Reklama

Przemysław Talkowski: Urzędnik widzi akta, nie człowieka

Przemysław Talkowski - prowadzący program "Państwo w Państwie" /materiały prasowe

- Zdarzają się uzasadnienia wyroków pisane na kolanach, streszczanie przed rozprawą sędziom, czego dotyczy sprawa. Najważniejsze w interesie każdego człowieka, który może trafić przed oblicze wymiaru sprawiedliwości jest to, by sąd przeczytał akta. To nie są moje słowa, tylko sędziów. Kuriozum, ale i szansa na uczciwy wyrok - o patologiach wymiaru sprawiedliwości i nieufności urzędników wobec obywateli rozmawiamy z Przemysławem Talkowskim, dziennikarzem i prawnikiem, gospodarzem programu „Państwo w państwie”.

Reklama

"Państwo w państwie" to program publicystyczny, emitowany od 9 października 2011 roku na antenie Polsatu i Polsatu News na żywo w każdą niedzielę o godz. 19:30. Autorzy bacznie przyglądają się przypadkom naruszenia prawa przez urzędników wobec przedsiębiorców, a także błędom wymiaru sprawiedliwości, jawnie krzywdzących obywateli.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: W niedzielę 9 maja oglądaliśmy 400. odcinek programu. Pamięta pan pierwszy?

Przemysław Talkowski: - Oczywiście. Z bardzo prostej przyczyny - ja te początkowe historie przynosiłem ze sobą do domu, śniły mi się po nocach. W pewnym momencie musiałem postawić mur, odseparować się od emocji i wrażeń, które spalały mnie od środka. Bardzo przeżywałem każdą emisję.

Kto był pierwszym bohaterem "Państwa w państwie"?

- Marek Kubala. Przedsiębiorca, prowadził salon samochodowy. Został oskarżony przez skarbówkę o niepłacenie akcyzy, zarzucono mu, że sprowadza samochody do Polski i próbuje przy tym robić przekręty podatkowe. Zniszczono mu firmę, do dziś walczy o odszkodowanie i zadośćuczynienie. Sprawa odbiła się na jego życiu rodzinnym, rozwiódł się z żoną, przeszedł załamanie nerwowe. Uratował go sport, profesjonalnie zajął się kolarstwem MTB, kupił rower, zaczął trenować i startować w zawodach. Do dziś mamy kontakt.

Jak pan oddzielił pracę od życia prywatnego?

- Również poszedłem w sport. Uprawiam, w dość zaawansowanej formie, kitesurfing. Jeżdżę po Polsce i po świecie, teraz mocno cierpię, bo pandemia ograniczyła możliwości wyjazdów. 

Pozostawienie emocji za drzwiami zajęło mi około dwóch lat. Powiedziałem sobie, że nie mogę wciąż wracać do domu z przejmującymi historiami, muszę je jakoś wyrzucać z głowy, więc oddałem się pasjom. Gram na perkusji, z kolegami z Polsatu czasem się zbieramy i razem gramy, dobrą odskocznią jest także sport - bieganie, squash, siłownia. 

Trzeba się zmęczyć fizycznie, żeby oczyścić głowę.

- Dzięki temu złapałem psychiczny dystans do tego wszystkiego. Wszyscy, bo przecież przy programie pracuje wiele osób, angażujemy się bardzo emocjonalnie w każdą historię. Pracujemy po trzy tygodnie nad jednym tematem, proszę mi pokazać redakcję, zwłaszcza w telewizji, gdzie dziennikarze mają ten komfort. W dobie newsa, Twittera i internetu, wszystko musi być zrobione natychmiast. Możemy zagłębić się w sprawę, a co za tym idzie - silnej ją przeżywać, niż gdybyśmy przyjrzeli się jej powierzchownie.

Z jakimi emocjami przychodzą do studia bohaterowie programu?

- Bardzo często trafiają do nas po to, żeby się wyżalić. Jesteśmy więc trochę kozetką terapeutyczną. Pamiętam panią, która zajmowała się deweloperką, jej firma stawiała domy na Pomorzu. Cały jej wysiłek został zniweczony przez urzędników. Chociaż sprawa była przegrana, zadzwoniła później do redakcji i powiedziała, że po emisji wróciła do domu, przytuliła córkę i po raz pierwszy od dawna poczuła spokój i satysfakcję. Zazwyczaj jest dużo łez, ludzie zrzucają z barków spory ciężar. Ich emocje nam się udzielają.

Jakim sprawom się przyglądacie?

- To musi być problem natury systemowej lub dotyczący działania urzędnika czy funkcjonariusza publicznego (także sędziego czy prokuratora), który popełnia błąd, i my ten błąd widzimy, nie widzimy natomiast reakcji na niego. Bardzo często zdarza się, że ludzie czują się oszukani lub skrzywdzeni przez państwo, ale nie mają po swojej stronie przepisów. 

Co to znaczy?

- Przepisy czasem stoją po stronie urzędników, a oni to wykorzystują. Nie chcą załatwić sprawy na korzyść obywatela, chociaż mogliby. Mówią nie, bo przepis im na to pozwala. Niestety, ale trudno w takim przypadku mieć pretensje do urzędnika, jeśli ten działa zgodnie z prawem. Staramy się prześwietlać te sprawy, które wskazują, że urzędnik przekroczył swoje obowiązki albo ich nie dopełnił. Musimy taki problem zidentyfikować, bo wytaczając co tydzień armaty przeciwko państwu i jego organom, mówiąc, że państwo krzywdzi obywatela, musimy być pewni stawianych zarzutów.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje