Reklama

Kazachstan: Tu nic nie jest takie, jakim ci się wydaje...

Stacja metra w Ałmatach, dwaj Kazachowie witają się na tle byłego prezydenta, Nursułtana Nazarbajewa /Nikon Z50 /INTERIA.PL

Miejsca godne polecenia

W Kazachstanie spędziłem zaledwie kilka dni. Ale wystarczyły one, by odwiedzić byłą i obecną stolicę: Ałmaty i Nur-Sułtan, a także zahaczyć o kilka pomniejszych atrakcji.

Na pierwszy ogień - Ałmaty. Miasto położone u stóp łańcucha górskiego Tienszan, na wysokości 800-1100 metrów n.p.m. Populacja to prawie dwa miliony, choć jeszcze w 1929 roku mieszkało tu zaledwie 45 tysięcy osób. Symbolem miasta jest jabłko, a ciekawostką fakt, że na jego terenie znajdziemy ponad dwa miliony drzew. To część polityki miasta, mającej na celu poprawę jakości powietrza. Niekorzystne położenie sprawia bowiem, że smog jest tu realnym problemem, z którym Ałmaty borykają się od wielu lat.

Ałmaty to miasto ciekawe, choć będąc tu, nie odnosimy wrażenia, że żyje tu aż tyle ludzi. Po centrum dobrze poruszać się metrem. Poza godzinami szczytu wygodnie jest też poruszać się samochodem. To istotne, bo miasto ma powierzchnię dwa razy większą od Krakowa, więc zwiedzając je, często pokonujemy spore dystanse. Na pewno nie będziemy się tutaj nudzić. Mknąc ulicami, można odnieść wrażenie, że co krok mijamy jakiś bar, restaurację, czy knajpkę.

A przyznać trzeba, że karmią tu bardzo dobrze. Moje kulinarne wspomnienia z Ałmatów to sheereen - pieczony bakłażan, baursaks - kulki chlebowe, pstrąg z ziemniakami, czy chuk chuck - tradycyjne ciasto z miodem. Aperitif? Nie było z tym żadnego problemu. Czy ja wspominałem, że Kazachstan to naprawdę fajny kraj do życia?

Shymbulak - raj narciarzy

Reklama

Korzystając z zimowej wizyty w Ałmatach, wręcz obowiązkowa jest wizyta w górach. Są o przysłowiowy rzut beretem od centrum miasta, a najlepiej uświadomił mi to pierwszy poranek, gdy po rozsunięciu kotar ujrzałem ośnieżone szczyty czające się za blokami. Wrażenie wprost niesamowite. To tak, jakby ktoś Warszawę przeniósł na Podhale, a Tatry zastąpił Alpami.

Czas dojazdu z centrum miasta do parkingu pod stacją narciarską Shymbulak to niecałe pół godziny. Po drodze również się nie nudzimy - możemy obserwować m.in. otoczone wysokimi murami dzielnice najbogatszych mieszkańców Ałmatów, a bliżej gór - potężne stalowe umocnienia. To zasieki, mające powstrzymywać skały i drzewa, niesione przez lawiny błotne. W przeszłości zdarzało się bowiem, że po trzęsieniach ziemi, wysoko położone polodowcowe jeziora spływały w dół, niszcząc wszystko co napotkały na drodze. Po przedsięwzięciu środków zapobiegawczych, zniszczeń w dużym stopniu udało się uniknąć. Zapory uratowały Ałmaty dwukrotnie: w latach 60. i 80. ubiegłego wieku.


Sam Shymbulak to fantastyczne miejsce. Największy kurort narciarski w środkowej Azji przyciąga mnogością tras, łagodnym klimatem i dużą ilością słonecznych dni. Widać, że zainwestowano tu olbrzymie pieniądze. Infrastruktura jest praktycznie nowa. Polecam gorąco skorzystać z możliwości wyjazdu kolejką na końcową stację, przepiękny masyw Tienszan. Stąd, z poziomu 3000 metrów n.p.m. możemy podziwiać zarówno łańcuch górski, jak i położone kilkanaście kilometrów dalej miasto. O ile aktualnie nie zasłania go chmura ze smogu. Każdemu miłośnikowi gór, czy też sportów zimowych, to miejsce zapadnie na długo w pamięci.

Podróżując gondolą nie sposób nie zwrócić uwagi na Medeo - najwyżej położone lodowisko na świecie. Znajduje się na wysokości 1700 metrów n.p.m. i jest areną, na której pobito wiele rekordów w łyżwiarstwie szybkim. Jest to zasługa krystalicznie czystej wody górskiej rzeki Malaya Almatinka, użytej do wytworzenia tafli oraz sprzyjającego sportowi klimatu (niskie ciśnienie, słaby wiatr). Mówi się, że to właśnie to miejsce kryje się za tajemnicą ogromnych sukcesów panczenistów ZSRR.

Stolica mrozu

Z byłej stolicy przenosimy się do obecnej. Astana, vel Nur-Sułtan zimą nie należy do najprzystępniejszych turystycznie miejsc. Ze wszystkich stołecznych miast świata, zimniej jest tylko w Ułan Bator. Narzekasz na przymrozki w listopadzie? Tutaj przymrozki oznaczają -35 stopni Celsjusza. Czasem trudno nawet chodzić po ulicach, bo wiatr z bezkresnych stepów paraliżuje ruchy. W przeciwieństwie do Ałmatów, nie możemy się schronić w cieplutkich tunelach metra, bo na piaszczystej glebie po prostu nie da się go tutaj wybudować.

Mimo tych wszystkich ograniczeń, Astana nie ustaje w prężnym rozwoju. W ciągu ostatnich 20 lat osiedlił się tutaj milion nowych mieszkańców. Wielu z nich dostało propozycję nie do odrzucenia, gdyż ich miejsca pracy po prostu przenoszono na północ kraju.

Dziś Astana to malutka część starego miasta i olbrzymie połacie nowej, potężnej stolicy Kazachstanu. Do jej budowy zatrudniano i nadal zatrudnia się najlepszych architektów i inżynierów z całego świata. Co prawda o stylistyce mówi się dość ostrożnie, że jest... eklektyczna, ale przepych, rozmach i tempo, w jakim rozrasta się ta metropolia robią wrażenie.


Nie jest tu tak przytulnie i swojsko, jak w Ałmatach, ale to typowe dla miejsc, które powstały stosunkowo niedawno. Stadion? Nowy. Kolarski welodrom? Nowy. Muzeum? Nowe. Teatr? Nowy. Meczet? Wiadomo - nowiusieńki. Ten ostatni, Nur-Astana, mogący pomieścić 5000 wiernych, jest zresztą jedną z największych świątyń muzułmańskich w tej części Azji. Co ciekawe, nie wybudowano go za lokalne petrodolary. Fundatorem jest emir Kataru, Hamad bin Khalifa. Koszty budowy trzymane są w tajemnicy, wiadomo jedynie, że nie oszczędzano na niczym. Prace trwały w systemie trzyzmianowym - 24 godziny na dobę.

Wspomniałem o "zrelaksowanym" Islamie - i ten meczet jest jego najlepszym przykładem. Jako "niewierny" po zdjęciu obuwia mogłem za darmo zwiedzić jego wnętrza i zobaczyć, jak miejscowi wypoczywają na miękkich dywanach wyścielających jego podłogi, w oczekiwaniu na modlitwę.

Dogonić XXI wiek

Ale Astana to nie tylko stadiony i meczety. To także kilka miejsc całkowicie odczepionych od rzeczywistości. Gigantycznych, spektakularnych, jakby ktoś budując je chciał przekazać prosty komunikat: My tu w Kazachstanie bawimy się, jak chcemy i za ile chcemy. Z budowli wartych odwiedzenia warto wymienić chociażby pałac prezydencki Ak Orda, wieżę widokową Bajterek, gigantyczne centrum handlowe Chan Szatyr - przypominające kształtem wielką jurtę (tradycyjny namiot koczowniczych plemion), czy też pałac Pokoju i Pojednania, który z kolei przybiera kształ piramidy.

Oddzielna historia to teren targów Expo, które odbywały się w Astanie w 2017 roku. Miałem okazję zajrzeć tam tuż przed wylotem do Polski i w dość szybkim tempie zwiedzić pawilon "Nur Alem". To szklany, kulisty budynek, który skrywa w sobie jedno, wielkie multimedialne show. Tematem przewodnim Expo była energia przyszłości i właśnie w tym duchu utrzymane są instalacje, które dziś zobaczyć mogą zwiedzający. Powiedzieć o tym, co czeka nas wewnątrz "science-fiction" to nie powiedzieć nic. Wewnątrz pawilonu czujemy się, jak w futurystycznym filmie pokazującym, jaki będzie XXI wiek. Jako przedstawiciel pokolenia millenialsów zawsze czułem gdzieś tam z tyłu głowy, że kiedyś będzie mi dane dogonić przyszłość. Nie sądziłem jednak, że stanie się to w Kazachstanie...

Moc wrażeń, sporo obalonych stereotypów, nowe znajomości, gigabajty zdjęć na karcie mojego Nikona i olbrzymi niedosyt. To pozostało mi po pięciu dniach spędzonych w dziewiątym największym kraju świata. To i rozbudzona ciekawość. Miejscowi mówią, że warto tu wrócić wiosną, gdy północne stepy pokrywają się kwiatami, a w rezerwacie przyrody Korgałżyn zjawiają się flamingi. Nie wiedzieliście tego, prawda? A takich rzeczy jest tu jeszcze do odkrycia całe mnóstwo. Dotychczas nietknięty koronawirusem (stan na 13 marca 2020) Kazachstan trafia na moją wakacyjną listę - zamierzam go odwiedzić, zanim Kazachowie odrobią pilnie kolejną lekcję - tym razem z turystyki. Bo przecież zawsze lepiej jest przemierzać szlaki jeszcze nie do końca przetarte...

***Zobacz także***

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje