Reklama

Zmienne Polaków związki

Czy możliwy jest koniec monogamii? Autorytety przekonują, że nie, podkreślając jednocześnie, że związki między dwojgiem ludzi ewoluują. Co zatem kryje się pod coraz popularniejszymi skrótami LAT czy DINKS?

Ludzie żyjący w związku LAT (living apart together) są razem, choć mieszkają osobno. Skrót DINKS (double incomes, no kids) dotyczy osób, które zdecydowały, że nie będą miały dzieci. Rodziny patchworkowe tworzą rozwodnicy, ich dzieci, nowi partnerzy, dzieci nowych partnerów. Poliamoryści postulują życie w kilku związkach na raz, a tzw. friends with benefits spotykają się tylko po to, żeby uprawiać seks.

Reklama

- Życie nie w małżeństwie, ale na kocią łapę to taka moda. Teraz młodym dziewczynom nie wypada powiedzieć, że chcą ślubu, męża. Dla mojego pokolenia to było normalne, że się chciało żyć jako żona - mówi pani Maria, pracująca w jednym z niewielkich sklepów krakowskiej dzielnicy Nowa Huta. - Ja to widzę w swojej rodzinie. Pytam siostrzenicę, kiedy planuje ślub, skoro mieszka z chłopakiem. A ona na to, że jestem staromodna. Ja tak nie myślę, ja się cieszę, że znalazłam dobrego męża.

Moda na wolność?

Czy związki, które odbiegają od tradycyjnego modelu rodziny, można nazwać modą?

- Myślę, że jeśli mamy spojrzeć na zagadnienie neutralnie, to nie możemy mówić ani o modzie, ani o buncie, ponieważ oba te słowa mają wydźwięk pejoratywny - mówi Daniel Jabłoński, psycholog i terapeuta. - Moda zakłada tymczasowość, dużą zmienność, zaś bunt kojarzy się z brakiem dojrzałości. Używanie takich sformułowań w odniesieniu do wyboru formy związku spłyca rzeczywiste motywacje.

Innego zdania jest dr Wojciech Pawnik, socjolog z Akademii Górniczo- Hutniczej: - Życie w związkach nieformalnych nie jest kwestią mody, ale konsekwencją lewackiej, pseudonaukowej ofensywy rozpoczętej w latach 60. XX wieku. Ta ofensywa polega na tym, że nie opisuje się świata takim, jaki jest, ale obowiązuje narzucany przez niegdysiejszych wielbicieli Mao przekaz dotyczący życia społecznego i wyobrażenia, czym jest kultura. Powiększająca się liczba nieformalnych związków jest skutkiem gloryfikowanego, ale nieostrego pojęcia "samorealizacji", czego konsekwencją jest brak poczucia odpowiedzialności. Brak poczucia odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za innych, w tym osoby najbliższe.

Statystyki nie kłamią

Z badań przeprowadzonych w 2007 roku przez prof. Sashę Roseneil, socjolożkę pracującą na Uniwersytecie w Leeds (Anglia), zawartych w raporcie "On Not Living With a Partner" wynika, że związki typu LAT stanowią niemal połowę związków w ogóle. Mimo powszechnego przekonania, że na osobne mieszkanie decydują się młodsze pary, najwięcej było ich w przedziale wiekowym 35 - 59 lat.

"Ludzie decydują się na taki wybór, ponieważ poprzednia ich relacja się rozpadła, albo ponieważ nie chcą powodować napięć między dziećmi i nowym partnerem" - wyjaśniała Roseneil wyniki raportu w wywiadzie dla "The Sunday Times".

Inne powody decydowania się na życie w nietradycyjnych związkach podaje Jabłoński:

- Pary heteroseksualne widzą wiele korzyści życia w związku niesformalizowanym. Mogą cieszyć się z faktu, że są ze sobą z własnej woli, nie dlatego, że zobowiązali się wobec religii, państwa, urzędnika - twierdzi terapeuta. - Wiedzą, że jeśli będą chcieli się rozstać, nie będzie to tak trudne i czasochłonne jak w przypadku rozwodu. Takie poczucie wolności może zwiększać zadowolenie z życia. W przypadku ludzi niereligijnych dużą rol odgrywać może niechęć zawarcia małżeństwa w urzędzie, gdzie ceremonia nie ma odpowiedniego uroku, ceremonialności właściwej ślubowi religijnemu, którego z kolei nie chcą z racji światopoglądowych twierdzi Daniel Jabłoński.

Marcin i Ania są ze sobą od drugiej klasy liceum, czyli 11 lat. W tym czasie dwukrotnie się rozstawali. Najdłużej na 6 miesięcy. Zaznaczają, że rozstania nie były spowodowane zdradą.

- Powiem szczerze: sam ślub mi nie przeszkadza, proszę bardzo. Ale zupełnie nie widzę siebie w małżeństwie. Nawet nie o to chodzi, że zakładam, że zostawię Anię, bo to "nie ta" - mówi Marcin. - To jak najbardziej dla mnie ta! Ale nie chcę obiecywać publicznie, przed tyloma ludźmi, że jej nie opuszczę, dowodzić ojcu, matce, koleżankom ze studiów i z czasów przedszkolnych, że ją kocham. A poza tym ślub nic nie zmienia, wszystkie te tak zwane "benefity" można sobie jakoś naokoło zdobyć. A poza tym, może to trochę racja, no bo na dobrą sprawę skąd ja mam wiedzieć, że do końca życia będę z Anią?

- Deklaracja "skąd ja mam wiedzieć, że do końca życia będę z ..." stanowi doskonałą ilustrację życia w świecie pozbawionym poczucia odpowiedzialności - komentuje dr Wojciech Pawnik. - W końcu instytucja rozwodu istnieje, więc obawa przed jego kosztami w przyszłości jest wyrazem braku odpowiedzialności. Innymi słowy: obecnie w życiu ma być łatwo, lekko i miło. To dość nieskomplikowana lewacka pseudofilozofia.

Dożywotnia gwarancja

Na element niepewności wskazuje też Daniel Jabłoński.

- Panujące powszechnie przekonanie, że małżeństwo oznacza związek do końca życia, sprawia, że niektórzy boją się podejmowania pochopnych zobowiązań. Wszyscy obserwujemy, że od kilkudziesięciu lat wzrasta liczba rozwodów. Świadomość, że i nam może się on przytrafić, uatrakcyjnia związek nieformalny.

Z wypowiedzi specjalisty wynika, że poszukiwanie nowych form realizowania się w związku nie ma nic wspólnego z buntem. Okazuje się jednak, że nie do końca.

- Część osób bez wątpienia żyje w tzw. wolnych związkach trochę z przekory, aby podkreślić własną autonomię, niezależność, np. w sytuacji, kiedy rodzina naciska na ślub - wyjaśnia Jabłoński. - Moim zdaniem, ważne jest też to, że w związku niesformalizowanym łatwiej wypracować inne reguły niż te, które są przypisane tradycyjnemu związkowi małżeńskiemu. Łatwiej tam o inny podział obowiązków, bardziej odpowiadający współczesnemu rozumieniu ról kobiecych i męskich.

Ze zdaniem Jabłońskiego zgadza się 28-letnia Anka, zawodowo zajmująca się fotografią.

- Moja mama uważa, że powinnam wziąć ślub dla bezpieczeństwa, dla pozorów, dla rodziny, a ja sama dodaję jeszcze, że dla jej świętego spokoju - mówi Anka. - Ale ja się uparłam, żeby jeszcze pozwolili mi samej dojrzeć do tej decyzji. Pod wpływem nacisków jeszcze bardziej upewniłam się w przekonaniu, że to nie dla mnie. Chociaż mój chłopak nie zgadza się ze mną i co jakiś czas próbuje mi się oświadczać...

Poliamoria istnieje w wielu kulturach - przekonuje Daniel Jabłoński, jeden z nielicznych w Polsce specjalistów zajmujących się niestandardowymi relacjami i związkami. Przeczytaj wywiad!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: związek | związki nieformalne | związki partnerskie | monogamia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje