Reklama

Kronika śmierci w górach: Szlak, który zabrał ponad 100 istnień

Orla Perć, najtrudniejszy szlak w Tatrach /Albin Marciniak /East News

Czarny punkt Tatr. Najtrudniejszy szlak w Polsce, który pomimo swojej upiornej renomy, przyciąga nadal mnóstwo ludzi. Orlą Perć dobrze znają ci, którzy regularnie bywają w najwyższych polskich górach. Ale zapewne słyszeli też o niej mniej doświadczeni turyści. Głównie dlatego, że miejsce to zabrało już ponad setkę ludzkich istnień.

Pierwszy masowy przypadek porażenia piorunem w historii tatrzańskiej turystyki, morderstwa na szlaku, ofiary lawin, ratownicy TOPR oddający życie za turystów, grotołazi, którzy na zawsze utknęli w tatrzańskich jaskiniach. Jeśli myślicie, że mrożące krew w żyłach historie wydarzają się tylko na ośmiotysięcznikach to jesteście w błędzie. Tatry to góry, które dla wielu są pasją, a nawet miłością. Ale potrafią też być okrutne i zabójczo niebezpieczne. 

Bartłomiej Kuraś w swojej nowej książce "Niech to szlak. Kronika śmierci w górach" opisuje między innymi to drugie oblicze naszych najwyższych gór, kreśląc obraz Orlej Perci jako miejsca, które stało się czarnym punktem polskiej turystyki górskiej.

Reklama

Poniższe fragmenty pochodzą z książki Bartłomieja Kurasia, "Niech to szlak. Kronika śmierci w górach" wydanej nakładem Wydawnictwa Agora

Stanisław Gąsienica-Byrcyn w czerwcu 1914 roku pomógł się wykaraskać z górskich tarapatów Włodzimierzowi Iljiczowi Leninowi, planującemu już komunistyczną rewolucję w carskiej Rosji, gdy ten utknął gdzieś pod Zawratem. Za PRL-u był to dowód na góralski internacjonalizm. Byrcyna zapraszano na spotkania, żeby opowiadał, jak to z tym Leninem było. Ale czasami góral żałował, że rewolucjonista wrócił cały z tatrzańskiej wycieczki. - Siadł raz Byrcyn w Krakowie przed młodzieżą leciutko napity i rzekł: "He, he, ale wy nie wiecie, ze jo zratowoł Lenina! Ej, moi oztomili - popatrzył refleksyjnie na wyciągnięte dłonie - kieby jo beł wiedzioł, co te roncki narobiom..." - opowiada Antoni Kroh, pisarz, etnograf i znawca Podhala. Lenin wybrał się na Zawrat na drodze wytyczonego niespełna dekadę wcześniej szlaku Orla Perć - najtrudniejszej trasy turystycznej w Tatrach.

23 sierpnia 1911 roku student Jan Drege, który ledwie przekroczył dwudziestkę, razem z dwiema siostrami szedł granią przez Granaty, trzy skaliste wierzchołki Orlej Perci. Północno-zachodnie ściany Granatów opadają wprost do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Na Sieczkowej Przełączce, między Pośrednim a Skrajnym Granatem, zeszli ze szlaku w dość szeroki, trawiasty żleb, najwygodniejszą - zdawać by się mogło - ścieżką ku leżącemu kilkaset metrów niżej tatrzańskiemu jezioru. Rychło okazało się, że to miejsce jest zarówno przepiękne, jak i wyjątkowo paskudne i zdradliwe. Szeroki żleb zmienia się w stromiznę, by skończyć się prawie dwustumetrowym, pionowym kominem z przewieszonymi ścianami. Kto zsunie się o kilka metrów za nisko, ma marne szanse, by wrócić na górę. 

Musi cierpliwie czekać na pomoc i zjechać na plecach ratownika, przypięty specjalną uprzężą, zwaną szelkami Grammingera. Drege zginął w przepaści. Jego siostry na szczęście nie zeszły tak nisko. Od tego czasu żleb - nazwany od nazwiska pierwszej ofiary - był świadkiem wielu śmiertelnych wypadków. 

23 lipca 1914 roku - miesiąc po tym, gdy w rejon Orlej Perci wybrał się Lenin - w tym samym miejscu pomyliła drogę inna trójka turystów: rodzeństwo Maria i Stanisław Bandrowscy oraz Anna Hackbeilówna. Zaczęli schodzić Żlebem Drege’a. Zmierzchało, kiedy zorientowali się, że nie pokonają długiego komina. Przez noc prawie nie zmrużyli oka. Od rana głośnymi krzykami wzywali pomocy. Bez odzewu. Zdesperowana Hackbeilówna postanowiła przejść nad urwiskiem do sąsiedniego żlebu. Spadła w przepaść i zginęła na miejscu. Przerażone rodzeństwo spędzało kolejne dni w Żlebie Drege’a, ciągle nawołując pomocy. Piątego dnia rano Stanisław zaczął schodzić długim kominem. Zabrakło mu sił, był wyczerpany psychicznie, więc rzucił się w przepaść. Do Marii pomoc dotarła wieczorem.

Pierwszego taternickiego przejścia komina dokonali dopiero w 1938 roku Wanda Heniszówna, Zofia Radwańska-Kuleszyna i Tadeusz Orłowski. Jego podstępność do dzisiaj budzi trwogę, choć ponad żlebem turyści drapią się po Orlej Perci już ponad sto lat. Nie ma drugiej takiej drogi w całych Tatrach. Grań, 2000 metrów nad poziomem morza; można się tam dostać bez specjalistycznego sprzętu. To bardzo niebezpieczna trasa. Przez osiem godzin nieprzerwanej wędrówki od Przełęczy Świnickiej - choć formalnie szlak Orla Perć zaczyna się na przełęczy Zawrat, ale przecież trzeba tutaj jakość dojść, więc wielu turystów właśnie rejon Świnicy uznaje za punkt początkowy zmagań z tą drogą - odległej o 45 minut spaceru z górnej stacji kolejki na Kasprowym Wierchu do Krzyżnego trzeba trawersować kilkudziesięciometrowe półki skalne, trzymając się zamocowanych w głazach metalowych łańcuchów, klamer i drabinek. 

Schodzić stromymi skalnymi rynnami o wysokości wielopiętrowego bloku, wdrapywać się równie długimi kominami, przeciskać się przez szczeliny, omijając uskoki i przepaście. Nawet latem zdarza się, że leży tam śnieg. Warto się pomodlić - kto wierzący - by w czasie niepewnej pogody nagle nie spadł rzęsisty deszcz, nie mówiąc już o burzy. A najlepiej taki czas spędzić w schronisku, jeśli chce się z gór wrócić żywym. 


Na pomysł szlaku - i nadania mu nazwy Orla Perć - wpadł na przełomie XIX i XX wieku poeta młodopolski, piewca Tatr, krakowianin Franciszek Henryk Nowicki. W Towarzystwie Tatrzańskim niektórzy boczyli się, uważając, że to nazwa pretensjonalna i kabotyńska, bo kto widział człapiące orły, nawet na górskiej ścieżce. Jednak się przyjęła. Nowicki był z przekonania socjalistą; wyrzucono go za to z Uniwersytetu Jagiellońskiego i postawiono przed sąd. Marzyło mu się, by dostać się na wysoką tatrzańską grań, którą swobodnie osiągają tylko ptaki. Stąd przymiotnik "orla" w nazwie proponowanego szlaku. "Perć" w gwarze góralskiej oznacza stromą ścieżkę wśród skał.

Franciszek jeździł w Tatry od małego razem z ojcem Maksymilianem, też miłośnikiem gór i znanym przyrodnikiem. Wierchy, turnie i stawy wywarły takie wrażenie na młodopolskiej poetyckiej duszy, że już w wieku 19 lat debiutował sonetem "Widok Tatr". W Zakopanem poznał Sabałę - legendarnego gawędziarza i przewodnika - i znakomitego muzykanta Bartusia Obrochtę. Najpewniej pod ich wpływem przez dwa kolejne lata publikował opowiadania o góralach. Napisał też kolejny cykl sonetów "Tatry". Góry kojarzyły mu się z taką wolnością - góralską "ślebodą" - jaką w początku ubiegłego wieku zapowiadał socjalizm.

Nowicki znakomicie wpasował się w tatrzański mit z przełomu XIX i XX wieku. Kraj pod zaborami, a w górach wolność i prawdziwa polskość. Młodopolscy poeci wierzyli, że stąd pójdzie w świat polskie odrodzenie moralne i duchowe. Wbili Polakom do głów, że góralszczyzna i Tatry to coś nadzwyczajnie wspaniałego.

Jednak do budowy szlaku na Orlej Perci wolnomyśliciel Nowicki znalazł sobie konserwatywnego partnera. Ksiądz Walenty Gadowski był endekiem słynącym z surowości poglądów głoszonych podczas katechez. Zjechał w góry jeszcze jako kleryk, by wyleczyć się - jak wówczas mówiono - z duszności. We wspomnieniach zapisał: "Ówczesny pobyt na Podhalu i kuracja maślankowa zrestaurowały moje zdrowie. Kiedyś miałem za to odwdzięczyć się Tatrom urządzeniem Orlej Perci".

Obaj zachwycali się tatrzańskimi krajobrazami i debatowali na zebraniach Towarzystwa Tatrzańskiego o konieczności upowszechnienia turystyki górskiej. Duchownemu podobał się przede wszystkim trud, z jakim trzeba się wspiąć na tatrzańską grań. Wznosił tylko oczy wysoko ponad wierchy, kiedy jego kompan - niewierzący, niepoprawny radykał - głosił swe socjalistyczne teorie.

Ksiądz Gadowski dowodził, że górska turystyka jest tak surowa jak reguły życia prawdziwego katolika. Nowicki uważał, że to nieskrępowana wolność. Mimo sporów toczonych gdzieś na przełęczy pomiędzy Buczynową Czubą i Budzową Igłą - która nosi dziś imię Nowickiego - zgadzali się, że widoki na otaczające ich granitowe skały i lesiste turnie trzeba uczynić bardziej dostępnymi dla turystów za sprawą stworzenia wysokogórskiego szlaku.

Ksiądz Gadowski tak entuzjastycznie promował projekt Orlej Perci w Towarzystwie Tatrzańskim, że organizacja podjęła się współfinansowania prac. Opłacał budowniczych szlaku - po góralsku zwanych budorzami - z własnej kieszeni. Roboty w górach rozpoczęły się 16 lipca 1903 roku, od toastu przy Wodogrzmotach Mickiewicza wzniesionego przez Franciszka Nowickiego. Wypito butelkę tokaju pamiętającego powstanie styczniowe.

Wnet okazało się, że socjaliście nie wystarcza zapału do patronowania pracom. Budowę przejął ksiądz endek. Zaplanowano wytyczenie szlaku od Polany pod Wołoszynem na wschodzie - skąd są już tylko dwie godziny drogi do Morskiego Oka - po Zawrat na zachodzie.

Entuzjazm księdza Gadowskiego nie udzielał się góralom budorzom, którzy przez trzy lata wyrąbywali skalne stopnie, zakładali łańcuchy i malowali znaki. Wielu nie wytrzymało mordęgi w górach i uciekło z pracy. Był wśród nich Klimek Bachleda, legendarny przewodnik i ratownik TOPR.

Wojciech Rzadkosz - budowlaniec z Poronina - mówił mi, że ponad sto lat temu wytyczenie szlaku przez Orlą Perć to była "sakramencko trudno sprawa". Wie, co mówi, bo u progu XXI wieku pracował przy remoncie tej górskiej drogi.

 - Cośmy się namordowali! Długie tygodnie układania skał, wbijania łańcuchów i klamer. Od świtu do zmierzchu. Rąk żeśmy nie czuli! Trzeba było kilofami kopać. Ważące po kilkadziesiąt kilogramów głazy sami dźwigaliśmy. A to był tylko remont fragmentów drogi i do tego pomagaliśmy sobie piłami z diamentowymi tarczami, o jakich naszym pradziadom się nie śniło. To jak oni musieli się wtedy namordować, budując całą trasę!? - nie mógł się nadziwić.

To ksiądz Gadowski postanowił wyposażyć szlak w liczne łańcuchy, klamry i drabiny. Argumentując, że w ten sposób łatwo będzie pokonać górską drogę: "Nikt komina owego bać się nie powinien, bo sztuczne ułatwienia, jakie w nim dodano, poręczają bezpieczeństwo osób". Dorobił się przydomku "żelazny ksiądz". Jedni mówili, że to od haków do mocowania łańcuchów, które wynosił na perć na własnych plecach. Inni dodawali, że piękno tatrzańskiego krajobrazu nie złagodziło w nim surowości poglądów głoszonych na katechezach. 

W 1906 roku - po trzech latach prac - budorze dotarli na Zawrat. Na świeżo wytyczony szlak wybrał się - jako jeden z pierwszych - Mieczysław Karłowicz, kompozytor, taternik, narciarz, fotograf. Już wtedy narzekał na spory ruch w Dolinie Gąsienicowej. Zawrat - bodaj najsłynniejsza tatrzańska przełęcz, przez którą dzisiaj ciągną tłumy. Pisał o niej Stanisław Witkiewicz, taternickie szlify zdobywał tu Stefan Żeromski, przez górskie siodło chodziła Maria Skłodowska-Curie. To właśnie na Zawracie miały szanse się odmienić losy świata, gdyby powinęła się tu noga Leninowi. Od Zawratu po Kozi Wierch prowadzi szlak jednokierunkowy.

Buczynowe Turnie wydają się najbardziej eksponowaną częścią Orlej Perci; przepaście sięgają tu dwustu metrów. W ścianie Buczynowych uległ wypadkowi Ferdynand Goetel, prezes przedwojennego Pen Clubu, jeden z nielicznych Polaków, którzy w 1938 roku sprzeciwiali się otwarcie bezsensownej aneksji Jaworzyny Spiskiej i rozniecaniu konfliktu ze Słowakami. Przechodzi się też przez Przełęcz Nowickiego i Pościel Jasińskiego - legenda mówi, że myśliwy o nazwisku Jasiński zginął tutaj, polując na kozice. (...)

W kronice górskich wypadków liczba ofiar Orlej Perci przekroczyła setkę.

- To rejon, gdzie rokrocznie ratownicy mieli i mają wiele pracy. Trudno oddzielić Orlą Perć od szlaków, którymi można tam dojść, czy przecinających tę drogę - tłumaczy Adam Marasek, były wicenaczelnik Pogotowia. - Najwięcej wypadków zdarza się latem, gdy ludzi zaskakuje zalegający tam jeszcze śnieg, a także jesienią.

Ze statystyk TOPR wynika, że w rejonie Orlej Perci dochodzi do 12 procent wszystkich śmiertelnych wypadków w Tatrach. Prawie dwa razy więcej niż na Giewoncie i blisko trzy razy więcej niż na Rysach. Wysokogórski szlak od początku jego wytyczenia przyciągał turystów wierzących słowom księdza Gadowskiego, że "sztuczne ułatwienia, jakie w nim dodano, poręczają bezpieczeństwo osób". Tymczasem to naprawdę trudna wyprawa dająca przedsmak taternickiej wspinaczki.

Z ponad setki ofiar Orlej Perci aż jedna trzecia zginęła po 1989 roku. Z 3 milionów osób, które w ciągu roku odwiedzają polskie Tatry, 60 procent przyjeżdża tu latem. W szczycie wakacyjnego sezonu do szlaku na Orlą Perć tworzą się kolejki.

- Niedzielni turyści bardzo często podejmują decyzję o wejściu na wysokogórski, trudny szlak dopiero wtedy, gdy zobaczą w dolinie, jakie tłumy tam walą. Myślą sobie: Skoro idzie tam tylu ludzi, to wielkiego niebezpieczeństwa nie ma... Trafiają w miejsce, w którym nie potrafią sobie poradzić z powodu braku doświadczenia, słabej kondycji czy choćby złych butów. I nieszczęście gotowe - mówi Jan Krzysztof, naczelnik TOPR.

Ratownicy widzieli na Orlej Perci wycieczki uczniów ubranych w lekkie adidasy, rodziny z małymi dziećmi. Zdarzały się nawet osoby z lękiem wysokości proszące o pomoc w zejściu po drabinkach.

Naczelnik TOPR dodaje: - Paradoksalnie na wiele wypadków w Tatrach wpływ ma zbyt dobry stan naszych szlaków. Gdyby na Orlej Perci nie było łańcuchów, klamer i drabinek, tak wielu ludzi by tam nie szło. Dlatego jestem zwolennikiem zdjęcia zabezpieczeń. Chodziliby tam tylko wytrawni turyści, w dodatku w towarzystwie przewodnika.

Dyrekcja Tatrzańskiego Parku Narodowego latem 2007 roku wprowadziła na odcinku od Zawratu po Kozi Wierch ruch jednokierunkowy, by ograniczyć tłok na najbardziej niebezpiecznym fragmencie ścieżki. Krewni i znajomi ostatnich ofiar Orlej Perci twierdzą, że to za mało. Od jesieni 2006 roku - gdy w rejonie Koziej Przełęczy zginęła 20-letnia Kasia - prowadzą akcję wzywającą władze TPN-u do zamontowania stalowej liny na całej długości Orlej Perci, do której turyści mogliby przypinać specjalną uprząż.

"Kasia radośnie przewodziła grupie (...) i wydawało się, że stanowi ona jedność z tatrzańską przyrodą. Wyglądała niczym kozica na grani - szybka, zwinna, pewna siebie (...). Kasia zresztą podśpiewywała sobie wtedy »Ślebodną kozickę«. Wszystkim na twarzach towarzyszył uśmiech, a serca radowały się pięknem widoków i wspólnymi przeżyciami. W pewnej chwili, kiedy już bezpiecznie schodzili z Koziej Przełęczy do Pięciu Stawów, gdy przystanęli na chwilkę - słychać było tylko dźwięk turlających się kamieni... Może chwilowa słabość organizmu, może nieuwaga..." - napisali po wypadku o tragicznej wycieczce znajomi Kasi.

- Gdyby Kasia była przypięta uprzężą do stalowej liny, nie zginęłaby. Zresztą nie tylko ona, ale też wielu innych turystów - argumentowała inicjatorka akcji Irena Rubinowska, przewodniczka tatrzańska. - Naszym celem jest modernizacja starych zabezpieczeń, co uczyniłoby tę trasę bezpieczniejszą. Naczelnik TOPR Jan Krzysztof jest temu przeciwny: - Wprowadzenie takiego rozwiązania utwierdziłoby tylko ludzi w złudnym przekonaniu, że wybierają się na bezpieczny szlak. Tymczasem na Orlą Perć powinny się wspinać tylko osoby z dużym doświadczeniem w górach.

Fragmenty pochodzą z książki Bartłomieja Kurasia, "Niech to szlak. Kronika śmierci w górach" wydanej nakładem Wydawnictwa Agora

materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje