Reklama

Nieznane oblicze legendy. Jaki był Prince prywatnie?

Prince podczas koncertu w Los Angeles, marzec 1983 roku /East News

Sławny muzyk, wybitny wokalista, znakomity showman. Te wszystkie walory prezentował na swoich płytach, koncertach i w teledyskach. Jaki jednak był Prince w prywatnym życiu, gdy nie oglądały go tysiące wielbicieli?

Reklama

Mayte Garcia poznała Prince’a, gdy miała 16 lat. Urzeczona charyzmą i talentem, pracowała w jego zespole jako tancerka i piosenkarka. Po kilku wyczerpujących, ale wspaniałych latach została jego żoną.

W wydanej niedawno w Polsce książce "The Most Beautiful" opisuje ich wspólną, ciężką pracę, drobiazgowo przygotowywane koncerty, pedantycznie dopracowywane nagrania płyt i clipów, zależności między członkami zespołu i ich relacje z leaderem.

W życiu Prince’a nie było miejsca na niedociągnięcia, a każdy, kto nie spełniał jego wysokich wymagań, nie mógł z nim pracować. Jeśli jednak dawał z siebie wszystko, przeżywał niesamowite chwile u boku jednej z największych gwiazd muzyki.

Jednak głównym walorem tej publikacji jest pokazanie prywatnego życia Prince’a, życia, o którym nie wiedzą nawet jego najwierniejsi wielbiciele. Mayte wspomina go jako znakomitego przyjaciela, czułego i wspaniałego męża, opisuje ich wielogodzinne rozmowy, poruszające wyznania, ich zaręczyny i perfekcyjnie przygotowany przez Prince’a ślub.

Nie waha się opowiedzieć także o swoim krótkim macierzyństwie. Wreszcie pisze o rozstaniu i chwili, gdy dostała ostatnią wiadomość o swoim byłym już wówczas mężu - o jego śmierci.

Przeczytaj fragmenty książki "The Most Beautiful":

Reklama

W noc przed cesarką moje ciało wkroczyło w stan porodu. Z godziny na godzinę cierpiałam coraz bardziej, lekarze próbowali złagodzić mój stan środkami przeciwbólowymi. Mąż siedział przy mnie, ściskając za rękę. Dopiero kiedy pogładził mój policzek i wprowadził mnie w hipnozę, delikatnie szepcząc mi do ucha, poczułam ulgę. - Przejdziemy przez to i wszystko będzie w porządku. Kocham cię. Jestem obok. Nic złego się nie wydarzy.

Poprosiłam, żeby to pielęgniarka Angela była przy porodzie. Potrzebowałam tej pozytywnej, opiekuńczej energii. Roześmiałam się, kiedy mi powiedziała:

- Ten twój facet będzie tutaj w fartuchu.

Powiedziałam mu: "Pan tu nie rządzi, ja tu rządzę".

- Nie wierzę.

- A właśnie, że tak.

Ogolili mnie, przygotowali i zawieźli na salę, a ja wybuchnęłam śmiechem, kiedy zobaczyłam go w fartuchu, butach na obcasie i dużej czapce.

 - Ślicznie wyglądasz - powiedziałam.

 - Wiem - odparł, po czym zapytał lekarkę: 

- Czy te wszystkie światła muszą być włączone?

- Niestety tak.

Podeszła do mnie korpulentna pielęgniarka, przedstawiła się, po czym powiedziała:

- Znienawidzi mnie pani. Do jej obowiązków należało przytrzymywanie mojej głowy, kiedy będą mi robili znieczulenie zewnątrzoponowe.

- Proszę powiedzieć, kiedy będzie bolało jak ból zęba - powiedziała lekarka.

- To znaczy... Och! O Boże. Okej. Dobra.

- Czuje to pani? A to? A w tym miejscu?

- Tak. Tak. Czuję wszystko.

- W porządku, jest gotowa. - Czuję! Czuję wszystko!

- Będzie pani czuła - powiedziała. - Będzie Pani czuła, ale nie będzie bolało.

Mąż ścisnął moją rękę, kiedy mnie rozcinali. Jego twarz była blisko mojej, mówił delikatnym głosem, uspokajając i motywując mnie, innym razem zaczął się wygłupiać, jakby nie potrafił oddychać za tą maską, dopóki nie ubłagałam go:

- Och, przestań mnie rozśmieszać.

Wydawało się, że wszystko trwa strasznie długo. Nastąpiło dziwne szarpnięcie. Jakby rozpinali sukienkę, która jest zbyt ciasna. W tle grała delikatna muzyka - harfy, gitary, muzyka typowa dla spa - ale usłyszałam dźwięk cieczy. Zasysanie. Klik narzędzi. Czułam, jak wyciągnęli ze mnie dziecko.

-To chłopiec!

Nie wiem, jak opisać wyraz twarzy mojego męża. Czysta radość. Czysta miłość. Czysta wdzięczność. Widziałam jego minę, kiedy stał przed 48 000 tysiącami krzyczących fanów na stadionie. Widziałam, jak jego albumy osiągały status platyny i otrzymywał najważniejsze nagrody w branży. Widziałam, jak doświadcza ekstazy kreatywnego geniuszu. Żadna z tych rzeczy nie równała się wyrazowi jego twarzy w momencie, w którym został ojcem.

A potem podnieśli dziecko do tego brutalnego światła. Przez zatrzymaną w miejscu sekundę nie widziałam nic poza piękną duszą mojego syna. Nie słyszałam nic poza jego perfekcyjnym milczeniem. Nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Moje serce wypowiedziało jego imię. Amiir.

Czysta radość na twarzy mojego męża zmieniła się w czyste przerażenie.

***

Kiedy nadszedł czas na rozmowę o imionach, zahipnotyzował mnie i zapytał:

- Jak ma na imię nasze dziecko?

- Amiir - powiedziałam.

- Amiir? - Po arabsku oznacza "Prince".

- Amiir - wyszeptał do mojego brzuszka. - Idealne.

Och - co proszę? Co powiedziałam? Widzieliście w internecie, że mój syn miał na imię Boy Gregory (Chłopiec Gregory)? Wybaczcie, ale musicie wiedzieć, że wiele z tego, co się publikuje w internecie, to fikcja. Kiedy jest się sławną osobą - lub jego żoną czy dzieckiem - nie możesz zameldować się w hotelu lub szpitalu pod prawdziwym nazwiskiem, bo dziennikarze z tabloidów się zorientują.

Więc kiedy urodził się mój syn, byłam zameldowana w szpitalu jako Mia Gregory. Kiedy rodzi się dziecko w szpitalu, do momentu wypełnienia certyfikatu urodzenia na łóżeczku lub inkubatorze dziecka znajduje się oznaczenie: "Chłopiec" lub "Dziewczynka" oraz nazwisko matki. Stąd się wzięła historia o imieniu "Boy Gregory".

Ktoś, kto nie miał prawa podawać żadnych informacji na temat mojej rodziny, próbował sprzedać zdjęcie mojego syna dziennikarzowi z tabloidu, który widział ten podpis na jego inkubatorze i idiotycznie napisał, że mój syn ma na imię Boy Gregory. Do dzisiaj powtarzają to w kółko, co mnie obraża i rani, bo za każdym razem kiedy to widzę, oprócz druzgocącej straty naszego kochanego synka, czuję, jakby ktoś mi dowalił, naruszając naszą prywatność.

Kiedy byłam w ciąży, udzielił wywiadu "Forbesowi", w którym powiedział, że nie chce podawać do wiadomości publicznej imienia i płci swojego dziecka. Patrzył krzywo na celebrytów, którzy sprzedawali zdjęcia dzieci magazynowi "People" lub innemu, nawet jeśli oddawali pieniądze na cele charytatywne. W przeszłości fani śledzili go i narzucali się - mowa tu o fanatykach, a nie miłośnikach muzyki i koncertów, o których eufemistycznie mówił "przyjaciele".

Chciał, żeby nasze dzieci były bezpieczne z dala od szaleństwa popularności, i wtedy nie żartował. Na początku ciąży, kupiłam uroczy, stary wózek dziecięcy - w Wielkiej Brytanii nazywali go pram - i następnego dnia znalazłam go w garderobie. Mój mąż powiedział im, żeby otoczyli wózek czarną plandeką. - Dziecko potrzebuje słońca - powiedziałam delikatnie. Plandeka poszła w odstawkę, ale rozumiałam jego obawy. Nie chciał, żeby ktokolwiek skrzywdził nasze dziecko z powodu jego wystawienia na widok publiczny. Chcieliśmy być normalnymi rodzicami i żeby nasze dzieci były zdrowe, ciężko pracowały i okazywały innym szacunek i życzliwość.

Wtedy nie wydawało się, że to prośba o zbyt wiele. Kolejna część mojej historii jest trudna do opowiedzenia, więc proszę was o cierpliwość. Nigdy wcześniej się tym nie dzieliłam, bo mój mąż chciał zachować szczegóły dotyczące syna z dala od innych, a ja szanowałam jego życzenie, kiedy żył.

***

Z  perspektywy Prince’a  pomiędzy elementami wizualnymi a dźwiękowymi nie było wyraźnej linii; wszystko było jednym. My wszyscy byliśmy jednym - tancerz, perkusista, keyboard, światła - żeby przenieść widownię w miejsce, które w umyśle Prince’a już było rzeczywistością. Wydaje mi się, że to jest część chemii, dzięki której stał się megagwiazdą; wniósł całą tę zabawę razem ze swoim geniuszem muzycznym w idealnym momencie w historii muzyki - momencie, w którym "wideo wykończyło gwiazdę radia"*.

* Ang. Video Killed the Radio Star - tytuł piosenki grupy Buggles.

Chodzi o to, że Prince uważał tancerzy za część zespołu. Zawsze mówił o tym, jakie wrażenie wywarli na nim tancerze Jamesa Browna, kiedy jego ojczym postawił go na scenie.

 - Wychodząc - powiedział - widziałem kilka z najlepiej tańczących dziewczyn na świecie. Zrobiły na mnie duże wrażenie.

James Brown miał na mnie wpływ, to jak kontrolował zespół. To jak tańczyły tamte dziewczyny. I jeszcze kilka innych spraw. Myślę, że wielu ludzi odbierało to w inny sposób - myśleli, że jego tancerki to jakby harem czy coś w tym rodzaju.

Tyle że w zespole Prince’a tańczyli głownie faceci. O wiele wcześniej niż ja się zjawiłam, w czasie nagrywania Purpurowego deszczu, Prince wszedł do toalety i zobaczył Tony’ego, Damona i Kirka tańczących breakdance na kafelkowej podłodze. Był pod takim wrażeniem, że wyróżnił ich w filmie (wypatrujcie ich na balkonie w czasie The Bird) i tak narodziła się bestia tańca TDK (znani również jako The Game Boyz).

Przez kolejne dziesięć lat jeździli w trasy z Prince’em, nagrywali teledyski i brali udział w całej tej zabawie i zamieszaniu. Lori Elle i Robia LaMorte, czyli inaczej Diamond i Pearl, były wtedy maskotkami Prince’a. Były na okładce Diamonds and Pearls i grały dużą rolę w show na trasie. Nie zabrało mi dużo czasu, żeby zorientować się, że Lori i Prince’a łączyła romantyczna więź. Nakręciliśmy teledysk do The Max, w którym widać mój taniec brzucha z mieczem, kiedy stoję na fortepianie.

Następnie wyprodukowaliśmy reklamę - Przedstawiamy Mayte - i kontynuowaliśmy próby do trasy. To był dla mnie wspaniały czas. Uwielbiałam być częścią tej energii, która zapierała mi dech w piersiach, kiedy zobaczyłam pierwsze show w Barcelonie. Miałam trochę czasu na przystosowanie się do tego wszystkiego.

Zawsze malowałam usta na jasnoczerwony kolor, ponieważ (mały sekret tancerki) dzięki temu zyskiwałam punkt, na którym mogłam się skupić, kiedy widziałam się w lustrze. Poza tym zawsze chcę się pokazywać stylowo i starannie ubrana, bo tak już mam. Pewnego wolnego dnia przyjechałam do Prince’a  w  dresowych spodniach, wtedy powiedział, żebym wróciła i się przebrała. Byłam wkurzona i upokorzona, ale wiedział, jak mnie potem rozśmieszyć, kiedy wróciłam ubrana w spandex.

Rozumiałam, skąd się to brało. Nigdy nie wyszedł z domu, dopóki nie wyglądał świetnie. - Marilyn Monroe nigdy nie wychodziła z domu bez pełnego makijażu - powiedział, tak jakby nie potrzeba było żadnego innego wyjaśnienia. Trampki były do gry w kosza, koniec i kropka. Na próbach zawsze zjawiał się na obcasach, w makijażu, z ułożonymi włosami - wtedy był gotowy do pracy. W czasie mojego pobytu w Paisley Park nigdy nie nosiło się dżinsów. Ubrał damską dżinsową kurtkę w Sign o’ the Times i próbowałam się z nim o to droczyć, ale powiedział: "To jest na zamówienie. To co innego". Podsumowując: nigdy nie zobaczylibyście go źle ubranego.

Wiedząc o tym, poczułam, jak dreszcz przechodzi mi po plecach, kiedy przeczytałam w wydaniu "StarTribune" w Minneapolis, że kiedy znaleziono jego ciało w windzie w Paisley Park, "Prince miał na sobie czarną koszulę i spodnie - obydwie były ubrane na opak - a jego skarpetki były wywrócone na drugą stronę".

Nie miało to dla mnie sensu. Gorzka ironia. Za każdym razem, kiedy sobie to przypomina, łamie mi się serce.

Mayte Garcia "The Most Beautiful. Moje życie z Prince'em". Wydawnictwo Sine Qua Non, data wydania 20 czerwca 2018.

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje