Han van Meegeren – człowiek, który wykiwał nazistów

Han van Meegeren był znakomitym fałszerzem i artystą w swoim fachu /East News

Hermann Goering, oficjalny następca Adolfa Hitlera, oczekując na egzekucję za zbrodnie przeciwko ludzkości, dowiedział się, że okradziono go z przyjemności. W tamtej chwili, zgodnie z relacją jednego z obserwatorów, Goering wyglądał, "jakby po raz pierwszy odkrył, że na świecie istnieje zło".

Reklama

Paul Bloom, psycholog z Uniwersytetu Yale, w książce pt. "Przyjemność. Dlaczego lubimy to, co lubimy?" przyjrzał się naszym pragnieniom i ich korzeniom. Również pragnieniom zbrodniarzy pokroju Hermanna Goeringa.

Korzystając z wielu zaskakujących badań, zgłębił przyjemności szlachetne, jak i te owiane złą sławą, te wzniosłe i przyziemne. Wszystko po to, żeby odkryć, że to nie dotyk czy wzrok decydują o przyjemności, jaką czerpiemy z danej rzeczy, lecz nasze przekonania na temat jej historii, pochodzenia i głębszej natury.

Reklama

Naukowe wnioski ilustruje przykładami z życia wziętymi. Żeby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dzieło sztuki jest warte o wiele więcej niż najlepszy falsyfikat, przypomniał historię Hana van Meegerena, czyli człowieka, który... wykiwał nazistów. Warto ją poznać.

Przeczytaj fragment książki Paula Blooma:

Hermann Goering, oficjalny następca Adolfa Hitlera, oczekując na egzekucję za zbrodnie przeciwko ludzkości, dowiedział się, że okradziono go z przyjemności. W tamtej chwili, zgodnie z relacją jednego z obserwatorów, Goering wyglądał, "jakby po raz pierwszy odkrył, że na świecie istnieje zło".

Sprawcą owego zła okazał się holenderski malarz i kolekcjoner sztuki Han van Meegeren. W czasie II wojny światowej Goering podarował van Meegerenowi 137 obrazów o łącznej wartości około 10 milionów dolarów. W zamian otrzymał obraz "Chrystus i jawnogrzesznica" Johannesa Vermeera.

Podobnie jak jego szef, Goering miał obsesję na punkcie kolekcjonowania sztuki i zdążył złupić pokaźny kawałek Europy. Vermeera cenił jednak szczególnie, dlatego zdobycz napawała go taką dumą. Po zakończeniu wojny alianci znaleźli obraz i dowiedzieli się, skąd miał go Goering.

Van Meegerena aresztowano i oskarżono o sprzedaż holenderskiego arcydzieła naziście, co równało się zdradzie podlegającej karze śmierci. Po sześciu tygodniach w więzieniu van Meegeren przyznał się - tyle że do innego przestępstwa.

Twierdził, że sprzedał Goeringowi falsyfikat. Obrazu nie namalował Vermeer, lecz on sam. Van Meegeren wyznał, że namalował również inne obrazy, których autorstwo przypisywano Vermeerowi, w tym "Uczniów w Emaus", jeden z najsłynniejszych obrazów w Holandii.

Z początku nikt mu nie wierzył. Poproszono go o namalowanie jeszcze jednego "Vermeera", by udowodnił, że mówi prawdę. W ciągu sześciu tygodni van Meegeren - w otoczeniu dziennikarzy, fotografów i ekip telewizyjnych, posiłkując się alkoholem i morfiną (tylko tak potrafił pracować) - właśnie tego dokonał. Jak ujął to jeden z holenderskich brukowców: "Maluje, żeby ocalić życie!".

W rezultacie powstało "vermeeropodobne" dzieło, które van Meegeren zatytułował Chrystus w świątyni, obraz wyraźnie lepszy od tego, który fałszerz sprzedał Goeringowi. Van Meegerena uznano za winnego lżejszego przestępstwa, jakim było wyłudzenie pieniędzy przez oszustwo, za co został skazany na rok więzienia. Zmarł przed odsiedzeniem wyroku, okrzyknięto go jednak ludowym bohaterem - oto człowiek, który wykiwał nazistów!

Jeszcze do niego wrócimy w tej książce. Teraz skupmy się na nieszczęsnym Goeringu i na tym, jak musiał się czuć, gdy powiedziano mu, że obraz to falsyfikat. Goering był osobliwym człowiekiem - do granic śmieszności zadufany w sobie, nieludzko obojętny na cierpienie innych; jeden z rozmówców określił go mianem pogodnego psychopaty - a jednak w jego zdumieniu nie było nic dziwnego.

Na jego miejscu każdy poczułby to samo. Jednym z elementów tego uczucia jest upokorzenie z powodu zostania oszukanym. Nawet gdyby się okazało, że nie doszło do zdrady, lecz tylko do niewinnej pomyłki, jej odkrycie wiąże się z utratą pewnego rodzaju przyjemności. Kiedy kupujemy obraz, o którym sądzimy, że został stworzony przez Vermeera, część radości, jaką odczuwamy, wynika z tego, kto go namalował.

 Jeśli przekonanie to okaże się nieprawdziwe, przyjemność się ulatnia. (I na odwrót - historia zna również takie przypadki - jeśli odkryjemy, że obraz, który uznawaliśmy za kopię czy falsyfikat, w rzeczywistości jest oryginalny, to nasza przyjemność wzrośnie, podobnie jak wartość dzieła). Nie tylko o sztukę tu chodzi.

Przyjemność, jaką czerpiemy z różnych przedmiotów codziennego użytku, ma związek z naszymi przekonaniami na temat ich historii. Oto kilka przykładów:

- taśma miernicza, której właścicielem był John F. Kennedy (sprzedana na aukcji za 48 875 dolarów);

- buty, którymi irakijski dziennikarz rzucił w 2008 roku w George’a W. Busha (pewien saudyjski milioner rzekomo oferował za nie 10 milionów dolarów);

- kolejny latający przedmiot - siedemdziesiąta asowa piłka baseballowa uderzona przez Marka McGwire’a (zakupiona za 3 miliony dolarów przez kanadyjskiego biznesmena Todda McFerlane’a, posiadacza jednej z najlepszych kolekcji piłek do baseballu);

- autograf Neila Armstronga, pierwszego człowieka na Księżycu;

- kawałki sukni ślubnej księżnej Diany;

- pierwsze buciki naszego dziecka;

- obrączka, którą nosimy na palcu;

- pluszowy miś dziecka.

Wartość tych przedmiotów wykracza znacznie poza ich użyteczność. Nie każdy jest kolekcjonerem, ale każdy, kogo znam, posiada co najmniej jeden przedmiot, który uważa za wyjątkowy ze względu na jego historię - może mieć ona związek z podziwianymi osobami, ważnymi zdarzeniami albo z kimś bliskim.

Historii tego rodzaju nie da się dostrzec, pozostaje ona nieuchwytna, w większości wypadków nie ma nawet metody, by odróżnić wyjątkowy przedmiot od innego, który wygląda tak samo. A jednak to właśnie ten przedmiot jest źródłem przyjemności, podczas gdy kopia nie robi na nas najmniejszego wrażenia.

Dlaczego tak się dzieje? Temu będzie poświęcona ta książka.

Paul Bloom "Przyjemność. Dlaczego lubimy to, co lubimy?", Wydawnictwo Smak Słowa 2018.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje