Reklama

Hyundai i30N: Koreańska rakieta

i30N - pierwszy hot hatch, przygotowany przez Hyundaia /materiały promocyjne

Jak to jest zrobić coś dobrze już za pierwszym razem? Coś na ten temat powinni wiedzieć inżynierowie Hyundaia. Ich najnowsze dzieło, model i30N to prawdziwa rakieta, która daje więcej surowej i autentycznej radości z jazdy, niż mógłbyś się spodziewać.

Hot hatch to termin stworzony przez brytyjskich dziennikarzy na określenie segmentu, który zaczął kształtować się w latach 80. ubiegłego wieku. Wtedy to zaczęły pojawiać się usportowione hatchbacki, które dziś cieszą się zasłużoną estymą, a nawet legendą. Pierwszy w branży szlaki przecierał volkswagen, który ze swoim golfem GTI wyznaczył standardy i bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę. Tę strącił dopiero peugeot modelem 205 GTI, uznanym za hot hatcha wszech czasów. Dobre modele mieli także w swojej ofercie chociażby ford (fiesta XR2i), opel (kadett GSI), czy też producenci japońscy (corolla GTi, swift GTi), a Hyundai? No cóż... próbował podbijać świat swoim modelem pony.

Trudno winić Hyundaia za to, że nie próbował wówczas stawać w szranki z bardziej doświadczonymi zawodnikami. Czasem do pewnych rzeczy trzeba po prostu dorosnąć. Przez ostatnie dwadzieścia lat rynek samochodowy bardzo się jednak przetasował. Zmienił się także obraz koreańskiej motoryzacji. I tak w 2017 roku, mając na pokładzie przechwyconego z BMW Alberta Biermanna, Hyundai zadecydował, że uważa za stosowne wparować bez zapowiedzi do ligi usportowionych hatchbacków.

Reklama

Zapewne znacie te sceny z filmów akcji, gdy do mordowni pełnej rzezimiechów i cwaniaków wchodzi nagle ktoś obcy i zaczyna rozpychać się przy barze? Tak właśnie mogą czuć się obecnie pracownicy odpowiadający za sprzedaż golfa GTI, peugeota 308 GTI, seata ibizy FR, czy focusa ST, z niepokojem spoglądający na to, co też najlepszego wyprawia ten nieopierzony świeżak - Hyundai i30N.

Umówmy się - to nie była najbardziej oczekiwana premiera motoryzacyjna tego roku. Ale mimo to, nadal ma szansę stać się jedną z tych najbardziej ekscytujących. Miałem to szczęście, że jeszcze przed oficjalnym debiutem na polskim rynku, dane mi było pobyć kilka dni sam na sam z koreańskim wojownikiem. I nie był to zmarnowany czas!

Pierwsze spotkanie i maszyna od razu wpada w oko. Na miejskim parkingu i30N wyróżnia się od razu pastelowym lakierem, nazwanym przez producenta "Performance blue". Błękit z czarnymi dodatkami, przełamany czerwonymi akcentami, duże, 19-calowe koła i wyzierające spod nich potężne zaciski hamulcowe zdradzają, że mamy tu do czynienia z usportowioną wersją tego popularnego modelu. Usportowioną na tyle, że przy podstawowej wersji "itrzydziestki" edycja "N" wygląda jak zupełnie inny samochód.

Pozostając przy aparycji - podobać mogą się tylna lotka na klapie z gustownym, trójkątnym dodatkowym światłem "stop", spojler zderzaka z dyfuzorem i małe przetłoczenia na zderzaku. Z przodu zwracają uwagę LED-owe światła i chromowana literka "N" na grillu, której rozwinięciem jest Namyang - nazwa ośrodka badawczo-rozwojowego marki.

Wnętrze, choć bez foteli recaro, czy markowego nagłośnienia, jest wygodne i funkcjonalne. Po zajęciu miejsca na fotelu od razu wiadomo, że tutaj wydarzy się coś ciekawego. Pod nogami mamy aluminiowe nakładki pedałów, wykonana z tego samego materiału gałka zmiany biegów przyjemnie chłodzi dłoń, a wyskalowane do 300 km/h zegary zwiastują jazdę niekoniecznie zgodną z przepisami ruchu drogowego.

Odpalamy bestię za pomocą przycisku i dwulitrowe, 275-konne turbo budzi się do życia. Na razie bez fajerwerków. Przez pierwsze kilometry porównuję trzy podstawowe tryby jazdy. Eco, normal i sport. Ten środkowy pomijamy, bo nie wnosi nic nowego. Ale faktycznie pomiędzy skrajnymi ustawieniami jest spora różnica w zachowaniu pojazdu i reakcji na gaz.

Na szczęście to dopiero początek zabawy. Cała frajda zaczyna się bowiem po naciśnięciu prawym kciukiem przycisku oznaczonego flagą w szachownicę. Tak aktywuje się tryb "N", w którym możemy samemu pobawić się ustawieniami naszego gorącego hatchbacka. Do wyboru mamy dwie zakładki: napęd i podwozie. W każdej cztery oddzielne menu z listą: normalny, sport i sport+. Łącznie mamy do dyspozycji setki konfiguracji, co sprawia że samochód można dopasować nie tylko do własnych preferencji, ale i drogowych warunków.

W tym wszystkim najlepsze jest jednak to, z jak dużą łatwością można przeobrazić w miarę oszczędne auto (w trybie eco udało mi się zejść do spalania 9.1 litra na sto km) w drogowego brutala. Dawniej, aby zmienić setup zawieszenia i odgłos wydechu, należało po prostu wymienić amortyzatory, sprężyny i tłumik. Dziś wystarczy naciśnięcie jednego przycisku.

Doktor Jekyll i mister Hyde. Tak zmienia się i30N, gdy aktywujemy jego brutalną i mroczną stronę. Żeby odczuć ją najlepiej i... najdotkliwiej ustawiam wszystkie opcje na sport+ i wyruszam na miasto. Pierwsze, na co zwracam uwagę, to zdecydowanie głos wydechu. Momentalnie robi się głębszy, bardziej basowy i cholernie szorstki. Do tego bulgocze, strzela, parska, niczym rasowa rajdówka! Jazda na wysokich obrotach już dawno mnie tak nie cieszyła. Chwilę później odkrywam, że aktywowana opcja "międzygazu" naprawdę działa i program sam zwiększa lekko obroty przy redukcji biegu. Czegoś takiego, to się nie spodziewałem.

Im mocniej wciskam gaz, tym bardziej odjeżdżam ze strefy komfortu. Jest twardo, samochód jest niebywale sztywny, ale też trzyma się drogi, jak przyklejony. Zawieszenie w połączeniu z oponami Pirelli P Zero wykonują świetną robotę. Układ kierowniczy jest precyzyjny i zwarty. Prowadzę Hyundaia dokładnie tam, gdzie chcę. Tu nie ma miejsca na kompromisy. Nagłe hamowanie! I skalp prawie spada mi z głowy. Czerwone zaciski to nie bajer. Dają radę nadspodziewanie dobrze.

Adrenalina daje znać o sobie. Chcę jechać jeszcze szybciej, choć momentami 275 koni napędzające przednią oś wyrywają mi kierownicę z rąk. Choć to nowicjusz na rynku, zdecydowanie nie jest autem dla nowicjuszy za kierownicą. i30N oferuje wiele, pozwala na wiele, ale za błędy zapłacisz sam. Tu nie ma asystenta pasa ruchu, robota, który pojedzie za ciebie. Tego wozu nie poprowadzisz jedną nogą i jedną ręką, skupienie musi towarzyszyć ci cały czas, jeśli chcesz naprawdę pobawić się tą zabawką.

Sobotni wieczór. Pokazuje błękitną strzałę moim samochodowym kumplom. Gdy dowiedzieli się, że jeżdżę koreańskim hot hatchem bardzo nalegali na spotkanie. Rzecz jasna nie siedzimy przy piwie, ale wyruszamy za miasto. Początkowo marudzą, lecz szybko przekonują się, że i30N to "real deal" i nieprzypadkowo aspiruje do grona mocnych zawodników. Jeszcze podczas jazdy googlują specyfikację modelu i datę premiery w Polsce, a podczas postoju na parkingu, zamiast kopać w przysłowiowe koło, nagrywają telefonami strzały z wydechu. Jak dzieci...

Wkrótce zamiast szydery, pojawiają się stonowane komplementy. "Wiesz, mógłbym tym jeździć". "W sumie i tak nie będą wiedzieć, co ich wyprzedziło. Wiem, że w męskim towarzystwie to poważne wyrazy uznania.

Pięć dni to z pewnością zbyt mało na solidne przetestowanie modelu i wyszczególnienie jego wad i zalet. Jednakże wystarczający, by zapoznać się z wozem więcej, niż pobieżnie i sprawdzić go w różnych sytuacjach drogowych. Jako fan klasycznych GTI ze złotej ery podchodziłem do i30N z dużym dystansem i bez specjalnej wiary, ale dziś posypuję głowę popiołem. W ramach tego, co w obecnej motoryzacji wolno, Hyundaiowi udało się coś niezwykle ważnego. Uchwycić duszę dawnego hot hatcha w całkiem nowym samochodzie.

Jeśli będziecie mieli okazję - koniecznie przejedźcie się nowym i30N. Jeśli rozważacie zakup i możecie pozwolić sobie na luksus wydania trochę większej ilości pieniędzy - poważnie weźcie go pod uwagę. Wrażenia z jazdy i wystrzały z wydechu szybko zrekompensują wam ten wydatek.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje