Reklama

Garbarnia Chouwara: Tu od setek lat pracuje się tak samo

Są na tym świecie miejsca, w których dosłownie przenosisz się w czasie. I to nie o dziesięć, dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat, lecz o całe setki... Jednym z takich miejsc jest położona w medynie miasta Fez garbarnia Chouwara. Tam do dziś ludzie pracują dokładnie tak samo jak w czasach średniowiecza.

Gdy przemierzamy obce kraje, często trafiamy w miejsca naznaczone historią. Miejsca, w których kiedyś działo się coś ważnego. Często jednak opowieściom przewodników musimy dać wiarę na słowo, gdy zwiedzamy muzea, pomniki czy ruiny. W Fez jest inaczej. Tu historia zapoczątkowana setki lat temu pisze się nadal i nie jest to wyłącznie rekonstrukcja historyczna stworzona na potrzeby zagranicznych turystów.

Reklama

Z kronikarskiego obowiązku warto nadmienić, że Fez to była stolica Maroka, a obecnie trzecie największe miasto w tym kraju. Mówią o nim "Florencja" Afryki, ale jest też miastem partnerskim Krakowa. Obecnie zamieszkuje je około miliona osób, w dużej mierze studentów, bo to właśnie tu mieści się najstarszy uniwersytet świata.

Obowiązkowe miejsce, które należy odwiedzić będąc w Fezie, to jednak nie uczelnia Al-Karawijjin, lecz wpisana na listę UNESCO medyna, czyli stara część miasta. Jej wąskimi uliczkami, przypominającymi miejscami labirynt, można kluczyć przez długie godziny, zaglądając w zakątki kryjące różne tajemnice.

Stragany, sklepiki, zakłady fryzjerskie i usługowe - znajdziemy tu wszystko, czego dusza zapragnie. Od mięsa wielbłąda przez głowę rekina, egzotyczne przyprawy, aż po Ray-Bany za 20 złotych czy Roleksa za 80. Naostrzymy tu kindżał, wypijemy marokańskie whisky (czyli miętową herbatę) albo zainwestujemy w jedwabny dywan, który posłuży nam przez następne sto lat.

Będąc tam nie możemy jednak zapomnieć o odwiedzeniu najbardziej chyba spektakularnego, oddziałującego właściwie na wszystkie zmysły miejsca - starej garbarni. Jest ich kilka, ale ja polecam tą największą, zwaną Chouwara. Gwarantuję, że warto wydać te kilka Dirhamów, aby na własne oczy zobaczyć to, co dzieje się za jej murami. 

Opłata za wejście to jedno, ale pamiętajmy, aby nie zbagatelizować prezentu otrzymanego na wejściu od starego Marokańczyka. Będzie to kilka listków mięty, bez których zwiedzanie garbarni bywa niezwykle uciążliwe. Dlaczego uciążliwe? Wszystko za sprawą potwornego smrodu unoszącego się nad strefą pracy garbarzy. Zapach ten to mikstura krowiego moczu, gołębich odchodów, amoniaku i bóg wie czego jeszcze...

Nie wszyscy dobrze znoszą ten specyficzny odór. Na moich oczach kilka japońskich turystek niemal omdlało po wejściu na taras widokowy garbarni. Dlatego rada jest prosta: mięta pod nos i dopiero wtedy zwiedzamy ! Śmierdzi okrutnie, to fakt, ale było nie było - ta skórka warta jest wyprawki...

Chouwara do zwiedzania przygotowana jest wręcz wzorowo. Pracę dziesiątek mężczyzn możemy obserwować z kilku poziomów, mając dodatkowo znakomity widok na panoramę medyny Fezu. Zawód garbarza przekazywany jest tu z ojca na syna. Mimo że robota wygląda na niewdzięczną, jest przy okazji dobrze płatna, więc chętnych do jej wykonywania nie brakuje.

Warunki są ciężkie, bo skóry obrabia się tu w pełnym słońcu w takich samych kadziach i przy użyciu takich samych narzędzi, jak sto, dwieście czy trzysta lat temu. Technika przygotowania i barwienia skór również nie zmieniła się od lat. Do dziś używa się do tego celu naturalnych składników. Uzyskiwanie poszczególnych kolorów przedstawia się następująco: szary - gołębie odchody, czerwony - kwiat makowca, pomarańczowy - henna, brązowy - drzewo cedrowe, żółty - szafran, niebieski - indygowiec.

W całej hierarchii najwyżej stoi skóra farbowana na żółto. To właśnie ona jest najdroższa i dlatego właśnie barwienie szafranem odbywa się w oddzielnych miejscach. Jeśli chodzi o pochodzenie skór, to garbarze na pierwszym miejscu stawiają wielbłądzią, następnie kozią, a potem cielęcą.

Marokańczycy nie byliby sobą, gdyby wokół garbarni nie rozkręcili dobrze prosperującego interesu. W budynku przylegającym do zakładu znajdziemy zatem sklep, do którego po zwiedzeniu wszystkich miejsc widokowych zaprowadzi nas przewodnik lub pracownik. Możemy tu kupić setki rodzajów wyrobów skórzanych. Od pantofli, poprzez torebki, paski, czapki, kamizelki i kurtki, na pufach kończąc.

Za odpowiednią opłatą pracownicy przychylą nam nieba i spełnią nawet nietypowe zamówienia. Jeden ze znajomych, z którym zwiedzałem Fez, zamówił sobie dwie kurtki szyte na wymiar. Zapłacił 350 dolarów, ale skóry leżały idealnie, a pracownik garbarni osobiście dostarczył je pod wskazany adres, do hotelu, w którym mieszkaliśmy.

Ja szykownego odzienia co prawda nie nabyłem, ale na jednym z lokalnych straganów kupiłem uszytego ze skórzanych skrawków małego koślawego wielbłąda. Ilekroć mijam go w domu, swoim zapachem przypomina mi o niezwykłym miejscu, które w niezmienionej formie trwa od setek lat. Miejscu, które na własne oczy warto zobaczyć choć raz w życiu.

Rafał Walerowski, korespondencja z Maroka

Zdjęcia do oraz film wykorzystany w materiale wykonano smartfonem Samsung Galaxy K Zoom

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje