Reklama

Brat Albert jakiego nie znacie. Prawdziwa historia świętego

św. Albert Chmielowski /East News

Powszechnie znany wizerunek ciepłego i troskliwego św. Brata Alberta Chmielowskiego to tylko wycinek jego oblicza. Mało kto wie, że w czasie walki z Moskalami stracił nogę, a uciekając przed represjami mieszkał i klepał biedę w Paryżu.

Reklama

W niedzielę 19 listopada obchodzony jest pierwszy Światowy Dzień Ubogich. Jednym z najbardziej znanych Polaków, którzy poświęcili swoje życie na rzecz pracy dla biednych i bezdomnych jest Albert Chmielowski, święty Kościoła katolickiego.

Pełną przygód i anegdot historię słynnego zakonnika możemy zgłębić za sprawą wydanej przez Znak biografii autorstwa Natalii Budzyńskiej.

Reklama

Napad, bieda i fanaberie artysty

Dowiemy się z niej, że nastoletni Chmielowski napadał na pocztowy furgon,  a z oddziałem powstańców "komandosów" atakował Moskali, walcząc o życie i wolność. W czasie potyczki z nimi stracił nogę. Uciekając przed represjami, zamieszkał aż w Paryżu, gdzie klepał biedę, mogąc jedynie pomarzyć o życiu wyższych sfer. Po ogłoszeniu amnestii dla powstańców wrócił na ziemie polskie.

Zanim zaangażował się w pomoc dla najbiedniejszych, Chmielowski zapowiadał się na bardzo dobrego malarza. Kiedy zdecydował się poświecić życie na pomoc bliźnim, spotkał się z krytyczną postawą dotychczasowych przyjaciół, którzy działania pomocowe uznali za... fanaberie artysty.

Biografia Brata Alberta to z jednej strony zapis jego drogi do świętości, ale też podróż po miejscach ważnych dla Chmielowskiego w towarzystwie - jakbyśmy to dzisiaj nazwali - czołowych gwiazd i celebrytów epoki.

Jednym z takich miejsc bez wątpienia było Zakopane...

"Brat Albert. Biografia" - przeczytaj fragment książki Natalii Budzyńskiej

Kalatówki: bracia...

O pustelniach roztoczańskich mało się dzisiaj pamięta, za to najsłynniejszą albertyńską pustelnią i ogólnie najbardziej znanym klasztorem zgromadzenia jest pustelnia na Kalatówkach w Zakopanem. O jej istnieniu wie każdy tatrzański turysta, a ponieważ dzisiaj Tatry są dosłownie zalane ludzką masą, to rzeczywiście trudno o większy dysonans pomiędzy nazwą "pustelnia" a przepychaniem się w tym turystycznym tłumie. Musimy sobie uzmysłowić, że nasza historia dzieje się pod koniec XIX wieku i Zakopane dopiero zaczyna być miejscem, gdzie warto bywać, nie mówiąc o raczkującej turystyce górskiej. Tatry naprawdę były kiedyś puste.

Pierwszy udokumentowany pobyt Brata Alberta w Zakopanem miał miejsce w 1892 roku. Mówi się, że Zakopane zostało "odkryte" w 1873 roku, ale to rok 1886 był dla niego przełomowy. Jeszcze wtedy była to dosłownie wioska pod Tatrami, bo poza dworem w Kuźnicach i tamtejszą hutą żelaza stały tam tylko porozrzucane tu i ówdzie wiejskie chaty i zagrody. Ale już coś zaczyna się zmieniać. Przyjeżdżają najpierw miłośnicy górskiej turystyki, a potem chorzy na gruźlicę. Wśród nich Stanisław Witkiewicz. Najpierw tylko na jakiś czas.

Na zakopiańską modę dała się namówić nawet Helena Chłapowska, czyli Modrzejewska. Podczas gościnnych europejskich występów, przed planowanym spektaklem w Krakowie, odwiedziła Zakopane. Pisano o tym, jak wjechała do wsi konno ubrana w obcisłą suknię, "piękna jak bóstwo". Postanowiła nawet wybudować dom na stoku Antałówki.

Dom nazwano "Modrzejów", w 1884 roku poświęcił go słynny zakopiański ksiądz Józef Stolarczyk. Aktorka spędziła w nim kilka tygodni, odwiedziła też ufundowaną przez siebie Krajową Szkołę Koronkarską. Od czasu do czasu, gdy tylko bywała w Krakowie czy we Lwowie na występach, robiła sobie krótkie przerwy i odwiedzała Zakopane (na przykład w styczniu 1890 roku przyjechała specjalnie na chrzciny sześcioletniego Stanisława Ignacego Witkiewicza, była jego matką chrzestną).

W "Modrzejowie" prowadziła salon na wzór tego warszawskiego sprzed lat. Znowu spotykają się u niej: Stanisław Witkiewicz, Adam Chmielowski jako Brat Albert, Józef Chełmoński, Henryk Sienkiewicz, poza tym: Tytus Chałubiński, ksiądz Stolarczyk, młody Ignacy Paderewski, państwo Dembowscy.

Ale to będzie później i tylko przez chwilę, bardzo okazjonalnie, bo i takie - okazjonalne - będą jej wizyty. W ważnym dla Zakopanego roku zamieszkali tam - niektórzy na stałe, niektórzy czasowo - Henryk Sienkiewicz, pracujący tu nad "Potopem", czy etnograf Bronisław Dembowski z żoną Marią, przyjaciółką Witkiewicza, z którą po śmierci jej męża połączy malarza romans. To właśnie dom Dembowskich, nazywany "Chatą", stał się najważniejszym salonem towarzyskim w Zakopanem. I tam też bywają wszyscy systematycznie: oczywiście Witkiewicz, Sienkiewicz, Tadeusz Miciński, Szalom Asz, Stefan Żeromski, od święta Helena Modrzejewska. I Brat Albert.

W 1889 roku "Tygodnik Ilustrowany" drukuje w odcinkach "Na przełęczy" Witkiewicza, który jest coraz bardziej zafascynowany folklorem tatrzańskim, a rok później postanawia osiedlić się w Zakopanem na stałe. Z żoną i synkiem mieszka najpierw w domu na Bystrem, a potem na Krupówkach. Właścicielem dóbr zakopiańskich jest tymczasem już od roku Władysław hrabia Zamoyski, syn generałowej Jadwigi Zamoyskiej. Sprawa licytacji Kuźnic była sprawą narodową, bo poprzedni właściciel trzebił lasy tatrzańskie w takim stopniu, że postanowiono nawet zorganizować składkę na ich wykupienie.

Barwnie całą licytację opisywał w krakowskim "Słowie" Henryk Sienkiewicz, używając pseudonimu K. Dobrzyński. Brat Albert odwiedza Witkiewicza, poznaje jego żonę, uśmiecha się do dziecka.

"Był tu Adam Chmielowski, czyli Brat Albert w swoim szarym habicie - pisał Witkiewicz w liście do matki 4 marca 1892 roku. - Jego zakon i jego robota stają się coraz popularniejszymi i przynoszą nadzwyczajny pożytek". Chmielowski odnowi przyjaźń z Sienkiewiczem, pozna Dembowskich, z pewnością także słynnego górala Sabałę, który często bywał u Witkiewiczów. Jan Krzeptowski Sabała miał taki zwyczaj, że co znamienitszych gości witał, grając na skrzypcach. Podobno zagrał i Bratu Albertowi.

Wygląda na to, że właśnie wtedy spotkał się Brat Albert po raz pierwszy z hrabią Zamoyskim, bardzo prawdopodobne, że w ogóle po to tam pojechał. Zachował się liścik, nie datowany, adresowany do Władysława Zamoyskiego w Zakopanem, w którym kardynał Albin Dunajewski pisze tak: "Oddawcę Brata Alberta polecam usilnie Panu Hrabiemu - u nas w Krakowie wiele dobrego robi". Matkę hrabiego generałową Jadwigę z Działyńskich Zamoyską Brat Albert już zna, pamiętajmy, że rok wcześniej była obecna podczas obłóczyn pierwszych albertynek.

Z Zamoyskim zaprzyjaźnili się od razu, hrabia był wielkim patriotą i społecznikiem, człowiekiem niezwykle pokornym i skromnym, działalność i idee Brata Alberta musiały mu zaimponować. Odwiedzał ogrzewalnie w Krakowie i pomagał w prowadzeniu ksiąg zakładu, w którym ubodzy produkowali krzesła.

"Pożar pobliskiej fabryki mebli giętych podał Bratu Albertowi pomysł otworzenia tego przemysłu w ogrzewalni - wspominała Róża Tarnowska - udał się natychmiast po radę do pana Władysława Zamoyskiego z Zakopanego, tak chętnie zawsze popierającego przemysł krajowy, a z którym łączyły go wspólne ideały życia, miłość Ojczyzny, służba Boża w Ojczyźnie, przygotowanie jej przez rozwój pracy do samoistnego bytu. Ten podjął się od razu przygotowania fachowej strony przedsiębiorstwa, opracowania bilansu i użyczył na ten cel kapitału zakładowego, do którego mój mąż wnet się przyczynił; a przy każdem niemal pobycie w Krakowie zasiadał z Bratem Albertem do kontroli ksiąg fabrycznych". Jestem pewna, że w czasie pobytów w Zakopanem Brat Albert był goszczony przez Zamoyskiego i jego matkę, która do Kuźnic przeniosła z Kórnika Szkołę Domowej Pracy Kobiet. Dawnego dworu, gdzie zajeżdżali wszyscy goście do połowy XIX wieku, już nie było, spłonął.

Zamoyscy mieszkali najpierw w willi "Adasiówka", którą wynajęli od hrabiny Róży Raczyńskiej na czas remontu zabudowań byłego domu Homolacsów i dyrekcji hut Hamerskich w Kuźnicach. W 1890 roku przenoszą się już do Kuźnic. Jest park, fontanna, ogrody założone przez uczennice szkoły.

Zakopiańskie wspomnienie pozostawił także metropolita Szeptycki, a wynika z niego, że Brat Albert albo zabawił w Zakopanem kilka miesięcy, albo - co bardziej prawdopodobne - arcybiskup pomylił daty. "(...) w zimie z 1891 na 1892 przeżyłem z Bratem Albertem znowu kilka bardzo serdecznych chwil, które nas znowu bardzo zbliżyły, w Zakopanem.

Odwiedzał On wtedy kilku chorych na piersi Braci, którzy w Zakopanem przebywali zimę - m.in. młody Brat Witalis. Żył wtedy w Zakopanem bardzo serdeczny przyjaciel Brata Alberta, malarz Stanisław Witkiewicz, który i mnie zaszczycał swoją przyjaźnią. Obaj przypominali sobie czasy razem przeżyte w akademii monachijskiej; Witkiewicz, człowiek rzadkiego serca i rzadkiego umysłu, kochał serdecznie Brata Alberta. Widzę go jeszcze, jak ręcznikiem ociera ze śniegu twarz, głowę i płaszcz Brata Alberta, który ze mną ze spaceru wstąpił do Państwa Witkiewiczów; ze śmiechem zwraca się do mnie: »On tak o siebie nic nie dba, że tego śniegu nawet ze siebie nie strzepałby ot tak, i szczotką jeszcze trzeba ten płaszcz wyczyścić«. A Brat Albert spokojnie usługi przyjmuje, rad z tego, że dawna artystyczna atmosfera znowu Go otacza".

Odwiedzali się potem często, za każdym razem, kiedy tylko Brat Albert był w Zakopanem. Tarnowska wspominała tę znajomość, świadoma poglądów Witkiewicza, który z Kościołem katolickim raczej się nie przyjaźnił: "Witkiewicza na przykład odwiedzał często za każdej swej bytności w Zakopanem, a im bardziej się troszczył o stan jego duszy, tem goręcej polecał go Panu Bogu, lecz nie tylko w nadziei rozbudzenia w nim uczuć chrześcijańskich utrzymywał z nim stale stosunki, obrazami jego interesował się bardzo  i rozmawiał o sztuce".

Stanisław Witkiewicz, mimo że choroba dawała mu się coraz bardziej we znaki, przeżywał właśnie rozkwit swojej twórczości, szczególnie publicystycznej i literackiej. Myślał także nad "stylem narodowym", który widział w podhalańskich elementach zdobniczych, i pracował nad tym, żeby wcielić je do architektury. Co zresztą mu się udało.

Pierwszą realizacją była willa "Koliba" w 1893 roku, potem powstawały kolejne domy i pensjonaty, w tym "Oksza" i "Pod Jedlami". Artysta  był też pochłonięty eksperymentem wychowawczym, któremu poddawał swojego syna, Stanisława Ignacego, przyszłego Witkacego. O wynikach i o talentach dziecka rozpisywał się w listach do matki i siostry. I tak w liście z lutego 1901 roku natrafiamy na fragment,  z którego wynika, że Brat Albert został poproszony o ocenę prac malarskich szesnastoletniego Stasia.

"Bo on [Stasiu] jest malarz i dobry. Ma zamiłowanie i konieczną potrzebę. Robi mnóstwo studiów i obrazów. Dość są ponure te jego obrazy. Spotkał go największy zaszczyt, bo Brat Albert powiedział, że jest »Finé«. Brat Albert ogromnie się tym cieszy. Jeżeli tak dalej pójdzie, to zanim skończy szkołę, będzie wystawiał obrazy prawdziwe i ciekawe". I trzy miesiące później znowu: "Brat Albert go chwali - to dużo". Wynika z tego, że Stanisław Witkiewicz wciąż ma zaufanie do poglądów swego przyjaciela na sztukę, że rozmawiają o sztuce i że Brat Albert był jednym z pierwszych recenzentów prac Witkacego.

Być może podczas jednego ze spacerów Chmielowskiego z hrabią Zamoyskim wykluł się pomysł postawienia pustelni w górach niedaleko Kuźnic. Zamoyski miał wykonać szeroki gest ręką i powiedzieć: bierz, ile chcesz. Brat Albert nie chciał nic na własność.

Zgodził się na dzierżawę za symboliczną opłatą jednej korony rocznie niedużego obszaru lasu przy drodze na Kalatówki. Bracia przyjechali do Zakopanego już w styczniu 1898 roku, a 28 stycznia Jadwiga Zamoyska pisała w liście do córki Marii: "Bracia Brata Alberta już tu zjechali, to jest sześciu ich. Na wiosnę będą budowali sobie dom na Kalatówkach, tymczasem mieszkają w domu pani Stablewskiej, a tu dochodzą na roboty. Jeden pracuje przy chlewach jako cieśla; dwóch trzewiki szyją, dwóch naprawiają kotły i konewki lutują; rynny robią itp. Wnet nam się wyda, że jesteśmy w Asyżu, bo się precz krzątają po podwórzu w habitach".

Bracia dojechali z Krakowa pociągiem do Chabówki, stamtąd wozem na ulicę Chramcówki, gdzie mieszkała wspomniana pani Stablewska. Wynajęli u niej dwa pokoje i kuchnię. Zaraz poszli na mszę świętą i do księdza proboszcza na śniadanie. Potem do lasu nad Kuźnice szukać oznakowanego drzewa.

Brat Albert powiedział im, że miejsce na pustelnię oznaczył wielkim krzyżem wyrytym w korze sporego świerku. Świerków tam rosło całkiem sporo, więc szukanie trochę trwało, tym bardziej że trzeba było brnąć w śniegu. Kiedy znaleźli, odmówili razem "Te Deum". Zaraz też odwiedzili hrabiego Zamoyskiego, który zaprosił ich na obiad, po czym wrócili na Chramcówki. Taki był pierwszy dzień albertynów w Zakopanem.

Przez całą zimę zarabiali na życie, pracując w Kuźnicach oraz przy budowie hotelu Stamary i drogi do Morskiego Oka. Wiosną drzewa zostają ścięte i rozpoczyna się budowa niewielkiego drewnianego baraku, który ma pełnić funkcję klasztoru, oraz kapliczki. Drewno nosił sam Brat Albert, tak samo jak inni tłukł kamienie przy drodze. Za budowę odpowiedzialny był pochodzący z Litwy brat Ludwik, który znał się na ciesielce. Pierwsze baraki, tymczasowe, były bardzo ubogie. Panował nastrój "niefrasobliwy i pogodny".

Dwa tysiące koron w złocie dała jako jałmużnę na wybudowanie klasztorku i kaplicy hrabina Róża Tarnowska, dołożyła się także jej matka hrabina Branicka. Naczynia liturgiczne pochodziły z kwesty. Kielich do mszy świętej był prezentem od biskupa Puzyny (późniejszego kardynała), puszkę na komunikanty Bracia dostali od panien wizytek, bieliznę ołtarzową od pani Kisielewskiej, właścicielki zakopiańskiej willi "Maria".

W ołtarzu zawisł krzyż, który kiedyś Brat Albert znalazł na strychu u ojców paulinów. Wyprosił u przeora, żeby mu go darował. Krucyfiks był dość duży i został przywieziony  z Krakowa pociągiem, a potem z Chabówki (bo dalej jeszcze kolej nie jeździła) dwaj bracia szli z nim pieszo, wzbudzając powszechną ciekawość i niemałą sensację.

Odnowiono go w zakopiańskiej Szkole Przemysłu Drzewnego, usunięto pozłotkę, a Stanisław Witkiewicz pomalował figurę na prośbę Brata Alberta. Podobno płakał przy tej pracy i mówił poruszony: "Patrz, jak On za ludzi cierpiał". To przed tym krucyfiksem Brat Albert spędzał godziny na modlitwie i kontemplacji. Często siedział przed nim na ziemi (z powodu nogi nie mógł długo klęczeć, więc po prostu siadał). Ksiądz Lewandowski pisał, że Chrystus z krzyża mówił do niego, ale nic więcej na ten temat nie wiemy.

Kaplicę poświęcił ksiądz Kazimierz Kaszelewski, następca księdza Stolarczyka. Początkowo wodę bracia nosili wiadrami z potoku Bystra, który płynął nieco poniżej. Potem wybudowano mały wodociąg, woda spływała rurami prosto ze źródła do specjalnego zbiornika mającego odpływ do studzienki przed kaplicą.

Przychodził Witkiewicz, siadał  z braćmi na ziemi, wyjmował zza pazuchy świeżo upieczony chleb i wołał: "Macie chleb, monachy, sufragany, surrogaty!". Jadł z nimi, popijał wodę z glinianego kubka i pytał: "Czy woda już idzie do zakonu?" - co malowniczo opisywała we wspomnieniach jego siostra, bo i ona sprowadziła się na stałe pod Tatry. Będzie prowadzić pensjonat na Antałówce, gdzie kilka razy odwiedzi ją Brat Albert. Zawsze przywoził ze sobą chleb razowy wypiekany przez siostry na Kalatówkach.

Przy tej okazji we wspomnieniu o Bracie Albercie spisanym wiele lat po jego śmierci Maria przypomni sobie, jak duże nabożeństwo miał on zawsze do chleba. Że zawsze był pod wrażeniem zwyczaju panującego w domu rodziców Marii i Stanisława, zgodnie z którym każdy okruszek chleba trzeba było podnieść z podłogi i pocałować. No i że jeśli chciał kogoś pochwalić, to mówił o nim, że "jest dobry jak chleb".

Cztery lata później bracia zostawią ten mały klasztor siostrom, a sami wybudują drugi, trochę wyżej, na zboczu Krokwi. "Na Śpiącej Górce" - mówili, bo lubili się tam w niedzielę zdrzemnąć. Na trawie, z widokiem. Poniżej pierwszego klasztoru Brat Albert postawił w lesie mikroskopijny domek dla kapelana, w którym miał "swój" pokoik mieszczący właściwie tylko łóżko. Warunki dla braci i sióstr były surowe. Sprzętów niewiele, tylko najpotrzebniejsze, szczególnie przez pierwsze dwa lata.

Natalia Budzyńska, "Brat Albert. Biografia". Wydawnictwo Znak 2017

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje