Reklama

Podglądając nosacza [felieton]

"To, co rzuca się w oczy w pierwszej kolejności – to otyłość. Otyłość nieznająca płci, kasty, czy wieku" /KAROLINA MISZTAL/REPORTER /East News

Tak się złożyło, że urlop spędzam nad morzem. Szarozielony Bałtyk napełnia mnie swoistą melancholią, za którą tęsknię w ciągu roku. Lubię czasem przed północą powłóczyć się plażą i popatrzeć w wówczas już atramentowe, niespokojne fale i ciężkie niebo nad nimi. Ale Bałtyk to także dzień, słońce, plaża, parawany, pety w piachu, obsikane wydmy, swojsko-polska, przaśna sielskość, którą - jak przystało na socjologa obserwatora - uwielbiam chłonąć. Każdego roku przyglądam się uważnie mijającym mnie turystom. Internet dawno już ich ochrzcił mianem Januszy i Grażyn. Oni zaś, zdaje się, całkiem sprawnie podchwycili to i zaadaptowali się. Minąłem nawet wdzięczne stoisko z mangesami przedstawiającymi słynne już sundajskie nosacze, każda z małp z osobnym imieniem i sentencją w rodzaju: "Roman - robi herbatę w wodzie po pierogach" albo "Halina - myśli, że in vitro to pizzeria".

Zupełnie nie rozumiem tego rozmiłowania w bylejakości, zwłaszcza, że naród nasz jest bardzo interesujący. Doznaję na przykład ekstazy w zderzeniu z ilością tatuaży. Niegdyś popularne tribale powoli przegrywają z twórczością rodzinno-sentymentalną: dominują portrety, imiona, daty, wyryte tuszem miłosne zaklęcia i obietnice niegasnącego uczucia. Dawno już wyemancypowały się miejsca na ciele. Reguła jest jedna: najważniejsze, by było widać. Łydki, karki, przedramiona, na przedzie, na tyle, z boku, po skosie, generalnie nigdy nie spodziewasz się, z którego miejsca wychynie wprost na ciebie puszczony ciemnosiną farbą symbol. 

Reklama

Do tego istne oceany alkoholu. Apetyt na trunki zwiększa się proporcjonalnie, mnożnik zwykle jest parzysty. Wódki i wina kupuje się w parkach, piwa w cztero- albo sześciopakach. Generalnie w promieniu metra od statystycznego faceta w okolicach 40-ki (bo facet w okolicach 40-ki to szczególna odmiana mężczyzny), niezależnie od miejsca, pory dnia i nocy, majaczy gdzieś otwarta puszka z piwem, trzeba tylko wytężyć wzrok. Jeśli dodać do tego najróżniejsze t-shirtowe claimy i hasła w rodzaju "łobuz", "zajebisty facet", "lepiej mieć brzuch od piwa niż garb od roboty", czy po prostu "policja" - uzyskujemy prawdziwą, wielowarstwową i wielowymiarową nadmorską epopeję.

Ale to, co rzuca się w oczy w pierwszej kolejności - to otyłość. Otyłość nieznająca płci, kasty, czy wieku. Otrąbiono niedawno tryumf, że Polacy rzucili się do biegania i uprawiania sportu. Gdzie tam! Prorok, który to oznajmił nie był nad morzem. To, że biega nas więcej i łatwiej się to rzuca w oczy, niż kiedyś, nie oznacza jeszcze, że biega nas wiele. Ogromna większość nie robi nic - i to niestety widać. A mnie coraz trudniej się oprzeć wrażeniu, że  mija się to gdzieś z górnolotnymi ideałami "body positive" a świadczy jedynie o zasiedzeniu, nałogach, lenistwie i drenie zapuszczonym w mój portfel (przecież i ja dorzucam się do leczenia skutków otyłości). 

Polak swoje body chromoli, a jego stosunek nie jest "pozytywny", chyba że mówimy o pozytywnym zlewaniu tematu. Najsmutniejsze jednak w tym pejzażu są sylwetki dzieci: z roku na rok okrąglejsze, z roku na rok liczniejsze, o zupełnie szalonych apetytach, żywieniowo przez swych rodzicieli zaniedbane a zaniedbanie to woła z głębokości o kuratora. Nie myślę już wtedy nawet o ciężkich miliardach topionych każdego miesiąca w marketing fast-foodów i słodkich napojów. Nachodzi mnie wówczas refleksja bardziej ogólna: o kształcie naszej edukacji. I nie, wcale nie marzę o zajęciach z profilaktyki chorób cywilizacyjnych, nie mówiąc już o warsztatach dla rodziców, a o obecności i znaczeniu zwyczajnego WF-u.

Degradację wychowania fizycznego przerobiłem osobiście w trakcie swojej ścieżki edukacyjnej. Pamiętam jaką rolę odgrywało ono w podstawówce. WF-u było stosunkowo mało, porównywalnie z liczbą katechez, ale zapał, jaki mu towarzyszył w dalszym ciągu niegasnący. Były to normalne, lubiane przez większość uczniów zajęcia. Sprawdziany z dwutaktu, rzutów osobistych, serwisu, czy skoku przez kozła wywoływały tyle samo emocji, co prace klasowe z polskiego. Prężnie funkcjonowały Szkolne Kluby Sportowe, których zaangażowanie w międzyszkolne rozgrywki oferowało dodatkowy bonus: cykliczne zwolnienia z zajęć dla reprezentantów szkoły oraz oceny celujące, które podciągały całą średnią. Półżartem-półserio, WF był przedmiotem pod pewnymi względami strategicznym. Nie mówiąc już o budowaniu silnej, międzyklasowej integracji. Mniejsza o wyniki.

Erozja tego stanu rzeczy zaczęła powoli startować w liceum, gdzie, jako uczeń w klasie o profilu humanistycznym, traktowałem WF jako dodatek. Entuzjazm topniał, wykruszał się po kawałeczku. Nikt już nie myślał o reprezentowaniu szkoły a nasze wyniki nikogo szczególnie nie interesowały, mogły być świetne, mogły szorować po dnie. Nawet nas samych to mało obchodziło. Ten marazm nie dotyczył wyłącznie chłopców. Nie przypominam sobie, by którakolwiek z koleżanek z mocno sfeminizowanej klasy kiedykolwiek pozalekcyjnie angażowała się w sport. Może jedna. Polska wkraczała do Europy i nie było co marzyć, że neofitki emancypacji będą choćby udawać cheerliderki.

Na studiach przeszedł z kolei kilkusemestralny kondukt pogrzebowy wychowania fizycznego, które trzeba było po prostu "odpękać" jako nieusuwalne z planu i przez to - nie wiedzieć czemu - obowiązkowe. Strategia była prosta: wyrobić godziny i zapomnieć.

To doświadczenie przemnożone przez miliony głów daje obserwowalne na plaży rezultaty. A jeśli dodać do tego, że coraz częstszą praktyką jest pisanie usprawiedliwień i próśb o zwolnienie syna/córki z zajęć z powodu "niedyspozycji" - problem urasta do rangi społecznego wyzwania.

Ech, gdybym tak mógł przez miesiąc, ba, przez tydzień, zasiąść w fotelu ministra edukacji! Gdyby to ode mnie zależało, zwiększyłbym liczbę WF-u kilkakrotnie i nie ma to żadnego związku z umacnianiem cnót niewieścich, chłopięcych, czy obojnaczych. Nie widzę przeszkód, by WF odbywał się codziennie minimum przez dwie godziny (ja w liceum miałem dwie godziny tygodniowo), a nawet by był przedmiotem obowiązkowo zdawanym na maturze. 

Uprzedzając pytanie, nie, nie jestem sportowym fundamentalistą. Oglądanie sportu w telewizji nudzi mnie szalenie, mam wręcz ochotę wyć a ponieważ męska część rodziny lubi oglądać siatkarzy, tenisistów, piłkarzy, hokeistów, snookerzystów (czy tak brzmi ich nazwa?), pływaków, narciarzy, kierowców, łyżwiarzy, koszykarzy a nawet saneczkarzy - czasem po prostu wyję do wewnątrz.

Skąd zatem takie posunięcie? 

Ano stąd, że ograniczanie ruchu jest wbrew naszej naturze. Wyobraźmy sobie sarenkę w lesie. Dajmy sobie chwilę na wyobrażenie zwierzęcia. Świetnie. A teraz wyobraźmy sobie sarenkę przywiązaną do krzesła, z raciczkami na klawiaturze laptopa. Smutny obrazek, prawda? Otrzymujemy zestresowane do nieprzytomności stworzenie boże. Tymczasem jakoś niewielu dostrzega, że z nami jest dość podobnie, tyle tylko, że nie umieramy z pękniętym od kortyzolu sercem. A przecież też mamy swoje środowisko naturalne, jak sarenka. Ale lepiej adaptujemy się, bo mamy większy i bardziej plastyczny mózg. 

Nie zmienia to faktu, że jesteśmy istotami kinestetycznymi, dużo ruszającymi się, które przed tysiącami lat, jeszcze zanim wynalazły łuk, podobne sarenki po prostu zaganiały, biegnąc sobie za nimi truchcikiem, aż dziczyzna nie padła ze zmęczenia i nie pozwoliła się po prostu dobić. (Darmowy life-hack: jeśli zostaniecie na noc w lecie i nie będziecie mieli jedzenia, sprawdźcie - ten sposób nadal działa, choć wymaga czasu).    

Nasz mózg myśli ruchem. Najwięcej neuronów ulokowanych jest w móżdżku - strukturze odpowiedzialnej za koordynację ruchu i równowagę. Można zatem zaryzykować twierdzenie, że nasz umysł faktycznie zaprogramowany jest do poznawania i rozumienia świata poprzez ruch. Regularny ruch może być tym sposobem niezwykle przydatnym narzędziem w porządkowaniu nauki i pracy. (Sam ze swojego doświadczenia pamiętam, że trudne i czasochłonne projekty udawało się terminowo dopracować również dzięki regularnym treningom: pozwalało to nabrać odpowiedniej perspektywy do zadań i stojących przede mną celów, poukładać plan konkretnych działań, spokojnie przepracować określone problemy itp.). 

W trakcie biegu, myśląc o ruchu i oddechu, nasz mózg jednocześnie przetwarza zadania, priorytety i problemy, organizuje czas i kolejność, ustawia sobie optymalny "mindset". To trening nie tylko ciała, ale także charakteru, sposobu funkcjonowania w pracy i poza nią. Sport - i to już jest prawda oczywista, najzupełniej banalna - uwalnia endorfiny, "hormony szczęścia", intensywny ruch, mimo zmęczenia, zostawia nas z poczuciem fajnie zagospodarowanego czasu, większej koncentracji, satysfakcji ze stopniowego przełamywania siebie. Ruch to sposób bycia, to pewna kultura, więcej, to filozofia.

Dlaczego zatem systematycznie rugujemy go z życia? Oto jest pytanie! Bo jest coś innego do roboty? Bo to za dużo wysiłku, za dużo zachodu? Każdy pewnie ma swoją odpowiedź. A ja zachęcam, by odłożyć smartfona na jeden dzień i poszukać tej odpowiedzi jeszcze raz. W sobie, a nie na zewnątrz. Jeśli zrobicie to rzetelnie, odnalezienie jej zajmie znacznie mniej czasu niż zaganianie sarenki.

Warto.

Zobacz również:

Tak wyglądają polskie Hawaje. Plaża w Kunicach pod Legnicą to turystyczny raj!

Najpiękniejsze plaże w Europie

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Kozłowski | kołczowisko | couching

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje