Reklama

Wojna w Darfurze. Świadectwo terroru

Żołnierz Sudańskie Armii Wyzwoleńczej walczą przeciwko dżandżawidom - muzułmańskim milicjantom /East News

Daoud Hari, tłumacz dziennikarzy relacjonujących wojnę w Sudanie zdecydował się opisać swoją historię, żeby opowiedzieć światu o tragedii swojego kraju i pomóc tym, dla których jest jeszcze szansa na ratunek.

Reklama


Po tym jak w roku 2003 roku Arabowie, wspierani przez rząd Sudanu, zaczęli regularnie napadać i mordować mieszkańców niearabskich wiosek, Daoud Hari uciekł do Czadu. Tam zmienił nazwisko i został tłumaczem oraz przewodnikiem dziennikarzy chcących dostać się do ogarniętego wojną Sudanu. Ale współpraca z zagranicznymi reporterami narażała go na realne niebezpieczeństwo.

W 2006 roku razem z nagrodzonym Pulitzerem dziennikarzem Paulem Salopkiem oraz ich kierowcą został porwany i skazany przez sudański sąd za szpiegostwo. O sprawiedliwy proces i uwolnienie tłumacza oraz jego towarzyszy zabiegali międzynarodowi przywódcy, przedstawiciele dyplomacji i gwiazdy show-biznesu.

Reklama

"Tłumacz z Darfuru" to książka zawierająca wspomnienia opowiedziane Dennisowi Michaelowi Burke'owi i Megan M. McKennie. To przerażające świadectwo terroru, trudna, ale ważna opowieść o nienawiści narodowościowej. To także nieustannie powracające pytania o źródło tych wydarzeń.

Przeczytaj fragment książki "Tłumacz z Darfuru":

Nie o takim powrocie marzyłem przez te wszystkie lata na obczyźnie. Nie miałem żadnych podarków ani pieniędzy dla członków rodziny.

- Daoud wrócił - słyszałem, mijając po drodze grupki mężczyzn. Pozdrawiałem ich skinieniem głowy, ale nie był to czas na uśmiechy czy radosne powitania. Gdy wchodziłem do rodzinnej zagrody, przyglądały mi się osioł, kilka kóz i stadko kur. Ojciec z innymi mężczyznami oraz bracia byli po drugiej stronie wsi. Matka siedziała w cieniu pod daszkiem kuchennej chaty, była przy niej moja siostra Aisza i kilka kobiet ze wsi - wszystkie w żałobie. Matka wyglądała bardzo staro. Włosy miała matowe, bo na znak żałoby posypała je ziemią. Ubrana była na ciemno, głowę okryła burym szalem. Na mój widok rozpłakała się, kryjąc twarz w dłoniach, jakby myśl o tym, że wróciłem do domu właśnie teraz, jeszcze bardziej ją zasmuciła.

- Fatah - zdołała wymówić słowo, którym ludzie witają się w żałobie.

- Fatah - odpowiedziałem. Stanąłem w pewnej odległości od matki. Zgodnie ze zwyczajem nie dotknęliśmy się ani nie objęliśmy. Próbowała coś powiedzieć, ale znów zapłakała, zasłaniając twarz dłońmi i szalem. W ostatnich dniach straciliśmy około dwadzieściorga kuzynów, a każde z nich było dla niej jak syn lub córka. W życiu plemienia kuzyni są człowiekowi bliscy jak bracia i siostry, a taka strata powoduje wręcz fizyczny ból.(...)

Usłyszałem, że ktoś biegnie i po chwili zobaczyłem Ahmeda. Wbrew zwyczajom związanym z żałobą i wbrew własnej woli uśmiechnął się, gdy chwycił mnie za ramię, by mocno uścisnąć mi dłoń.(...)

- Zaprowadzę cię do ojca - powiedział. Odwiedziny u matki trwały krótko. Jeszcze raz pozdrowiłem ją, a także siostrę i inne kobiety. Wyszliśmy z zagrody, długa ręka brata spoczywała na moich ramionach. Dopiero dzięki temu poczułem się jak u siebie. Do tej pory wydawało mi się, że w Darfurze, nawet w swojej dawnej wsi, jestem gościem - przybyszem z innego świata. Ale czując rękę Ahmeda na swoim ramieniu, miałem wrażenie, jakby rodzinny dom brał mnie w czułe objęcia.

Atak nastąpi za kilka dni

- Tak dobrze cię widzieć, Daoudzie - powtórzył kilka razy.

Powiedziałem, że szejk przesyła mu pozdrowienia i ostrzega przed rychłym atakiem.

- Tak, sądzę, że atak nastąpi za kilka dni - przytaknął Ahmed. - Nie jutro, ale zapewne niedługo. Jesteśmy prawie gotowi do ewakuacji ludzi. Jeśli chcesz, możesz pomóc niektórym w przygotowaniach.

- Oczywiście.

Zbliżyliśmy się do grupy starszych mężczyzn, którzy rozmawiali, siedząc pod wiekowym drzewem.

- Fatah - powiedziałem do najstarszego z nich, mojego ojca. Przekroczył osiemdziesiątkę, co w tym kraju nieczęsto się zdarza. Wstał, pomagając sobie pasterskim kijem, otworzył ramiona i długo trzymał mnie w objęciach.

- Fatah - szepnął mi we włosy. - Wróciłeś więc wreszcie po tylu przygodach. Śledząc wiadomości o tobie, wiele się dowiedzieliśmy o szerokim świecie i jego więzieniach - beształ mnie żartobliwie.

- Chwała niech będzie niebu, że wróciłeś bezpiecznie do domu, ale przybyłeś chyba na czas, żeby się wpakować w nowe kłopoty - dodał. - Oby Bóg zapewnił ci bezpieczeństwo.

Inni mężczyźni wstali, uścisnęli moją dłoń, objęli mnie. Spędziliśmy razem godzinę, po czym poszedłem szukać Ahmeda, który opuścił starców, żeby kontynuować swoje przygotowania. Znalazłem go przed jego rodzinną zagrodą. Rozmawiał z grupą dwudziestu kilku mężczyzn, większość z nich miała od trzydziestu pięciu do czterdziestu pięciu lat. Planowali w ciągu dwóch następnych dni wywieźć ze wsi starców i dzieci. Rozmawiali też o przygotowaniu broni, zapytałem więc później Ahmeda, co zamierzają robić.

- Jesteśmy obrońcami wsi - wyjaśnił. - Zostaniemy, żeby zatrzymać napastników, jeśli atak nastąpi, zanim wszyscy wyjadą. Jesteśmy do tego przeszkoleni, a ty nie. Powiedział, że prawie wszyscy młodzi mężczyźni dołączyli już do rebeliantów. W górach byli inni obrońcy z pobliskich wsi, gotowi przybyć na wezwanie.(...)

Cała wieś jadła kurczaki

Przy kolacji Ahmed przypomniał mi wszystkie ścieżki wiodące przez ued, położenie zbiorników wody w odległych miejscach i drogi do jaskiń, które odwiedzaliśmy jako dzieci. - Tym wszystkim ludziom nie będzie łatwo szybko się stąd wynieść - powiedział. - Tacy jak ty, którzy jako chłopcy zaganiali zwierzęta daleko w pustynię, mogliby, jeśli zechcą, pomóc im zorientować się w terenie.

Nie sugerował, że powinienem opuścić wieś, ale z pewnością nie namawiał mnie, żebym został i zginął. Nie miałem broni. Ahmed był przewidujący. Jednego z naszych braci wysłał do Al-Faszir, najbezpieczniejszego miasta w Darfurze, jako swego rodzaju zabezpieczenie rodziny. Cokolwiek się wydarzy, ktoś pozostanie przy życiu, żeby pomóc pozostałym przy życiu kobietom i dzieciom. Cała rodzina nie mogła się przenieść do miasta, bo mieliśmy za dużo zwierząt, którymi trzeba się było opiekować.

Tego wieczoru i przez kilka następnych jedliśmy kurczaki - te najdorodniejsze, oszczędzane zwykle na specjalne okazje. Cała wieś jadła kurczaki w te wieczory.(...)

Przez całe dnie pomagałem ludziom w przygotowaniach do ewakuacji. Jeździłem do oddalonych skupisk chat i namawiałem ich mieszkańców, żeby szykowali się do drogi. Niektórzy nie chcieli, mówili, wskazując przed siebie: "Tu są pochowani nasi pradziadowie, tam - nasze dzieci, dlaczego nie miałoby to być dla nas dobre miejsce, żeby umrzeć?". W takiej sytuacji nie da się dyskutować. Musieliśmy pomyśleć o kobietach, dzieciach i młodszych mężczyznach i pomóc im, zamiast tamtym. Kobiety szykowały dzieci do długiej podróży. Pewnie wiesz, z czym się to wiąże, choć w tej sytuacji było chyba jeszcze trudniej. Niełatwo się zdecydować, co wziąć, a co zostawić.

Miałem sen

Pewnego razu obudziłem się w środku nocy. Miałem wyrazisty sen. Ahmed stał pośrodku wioski. Obok niego było dwóch innych obrońców, którzy krzyczeli, by uciekał. Zawołałem do nich ze wzgórza, żeby strzelali do atakujących. Nie krzyczcie na Ahmeda, strzelajcie do napastników, tam, tam - wskazałem palcem, bo widziałem, jak celują do Ahmeda.

Ale było za późno. Padł przeszyty kulą. "Dlaczego nie strzelaliście do nich? - krzyknąłem, kiedy zszedłem do mężczyzn. - Dlaczego ich nie zastrzeliliście?" Ale Ahmed był martwy, a później chyba i mnie zabili. Po tym koszmarze nie mogłem już usnąć. Wyszedłem ze wsi na pobliskie wzgórze. Świt zastał mnie tam, w krzakach.

Na śniadanie wypiłem herbatę w chacie ojca. (Mężowie i żony mają osobne chaty, dzięki czemu małżeństwa są trwałe). Ahmed też tam był. Patrzyłem na niego, jakby już nie żył. Nie mogłem mu opowiedzieć swojego snu. Brat mówił do ojca, że zaraz po herbacie trzeba opuścić wieś i wyprowadzić resztę zwierząt. Ojciec, który w nocy słyszał strzały, przyznał mu rację i ruszył w drogę.

Około dziewiątej rano szedłem przez wieś, doglądając ostatnich przygotowań. Była ładna pogoda, jak to pod koniec pory deszczowej. Ptaki śpiewały, co wziąłem za oznakę, że jeszcze przynajmniej przez godzinę będziemy bezpieczni. Ale potem dobiegł mnie dziwny dźwięk i zatrzymałem się, nasłuchując. Był to łomot, jakby ktoś bił w wielki bęben. Łomot nasilił się i nabrał bardzo szybkiego tempa. Najwyraźniej był to odgłos nadlatujących śmigłowców, które brały ostry zakręt. Zobaczyłem za drzewami dwa wielkie zielone helikoptery, skręcające w nasz wąski ued. Tak łomotały przy tym ich silniki - a zaraz potem rozległ się łoskot strzałów. Nie wiedziałem, dokąd uciekać, przez chwilę stałem oszołomiony, patrząc jak pociski trafiające w ziemię wzbijają obłoczki kurzu.

Zobaczyłem, że Ahmed uzbrojony w karabin wybiega z zagrody, a z nim mój inny brat, Juma. Juma, ten spokojny, ciężko pracujący Juma. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział go przejętego, a tym bardziej z bronią w ręku. Teraz obaj biegli jakby w rytm zbliżającego się łomotu. Kierowali się do ujścia małej doliny, którą musieliby wejść napastnicy przybywający lądem. Śmigłowce na widok biegnących zawróciły znad chat. Inni obrońcy wbiegali na wzgórza po obu stronach wioski, głównie od wschodu, żeby napastników przybywających od strony doliny zaatakować możliwie jak najdalej od wsi.(...)

Jak w zwolnionym tempie

W niżej położonej części wsi było już widać niewielkie land cruisery napastników, pomalowane w barwy ochronne. Obrońcy zadziałali wystarczająco szybko, żeby na jakiś czas ich powstrzymać i zyskać dla nas czas. Bojownicy z pobliskich wsi usłyszeli śmigłowce i przybyli z odsieczą zza wzgórz. Żołnierze armii sudańskiej i dżandżawidzi są okrutni, ale nie głupi, i nie wjechali pochopnie w dolinę, żeby nie wpaść w pułapkę. Obrońcy dobrze to przemyśleli. Ciężkie karabiny maszynowe ostrzeliwały wieś z na tyle dużej odległości, że napastnicy mogli tylko pokryć ogniem teren i liczyć na to, że zabijają ludzi, których nie widzą.

Z helikopterów strzelano do obrońców wsi na jej wschodnim krańcu, a nie do ludzi uciekających na zachód. Z pewnością zaatakują i nas, kiedy obrońcy zginą, wiedzieliśmy więc, że nie możemy się zatrzymywać. Wyprowadzenie ludzi w góry trwało może piętnaście- dwadzieścia minut, choć wydawało się, że minęły godziny. Trzeba było wciąż iść, bez ustanku, wspinać się na stromizny, na które nie będą mogli puścić się za nami dżandżawidzi na koniach.

Kiedy wyprowadziliśmy już ze wsi ostatnich mieszkańców, zobaczyłem szarżujących dżandżawidów, którzy ostrzeliwali chaty. Byliśmy już w komplecie, brakowało tylko obrońców. Wcisnąwszy się między skały, obserwowaliśmy przez jakiś czas, co się dzieje pod nami, potem znów ruszyliśmy w drogę, poganiając tych, którzy wlekli się w tyle. Dzięki uprzednim przygotowaniom nastąpił cud: wszyscy, z wyjątkiem obrońców, znaleźli się w bezpiecznym miejscu poza wsią. Oglądałem się za siebie, patrzyłem w dół, ale ani na piasku, ani między chatami czy drzewami nie zobaczyłem martwych ciał dzieci czy kobiet. W tej sytuacji był to pocieszający widok.

Może niedługo się spotkamy

Obrońcy powstrzymywali napastników. Przez godzinę słychać było coraz rzadsze strzały, w końcu ucichły. Szliśmy cały dzień i całą noc. Szybki marsz najtrudniej znosiły dzieci i starcy, którzy zdecydowali się opuścić wieś, ale baliśmy się przede wszystkim tego, że śmigłowce nas wytropią, jak często zdarzało się po ataku. Ludzie płakali, myśląc o wszystkim, co zostawili za sobą. Opłakiwali obrońców wsi i starych ludzi, którzy jej nie opuścili.

Udało się nam uspokoić część chłopców, mówiąc im: "Kiedyś będziecie mieli co opowiadać swoim dzieciom". Żadnych słów pociechy nie było jednak dla dziewczynek i kobiet, które nie widziały przed sobą żadnej przyszłości. Nie było już naszej wsi. Najlepsi z naszych mężczyzn zginęli. Nie mogły nie płakać, kiedy ciemną linią wspinały się na wzgórza. O zmroku dogonili nas ocaleli obrońcy wsi. Był wśród nich mój brat Juma, ale nie dostrzegłem Ahmeda. Kiedy Juma podszedł bliżej, spojrzał na mnie ze smutkiem. To wystarczyło.

- Fatah - powitał mnie. - Nasz brat Ahmed zginął. Może niedługo się z nim spotkamy.(...)

Fragment książki "Tłumacz z Darfuru", Daoud Hari. Przekład: Hanna Jankowska. Wydawnictwo Czarne. Premiera: 5 września 2018 r.

Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje