Reklama

Fatalne opinie o rodakach. Za co Polacy nie znoszą Polaków?

Adam Leszczyński, fot. Maksymilian Rigamonti /archiwum prywatne

Za co Polacy nie znoszą innych Polaków? Fatalną opinię o rodakach mieli Piłsudski i Dmowski, Norwid i Krasiński. Lista wad, które sobie przypisujemy, jest bardzo długa – od kłótliwości i zawiści po niedbalstwo i niechęć do mycia. Na podstawie licznych źródeł, od publicystyki i poezji aż do piosenek hip-hopowych włącznie Adam Leszczyński rekonstruuje polski negatywny autostereotyp, próbując też odpowiedzieć na pytanie: co można zrobić, żebyśmy w końcu zaczęli lubić samych siebie?

Reklama

Nikt w Europie nie narzeka na własny kraj i rodaków tak często i zgodnie jak my. Tradycja wyliczania polskich wad sięga czasów staropolskich, ale negatywny autostereotyp ukształtował się ostatecznie w XIX wieku i pozostaje trwały i niezmienny aż do dziś. Gorzkie opinie Krasińskiego, Norwida i Prusa można odnaleźć w wypowiedziach współczesnych publicystów, celebrytów i internautów, narzekających regularnie na polską zawiść i ponuractwo, niezorganizowanie, marną higienę, brak poczucia estetyki i żałosny poziom czytelnictwa - by wyliczyć tylko te najczęściej wymieniane wady. Jesteśmy też zgodni w jeszcze jednej sprawie: nic się nie da z tym zrobić.  
 
W swojej książce historyk i publicysta Adam Leszczyński rekonstruuje nasze wyobrażenia na temat samych siebie na podstawie licznych i różnorodnych źródeł - od listów Norwida i bezlitosnej publicystyki Prusa, przez pamiętniki i listy emigrantów, aż po komentarze internautów. Sięga do literatury od Mickiewicza po rapera Taco Hemingwaya, od Przybyszewskiego, Gombrowicza i Tyrmanda po Gretkowską, Masłowską i Żulczyka. Przywołuje Piłsudskiego i Dmowskiego, publicystów lewicy i prawicy, psychiatrów i socjologów. Przewaga opinii negatywnych nad pozytywnymi okazuje się porażająca.

Leszczyński nie pyta jednak o to, jacy jesteśmy naprawdę czy jaki jest polski "charakter narodowy". Pyta wyłącznie o to, jak siebie postrzegamy i dlaczego od wieków mamy tak niską samoocenę. Czy przyczyną są lata zaborów, patologie późnej kultury szlacheckiej, kompleksy wobec Zachodu, czy może jeszcze coś innego? I najważniejsze: czy można coś zrobić, żebyśmy wreszcie zaczęli lubić samych siebie? 

Przeczytaj fragment książki Tomasza Leszczyńskiego "No dno po prostu jest Polska".

Reklama

Polak przegląda się w lustrze Zachodu - i często kraj ojczysty oglądany z tej perspektywy wydaje się jeszcze brzydszy, biedniejszy, podlejszy i bardziej godny pogardy niż przed wyjazdem. Nieszczęśliwy i upokorzony emigrant sugerował nawet:

Podobne statystyki jak powyższa należy chować do szuflady by ich żadne oko nie dojrzało wtedy my wychodźcy poza granicami kraju nie potrzebowalibyśmy się wstydzić. Ci którzy żyją w kraju o niczem nie wiedzą lecz zato my tutaj musimy się niejeden raz rumienić ze wstydu. A możnaby tego uniknąć.

Jest to bardzo interesujące rozwiązanie problemu: autor wydaje się nie wierzyć, że Polacy mogą po prostu zacząć bardziej dbać o higienę! Żeby uniknąć wstydu, proponuje więc zaprzestać zbierania statystyk.

W domu brudno, ludzie się nie myją - bałagan w Polsce był tak powszechny, że ogarniał każdą sferę życia. Podobne zarzuty dotyczyły oczywiście także ładu przestrzennego, zarówno na poziomie utrzymania czystości samych miast, jak i architektury oraz urbanistyki. To logiczne dopełnienie narodowego autostereotypu. Jeżeli Polacy nie potrafią sobą rządzić, jeśli nie potrafią przestrzegać procedur w urzędzie - to jakim cudem mogą dbać o porządek w przestrzeni, w której żyją?

Szara i deszczowa pogoda sprawiała, że od jesieni do wiosny Polska tonęła w błocie, którego zazwyczaj nie sprzątano albo robiono to zbyt rzadko. Narzekanie na ulice i drogi, w których podróżni toną w błocie i na których łatwo zostać ochlapanym od stóp do głów, stawiało znak równości pomiędzy krytyką estetyczną ("w Polsce jest brzydko") i moralną ("Polacy żyją w brudzie"). W roku 1884 Eliza Orzeszkowa skarżyła się w liście do przebywającego za granicą Jana Aleksandra Karłowicza na katar i przeziębienie, które przypisywała fatalnej wiosennej pogodzie. Nie zapomniała dodać, że "gdzie indziej" (te słowa zawsze oznaczają Zachód) było lepiej.

Gdzie indziej inaczej, inaczej, inaczej! ale u nas z każdą jesienią i wiosną ludzkość formalnie kąpie się w błocie i choć w nie nie włazi, to jednak niem oddycha. Stąd cherlanie ogólne, które i mój dom tak nawiedziło, że przez dni kilkanaście nic w nim więcej słychać nie było jak we wszystkich pokojach rozbrzmiewające kichania i kaszlania. Od tych odgłosów muzy zazwyczaj uciekają. Wyobrażam sobie, że w starej Grecji katarów wcale nie było, inaczej nie podobna by pojąć jej potężnej twórczości. Państwo tam pod szczęśliwszem niebem od paru lat mniej daleko znać musicie te nędze żywota.

Błoto było znakiem rozpoznawczym Polski, niekiedy nawet wspominanym z sentymentalną tkliwością. W 1898 roku Stanisław Przybyszewski pisał do Jana Kasprowicza:

Gdybyś wiedział, jaki ja szczęśliwy, że mogę coś dla Polski zrobić, na coś się przydać. Ale ziemia krakowska, to nie Kujawy - bo jedna tylko ziemia, jeden wielki cud, te nasze kruświckie bachorze, nasze torfowiska, i nasze kujawskie błoto. Pamiętasz, jak chłopi w Szymborzu w błocie kociaki topili?

Na ogół jednak błoto w Polsce rzadko wspominano z takim rozczuleniem. Narzekano raczej, że jest wieczne: czy zabory, czy II Rzeczpospolita, czy PRL, czy wreszcie III Rzeczpospolita - zawsze go pełno i zawsze się go nie sprząta. W 2017 roku "Gazeta Stołeczna" przytoczyła - opisując zdjęcia z albumu poświęconego Warszawie lat trzydziestych - notatkę w "Kurierze Warszawskim" ze stycznia 1939 roku. Anonimowy dziennikarz pisał wówczas:

Stolica tonie w błocie rozbryzgiwanym przez pojazdy do metrowej i większej wysokości - zależnie od szybkości wehikułu. Na węższych ulicach ślady błota sięgają do 1 piętra. Na szerszych ślady te noszą na sobie przechodnie. Topniejące zwały śniegu tamują już i tak chaotyczny ruch uliczny. A słaby batalion bezrobotnych ani rusz nie może uporać się z wrogiem. Nie ulega wątpliwości, że gdyby oczyszczanie miasta prowadzono szybko i sprężyście od chwili pierwszego opadu tak jak to się robi w miastach zachodu lub północy, dziś po śniegu nie byłoby śladu i plaga błota ograniczyłaby się co najwyżej do bocznic brukowanych kocimi łbami, na których ruch jest zresztą niewielki.

W 2017 roku dziennikarz zaopatrzył ten cytat znamiennym komentarzem: "z odśnieżaniem zawsze były w Warszawie problemy". Zawsze, a więc i dzisiaj. Nawet w tak drobnym, a przede wszystkim z założenia informacyjnym tekście pojawiają się elementy negatywnego autostereotypu: "W Polsce zawsze się nie sprząta", "W Polsce jest brudno i błoto leży wszędzie", "W Polsce wszystko robi się za późno i niedbale", "Na Zachodzie robią to lepiej".

W PRL było nie inaczej. Pod datą 10 czerwca 1956 roku Maria Dąbrowska notowała w dzienniku:

Wiosna, chociaż spóźniona, ale taka urocza. To jest też jedyny okres w roku, kiedy Polska jest czysta. Wszystko pomyte, wygrabione, zaorane, pozamiatane, nawet kupki gnoju na polach bez zarzutu obrządzonych świecą w słońcu jak czyste. Nie tylko niebo, ziemia zdaje się wydzielać światło.

Zwróćmy uwagę na to, co mówi tutaj pisarka: brud jest w Polsce stanem domyślnym, jeśli jest czysto, trzeba to zauważyć jako coś wyjątkowego, wręcz powód do radości.

Narzekanie na brud i błoto nabrało w PRL wymiaru politycznego. Dla Leopolda Tyrmanda zaniedbanie Warszawy w okresie stalinowskim i powszechny bałagan były widomym znakiem zapaści cywilizacyjnej, którą przyniósł Polsce komunizm. Przed wojną przynajmniej centrum stolicy było wysprzątane i zadbane (to opinia Tyrmanda, inni autorzy przed wojną narzekali na brud także w centrum).

W drugiej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku recenzent krytykujący "antysocjalistyczną wymowę" opowiadań Marka Hłaski przekonywał, że są one "paszkwilem" na rzeczywistość - równocześnie, co ciekawe, starannie i z dużą łatwością streszczał wszystkie negatywne cechy estetyczne narodowego autostereotypu. Hłasko, pisał, pokazuje Warszawę - ale Warszawa to szczególna:

Warszawa zarzyganych pijaków w rynsztokach, prostytutek, wabiących z bram przechodniów, nędznych, zastraszonych ludzi przemykających się między patrolami wojska i milicji, kłamliwych plakatów na parkanach, Warszawa ponurego bezuśmiechu i błota, błota, lepkiego, wsysającego błota, oświetlona jednym krwawym neonem "Sztandaru Młodych" - wykrzyknikiem beznadziejności i grozy. Tak widzi Hłasko swoje miasto.

A Polska? Polska to strach, podłość, oszustwo, terror, nienawiść i obłuda, rozpacz i pijaństwo, ruiny domów i ludzi, pustynie uczuć, cmentarze zaufania, "nadziei, wszystkich słów, wszystkich pojęć, wszystkich marzeń o wyzwoleniu człowieka...". Tak widzi Hłasko swój kraj i naród. To już jest paszkwil, nie tylko na ustrój, lecz na społeczeństwo.

Co zostaje ludziom? Wódka.

W negatywnym polskim autostereotypie istnieje fundamentalna symetria pomiędzy defektami estetycznymi i moralnymi. Brud i błoto na ulicach, chaos w architekturze i przestrzeni odpowiadają małości ludzkich charakterów i aspiracji oraz powszechnemu niedostatkowi czegoś, co z braku lepszego określenia można nazwać urodą życia: życie w Polsce jest szare i smutne.

W 2004 roku w "Gazecie Wyborczej" pisarz Michał Olszewski opisał załamanie, które przeżył na dworcu w Oświęcimiu. Olszewski zastanawiał się, czy wyjeżdżać z Polski. Nie skarżył się na brak pieniędzy, tylko na wszechogarniającą brzydotę i deficyt urody życia, która - jego zdaniem - była "gdzie indziej".

Zamiast barcelońskiego Las Ramblas czy stu innych, ciepłych i mniej nerwowych miejsc mam dworzec kolejowy w Oświęcimiu, brudne wagony w barwach ochronnych za oknem, na czapce mokry śnieg, a w ręku herbatę przezroczystą jak korpus Svena Hannawalda.

Skarga Olszewskego zawiera całą litanię dobrze już znanych czytelnikom tej książki cech, takich jak: polityczne kłótnie, bezmyślność, "agresja nasza powszednia". Dołącza do niej "brak jakiegokolwiek ładu" w architekturze i ogólna brzydota właściwie wszystkiego.

Mam więc wszystko, czego sobie zażyczyłem - poezję szarości, zimno, śnieg, tę przeklętą herbatę o barwie piwa bardzo jasnego w plastikowym, rozmiękłym od wrzątku kubeczku, podziwiam podłogę w biało-czarną mozaikę, nierówną fakturę farby olejnej, którą ktoś praktyczny pomalował wszystkie krzesła, i automaty mrugające scenami walk. Podczas kolejnej niedopracowanej zimy i w sobotę, o siódmej rano, zamiast gapić się na Atlantyk czy Morze Śródziemne, toczę bój z marną oświęcimską aurą i kontempluję ciepło ulatujące bezpowrotnie z herbaty.


Życie w Polsce jest "sportem ekstremalnym": niby nie jesteśmy najbiedniejsi, za rogiem nie czają się przestępcy, kraju nie niszczy wojna ani żaden inny kataklizm. Ale koncentracja negatywnych bodźców - w tym wszechobecnej brzydoty - powoduje, że Olszewskiemu chce się "histerycznie krzyczeć".

- Chciałeś sportów ekstremalnych? - słyszę chichot za plecami. - Oto więc masz: poranną jazdę wyziębionym osobowym Kraków-Oświęcim, dawno przebrzmiałe flipery, plastikowe sztućce i śnieg z deszczem. Kostniej dalej, brnij w ten swój zimowy sen, wdychaj ciepło z przepalonych tłuszczów i zbyt rzadko mytych ciał. Przecież chciałeś.

Całe tomy, dodawał Olszewski, można zapełnić "opisami tutejszych powykrzywianych umysłów i zdemolowanej architektury".

"Fantazmatyczne ciało Polski okazało się smutne i brudne" - komentowała załamanie Olszewskiego znakomita literaturoznawczyni Maria Janion, wiążąc ten kryzys z narastającym poczuciem wydziedziczenia i "rozpadem ideałów". W przypisie dodawała, że można wyliczyć "wielu młodych autorów powieści, wierszy, dramatów" ujawniających podobne nastroje. Rzeczywiście, w dawnej literaturze trudno znaleźć tak brutalne i jednoznaczne obrzydzenie estetyczne Polską.

Pisano skwapliwie o błocie i brudzie, ale rzadziej wywoływały one uczucia odrzucenia - co najwyżej smutek i poczucie niższości. U Olszewskiego, ale także u takich pisarzy, jak Jakub Żulczyk czy Ziemowit Szczerek (oraz wielu innych) te uczucia przykrywane są płynącymi z głębi trzewi pogardą i obrzydzeniem. Wcześniej w podobnym natężeniu można te dwie ostatnie emocje znaleźć u Leopolda Tyrmanda. Oto scena z jego powieści Życie towarzyskie i uczuciowe. Bohater przytłoczony kolejną życiową klęską przeżywa ją w podłej knajpie - tak podłej jak Warszawa, w której się znajduje.

Wokoło Polacy pili jarzębiak lub wódkę z wermutem i jedli obsmażane przy kości kotlety schabowe z frytami, zrazy zawijane z kaszą, sznycle cielęce z jajkiem unurzane w zawiesistej marchewce, lub kiełbasę z kapustą; wszystko o wiele za tłuste, gniotące wnętrzności jak nieodstępna troska, sycące ciężarem, a nie zaspokojeniem potrzeb; w zwałach układanego w żołądku pożywienia wódka drążyła małe, muliste jeziorka, jak kratery wulkanów, bulgocące wzdęciami i napastliwą wesołością. Mikołaj patrzał na Polaków i łzawe, złe szczęście podchodziło mu do gardła: jakże umiał im przekazywać ich malutkie, melancholijne mądrości i karłowate prawdy za trzy grosze rosnące na skrawku zapomnianej ziemi między asfaltem a szynami tramwajowymi, jałowej i usianej wszelakim odpadkiem. I wiedział o tym, że umie, a także Polacy o tym wiedzieli. "Przez całe życie", myślał z rezygnacją, "zbieram ogromną, niepotrzebną wiedzę o obuwiu, twarzach i butelkach od wody sodowej. Zbyt wielką i dogłębną, by ją przekazać komukolwiek, zapisać, lub ukazać".

Mikołaj, pod wieloma względami alter ego pisarza, jest "mózgowcem" i estetą, marzy o prawdziwie wielkomiejskim życiu, tęskni za "niekończącą się wędrówką przez wąwozy kamiennych miast, pośród świateł, neonów i pulsowania bezimiennych mas ludzkich". To - wydaje się dodawać autor - nie jest możliwe w Polsce, zwłaszcza Polsce komunistycznej.


INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje