagodniejszych epitetów, jakimi obdarzają Trumpa ludzie z jego otoczenia.

Legendarny dziennikarz, pisząc książkę, czerpał z wiarygodnych źródeł z pierwszej ręki: setek godzin wywiadów z bliskimi współpracownikami Trumpa, notatek ze spotkań i tajnych dokumentów. Woodward przez 19 miesięcy ukrywał informacje o swojej książce przed opinią publiczną. Ujawnił je na miesiąc przed amerykańską premierą, budząc tym samym popłoch na wszystkich szczeblach władzy.

Prezydent Trump już zareagował na informacje o książce i publikacje amerykańskiej prasy. Podczas wystąpień publicznych i na Twitterze nazwał ją "totalną fikcją" oraz "całkowicie niewiarygodną" próbą zdyskredytowania jego prezydentury. Jaka jest prawda? Już niebawem poznamy ją z książki.  

Przeczytaj fragment książki "Strach" Boba Woodwarda.


Przełożył Maciej Studencki.

Rozdział 1

W sierpniu 2010 roku, sześć lat przed objęciem stanowiska szefa zwycięskiej kampanii wyborczej Donalda Trumpa, Steve Bannon, wówczas pięćdziesięciosiedmioletni producent prawicowych filmów politycznych, odebrał telefon[*].
- Co robisz jutro? - zapytał David Bossie, wieloletni śledczy Izby Reprezentantów z ramienia Partii Republikańskiej i konserwatywny działacz, który wcześniej niemal przez dwie dekady zajmował się skandalami związanymi z Billem i Hillary Clintonami.

- Przycinam dla ciebie te pier***one filmiki - odparł Bannon.

Zbliżały się wybory uzupełniające do Kongresu. Tea Party znajdowała się u szczytu popularności, republikanie nabierali rozpędu.

- Dave, wypuszczamy jeszcze dwa filmy. Montuję je, zasuwam 20 godzin na dobę.

Bannon pracował w Citizens United, konserwatywnym stronnictwie politycznym, któremu szefował Bossie. Na masową skalę produkował filmy antyclintonowskie.

- Możesz pojechać ze mną do Nowego Jorku? - zapytał Bossie.

- Po co?

- Spotkać się z Donaldem Trumpem.

- A po co mamy się z nim spotykać?

- Rozważa kandydowanie na prezydenta.

- Jakiego kraju? - zadrwił Bannon.

Bossie upierał się jednak, że to poważna sprawa. Pracował z Trumpem już od wielu miesięcy, a teraz tamten poprosił o jeszcze jedno spotkanie.

- Chłopie, nie mam czasu się tym brandzlować - wyznał Bannon. - Donald Trump nigdy nie będzie kandydował na prezydenta, zapomnij. Przeciwko Obamie? Mówię ci, zapomnij. To pier***one bzdury.

- Nie chcesz się z nim spotkać?

- Nie, kompletnie mnie to nie interesuje.

Trump udzielił kiedyś Bannonowi półgodzinnego wywiadu w nadawanym w niedzielne popołudnia programie radiowym zatytułowanym The Victory Sessions, który Bannon prowadził jeszcze w Los Angeles[†]. Program ten określano mianem "radiowej audycji dla myślących".

- Ten facet jest niepoważny - ocenił Bannon.

- A ja myślę, że jest poważny - zaprzeczył Bossie. Trump był telewizyjnym celebrytą; grał główną rolę w słynnym teleturnieju The Apprentice, który przez kilka tygodni zajmował pierwsze miejsce na liście najchętniej oglądanych programów NBC. - Co nam szkodzi się z nim spotkać?

Bannon w końcu zgodził się pojechać do Nowego Jorku i odwiedzić Trump Tower. Wjechali na dwudzieste szóste piętro i wkroczyli do sali konferencyjnej. Trump powitał ich serdecznie, a następnie Bossie rozpoczął szczegółową prezentację, będącą właściwie instruktażem.

Jej pierwsza część według Bossiego wyjaśniała, jak wystartować w prawyborach Partii Republikańskiej i uzyskać nominację. Druga część wskazywała, jak prowadzić kampanię prezydencką w USA przeciwko Barackowi Obamie. Bossie opisał standardowe strategie wyborcze, a następnie omówił procedury i problemy związane z kampanią. Sam był tradycyjnym konserwatystą, opowiadającym się za minimalizacją uprawnień władzy. Powstanie Tea Party go zaskoczyło.

Podczas spotkania obwieścił więc, że to ważny moment w amerykańskiej polityce: populizm spod znaku Tea Party rozlewa się po kraju, dzięki czemu głos zyskują nawet najmniej ważni; ten oddolny ruch ma przełamać polityczne status quo z korzyścią dla zwykłych ludzi.

Tymczasem Trump przypomniał:

- Jestem biznesmenem. Nie biorę udziału w politycznych wyścigach.

- Jeżeli ma pan zamiar kandydować na prezydenta - zauważył Bossie - musi pan zapoznać się z mnóstwem drobiazgów, ale i mnóstwem spraw fundamentalnych.

Do drobiazgów należały na przykład terminy zgłaszania kandydatur, czy stanowe przepisy dotyczące prawyborów - wszystkie te najdrobniejsze szczegóły.

- Musi pan poznać zasady uprawiania polityki i dowiedzieć się, jak zdobyć delegatów. Ale najpierw powinien pan zrozumieć ruch konserwatywny.

Trump skinął głową.

- Są pewne problemy w tym względzie - stwierdził Bossie.

- Ja nie mam żadnych problemów - odparł Trump. - O czym pan mówi?

- Po pierwsze, republikańskich prawyborów nigdy jeszcze nie wygrała osoba, która nie reprezentowała poglądów pro-life - wyjaśnił Bossie. - A pan, niestety, jest bardzo pro-choice.

- To znaczy?

- Istnieją dowody, że wspierał pan finansowo gości od aborcji, kandydatów pro-choice. Wygłaszał pan sprzyjające im oświadczenia. Musi pan być pro-life, przeciwnikiem aborcji.

- Jestem przeciwko aborcji - oświadczył Trump. - Jestem pro-life.

- No cóż, dokumentacja pańskich wypowiedzi mówi co innego.

- To się da poprawić. Tylko powiedzcie mi, jak poprawić? Jestem - jak to pan powiedział? - pro-life. Jestem pro-life, powiadam!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje