Reklama

Jose Alvarenga: 13 miesięcy oko w oko ze śmiercią

Jose Alvarenga - pierwszy człowiek na świecie, który przeżył na oceanie ponad rok /East News

Kto zaginie na pełnym morzu, w ciągu kilku dni stanie oko w oko ze śmiercią. I nawet jeśli uda mu się przeżyć tę walkę, wodna pustynia może powoli doprowadzić jego umysł do obłędu. Aby przetrwać, trzeba być gotowym do wielu cierpień i wyrzeczeń.

Reklama

Słońce pali go w oczy, a skóra pod skorupką soli jest podrażniona. Gdzie nie spojrzy, widzi jedynie wodę. Jose Alvarenga na pokładzie siedmiometrowej drewnianej łódki rozkłada resztki ryby i czeka. Jego plan okazuje się skuteczny: jedna z mew rzuca się na mięso.

Na to właśnie czekał 37-letni mężczyzna z Salwadoru. Łapie ją i odrywa skrzydła. Potem skręca ptakowi kark. Alvarenga będzie stosował tę taktykę setki razy. To, co miało być jedynie dwudniowym połowem rekinów w towarzystwie kolegi Ezequiela Córdoby, stało się 396-dniową odyseją po Pacyfiku.

Reklama

Uszkodzenie silnika i burza doprowadziły do tego, że prąd pochwycił łódkę mężczyzn u wybrzeży Meksyku i wyniósł na otwarte morze – w świat, do którego człowiek nie został stworzony. Przeżył tylko jeden z nich. Drugi umarł z głodu i pragnienia. W jakim jednak tempie organizm przestaje spełniać swoje funkcje życiowe? Gdzie leżą granice jego możliwości?

Jak szybko wysycha człowiek?

Pragnienie to jedno z największych niebezpieczeństw na morzu. Może doprowadzić rozbitków do obłędu. – Są ciągle otoczeni przez wodę, której nie mogą się napić. Do tego powietrze morskie również jest słone, co jeszcze bardziej wzmaga pragnienie – mówi profesor Michael Tipton z Uniwersytetu Portsmouth w Anglii.

Ten fizjolog jest ekspertem w kwestii przeżycia na pełnym morzu i wyliczył, ile mamy czasu do momentu, aż organizm odmówi posłuszeństwa. Jeśli nie dostarczymy mu żadnych płynów, na pełnym morzu umrzemy z pragnienia po sześciu, siedmiu dniach. To dlatego, że w wyniku pocenia się, oddychania i oddawania moczu tracimy dziennie co najmniej 1,5 litra wody.

Jeśli nie uzupełnimy braków, w ciele będzie się gromadziła coraz większa ilość soli, która normalnie wydalana jest z moczem. Równowaga płynów w żyłach, komórkach i narządach zostaje wówczas zakłócona. Krew gęstnieje, płynie powoli i nie transportuje do mózgu wystarczającej ilości tlenu.

W efekcie pojawiają się bóle głowy, majaczenia, a nawet śpiączka. Jelita i nerki spowalniają swoją pracę, aż w końcu dochodzi do ich niewydolności i człowiek umiera. Jednak, zdaniem Tiptona, można uniknąć takich męczarni, przyjmując minimalne ilości wody i przestrzegając kilku zasad.

Poradnik przeżycia: jak nie umrzeć z głodu?

To doświadczony rybak, który wie, jak zaopatrzyć się w pożywienie w tego typu sytuacjach – podkreśla Tipton. Zupełnie bez jedzenia człowiek przeżyje od 40 do 60 dni. Alvarenga odżywiał się rybami, żółwiami i ptakami morskimi.

– Łapałem ptaki, odrywałem im skrzydła i puszczałem na pokład. Dzięki temu ich mięso pozostawało świeże. Czasem miałem nawet dziesięć sztuk, które biegały po łódce – mówi. Zarażał się także pasożytami, ale przeżył.

Jego kolega Ezequiel Córdoba nie miał tyle szczęścia. Nie mógł przyzwyczaić się do zmiany stylu odżywiania – zmarł z głodu po 16 tygodniach na morzu. Zdaniem ekspertów również w trakcie jedzenia można stosować strategie, przy pomocy których da się zoptymalizować gospodarkę energetyczną.

Ten, kto ma do dyspozycji małe ilości płynów, powinien unikać żywności bogatej w białko. – W procesie trawienia białka organizm zużywa dużo wody. Przyspiesza to proces odwodnienia – podkreśla Tipton. W przypadku menu, na które składają się wyłącznie mięso i ryby, wydaje się to nieuniknione – ale istnieją alternatywy.

– Pod skorupą żółwia znajduje się gruba warstwa tłuszczu, która jest bardzo odżywcza – wyjaśnia. Zarówno ten tłuszcz, jak i własne zapasy można przetrawić jedynie wtedy, kiedy spożywa się też węglowodany.

– Część z tego organizm może wytworzyć sam – mówi Tipton. Ale są one zawarte także w sucharach znajdujących się w racjach żywnościowych na łodzi ratunkowej lub w roślinach wodnych, takich jak morszczyn.

Jak morze zmienia ludzką psychikę?

Głód, pragnienie, zimno, upał – wszystkie te czynniki osłabiają nie tylko organizm człowieka, ale i jego psychikę. W trakcie swojej ponadrocznej tułaczki Alvarenga często miał myśli samobójcze: – Chciałem zabić się rybackim nożem. Przyłożyłem sobie do gardła 15-centymetrowe ostrze i usłyszałem głosy: „Zrób to wreszcie!”. Ostatecznie jego wola przeżycia zwyciężyła i odłożył nóż.

Ale jak zachować siły psychiczne w sytuacji, która wydaje się beznadziejna? Alvarenga próbował trzymać się rutyny, na przykład tego, by o określonej porze, trzy razy dziennie, coś zjadać. Przez resztę dnia polował, zbierał deszczówkę, śpiewał swoje ulubione piosenki i modlił się.

Mimo to kilka razy niemal nie zwariował – na przykład wtedy, gdy po siedmiu miesiącach dryfowania dostrzegł kontenerowiec, ten jednak po prostu popłynął dalej. Alvarenga machał rękoma jak oszalały, a marynarze jedynie mu odmachali. Po czymś takim był w stanie tylko płakać.

Jak udało mu się wydostać z tego psychicznego dołka? Wymyślił makabryczną grę z wykorzystaniem złapanych mew. – Wrzuciłem do łódki rybę. Ptaki rzucały nią między sobą niczym piłką. Wtedy zbudowałem dwie bramki z żółwich skorup i komentowałem mecz. To była moja główna rozrywka – opowiada. Brzmi to barbarzyńsko, ale ta gra uratowała Alvarengę przed psychicznym załamaniem. Przez 13 miesięcy dryfował po Pacyfiku.

Po tym czasie fale wyrzuciły go na ląd na atolu Ebon na Wyspach Marshalla – około 11 tysięcy kilometrów od wybrzeży Meksyku. Patrząc na jego stosunkowo dobry stan fizyczny, wielu ludzi początkowo nie uwierzyło w to, że tak długo przebywał na morzu. Po licznych badaniach lekarskich, analizie warunków pogodowych i teście na wykrywaczu kłamstw, fakty zdają się potwierdzać historię Salwadorczyka.

Alvarenga nie podbił wprawdzie obcego, morskiego świata, ale odnalazł się w nim całkiem dobrze. Na razie nie ma odwagi wejść na łódkę. Ale pomimo koszmarów sennych i ataków paniki mówi: – Kiedyś, być może, znów wypłynę w morze. Łowienie ryb mam we krwi.

Jak niska temperatura zmienia osobowość

Gdy temperatura naszego ciała, która w normalnych warunkach wynosi 37°C, spada poniżej 25°C, śmierć jest nieunikniona. Poprzedza ją jednak kilka faz, w czasie których powoli tracimy świadomość. – Pomiędzy 35 a 32°C działanie mózgu zostaje upośledzone. Dochodzi do zmian osobowości, zaników pamięci czy ataków agresji – wyjaśnia fizjolog Michael Tipton.

Co się dzieje w ciele, gdy człowiek umiera z głodu?

Mózg staje się skrajnym egoistą. Mimo iż stanowi zaledwie 2% masy naszego ciała, absorbuje połowę dziennego spożycia glukozy, a na dodatek czerpie też z zapasów innych części ciała.

W trakcie głodu narządy są słabo zaopatrzone, a włókna mięśniowe kurczą się każdego tygodnia nawet o 20% – dotyczy to również mięśnia sercowego. Kości stają się porowate. Ich gęstość zmniejsza się o 15%.

Zanik mięśni w klatce piersiowej prowadzi do krótszych i słabszych oddechów, wydajność wątroby zmniejsza się na tyle, że nie jest ona już w stanie sprawnie rozkładać szkodliwych substancji. Ustanie jej pracy oznacza śmierć.

Ile gorąca może znieść nasz organizm?

Jeśli jest się stale wystawionym na mocne działanie promieni słonecznych, temperatura ciała może wzrosnąć do ponad 40°C. Skutkiem ubocznym są: dezorientacja, mdłości i halucynacje.

Gdy tylko nasz organizm zostanie ogrzany do temperatury 42–44°C, następuje udar słoneczny, którego skutkiem jest śmierć.

Świat Tajemnic

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje