Reklama

Zanim wyjedziesz w Bieszczady: Gdzie znajduje się raj na ziemi?

Magia Bieszczad to nie tylko górskie szczyty. Swoje tajemnice ma również Jezioro Solińskie /fot. Rafał Borcz /materiały prasowe

Powoli otwiera się przed nami krajobraz. Czuję się, jakbym przekraczał bramę do innego świata, choć jeszcze przed chwilą wydawało się, że najzwyczajniej wypływamy na jezioro. Rafał Borcz zaczyna wspominać swoje pierwsze wyprawy w te okolice:

Nie było jeszcze nowego Olchowca. Tu dookoła, przez wiele lat, był dość trudny do przebycia las. Jeździło się wtedy do Chrewtu i stamtąd się przedzierało do Zatoki Dzikich Świń, to pomiędzy Olchowcem a Rajskiem. Jest tam zdziczały sad. Zawsze leżało tam pełno gruszek. Słodziutkie. Dziki na nie przychodziły. Stąd ta nazwa. 

Siedziało się tam w zatoce dwa tygodnie, a w tym czasie nawet jedna żaglówka obok nie przepłynęła. Było zupełnie dziko. Pamiętam, jak kumpel wrócił stąd kiedyś i opowiedział, że stoją tu w lesie trzy domki, opuszczone, nad jeziorem. Mityczne niemalże. Powiedział: "Raj na ziemi". Narysował mi odręcznie taką mapkę. 

Przyjechałem, żeby poszukać tego miejsca. Najpierw sam. Chodziłem przez kilka dni po tych lasach. Nie znalazłem. Następnego roku przyjechałem w Bieszczady z ówczesną dziewczyną, ale jeszcze nie z Mariolą. Szukaliśmy tych domków, ale efekt był ten sam. Rozczarowani poszliśmy w góry. Coś nas tknęło, żeby wrócić. Już mieliśmy się udać do domu. Przedzieraliśmy się przez las, jakbyśmy byli w amazońskiej dżungli, i nagle przed nami pojawiają się jak świątynia aztecka te domki. No i zostaliśmy na kolejny tydzień. To było magiczne.

Potem już jeździłem co roku. Najpierw do Zatoki Dzikich Świń, przez wiele lat. Po zakupy się szło stamtąd aż do Polany. Wyprawa z plecakiem na cały dzień. Cały dzień, żeby zdobyć najprostsze produkty. Nawet nie mieliśmy jeszcze łódki, więc zbudowaliśmy tratwę. To był 1992 rok, czasy licealne, pierwsze wizyty nad jeziorem, bo w Bieszczady jeździłem dużo wcześniej. 

Reklama

Zatapiam się w tej opowieści, kiedy mijamy zwężenie jeziora nazywane przez Rafała bramą. Drzewa na brzegu pochylają się w stronę wody, jakby próbowały jeszcze bardziej domknąć przestrzeń. Przed zalaniem rozpościerała się w niej stara wieś Olchowiec. 

- Tu wszystko układa się dla mnie w  kolejne etapy poznawania jeziora. Gdy zaczęli nas spychać z Zatoki Dzikich Świń inwestycjami, bo podciągnęli tam drogę, ruszyła sprzedaż działek, to wtedy kupiliśmy naszą pierwszą łódkę. Taką zieloną. To był 2000 rok. Pływaliśmy po jeziorze i wtedy znaleźliśmy Zatokę Węża, za chwilę ją zobaczysz. Strasznie nam się spodobała. Zaczęliśmy dzierżawić ten kawałek terenu od właściciela, czyli od elektrowni, bo to fragment linii brzegowej. Przypływaliśmy tam ze znajomymi z akademii, różnymi artystami. W pewnym momencie miejscowi nie mogli zdzierżyć, że latem spędzamy tam tak dużo czasu. Nie mamy w zwyczaju wypraszać ludzi. 

Postawiliśmy tylko tablicę z napisem: "Nie niszcz, nie wycinaj zieleni, zostaw porządek". To wycięli całą zieleń. Pojechali równo. Byłem odsłonięty zupełnie. Jak na patelni. Powiedziałem sobie: "Dość". 

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje