Reklama

Wiemy, jak brzmi pół miliona złotych

Pierwsze akordy "Ummagumma" brzmią krystalicznie czysto i dosłownie wlewają się do naszych uszu. Zamykamy oczy i czujemy się, jakby David Gilmour i pozostali członkowie zespołu stali i grali zaraz obok. Czy dlatego, że winylu z muzyką Pink Floyd słuchamy na sprzęcie o wartości kilkuset tysięcy złotych?

"Nautilus" to nie tylko słynny okręt podwodny dowodzony przez tajemniczego kapitana Nemo, ale i nazwa krakowskiego salonu ze sprzętem hi-fi. Już od pierwszych chwil tu spędzonych wiemy, że bez naprawdę pokaźnej sumy pieniędzy nic w tym sklepie nie kupimy. Specjalne wzmacniacze lampowe czy  gramofony, dumnie prezentowane w salce wystawowej przy wejściu, kosztują tyle, co dobry samochód. Nie brakuje też gadżetów, za łączną równowartość których można by kupić mieszkanie w centrum dużego miasta. Ale to tylko jedna strona medalu...

Reklama

Ostrożnie rozglądamy się po salonie. Żaden z nas nie śmie nawet przypadkiem dotknąć czegoś, co ma na sobie metkę z pięciocyfrową ceną. Powoli mijamy korytarze wypełnione wzmacniaczami, źródłami dźwięku, głośnikami i innym sprzętem. Pracownicy salonu muszą mieć z nas niezły ubaw. Zbliża się do nas "komitet powitalny" w osobie Roberta Szklarza - właściciela firmy, oraz specjalistów od sprzętu - Dariusza Łężniaka i Pawła Kamińskiego. Jak się okazuje, podobne zachowanie obserwują oni wśród swoich gości dość często.

Panowie zapraszają nas do specjalnej sali odsłuchowej. W oczy od razu rzucają się wyłożone odpowiednim materiałem ściany i wysokie podłogowe "kolumny", towarzyszące przygotowanemu zestawowi audio.

Siadamy na wygodnych skórzanych fotelach. Najpierw pytamy, kto w ogóle może pozwolić sobie na takie cudeńka, jakich tutaj pełno. Odpowiedź załogi "Nautilusa" jest co najmniej szokująca...

- Tak naprawdę, to każdy. Naszymi klientami nie są wyłącznie milionerzy i osoby posiadające przynajmniej kilka drogich samochodów. 

- Owszem, takich nabywców nie brakuje, ale nie oznacza to, że osoby nie posiadające konta w szwajcarskim banku nie mają u nas czego szukać - zaczyna Robert. Przerywa mu Dariusz: - Wg mnie statystyka wygląda następująco: pół na pół. 50 procent stanowią ludzie dysponujący olbrzymimi sumami, a drugie 50 procent to po prostu pasjonaci dobrego dźwięku i sprzętu audio, a wśród i tacy, którzy... nie mają nawet ciepłej wody w kranie.

I opowiadają dalej: - Do naszego salonu przyjechał kiedyś staruszek w znoszonych ubraniach i w obszarpanych butach. Zapytał o gramofon. Zaproponowałem mu budżetowe rozwiązanie, ale na moją propozycję odparł: "Taki to ja mam w domu". Jego uwagę przyciągnął gramofon za 35 tysięcy złotych i podłączony do niego zestaw o łącznej wartości blisko pół miliona. Puściłem mu na nim płytę, by mógł usłyszeć jak to gra... Sprzęt wyraźnie przypadł mu do gustu, ale powiedział, że "musi się jeszcze zastanowić". Daliśmy mu naszą wizytówkę.

- Po dwóch miesiącach odbieram telefon i po głosie poznaję, że to chyba ten sam mężczyzna. "Zdecydowałem się na ten gramofon" - słyszę w słuchawce. Z niedowierzaniem zapytałem, czy przypadkiem nie pomyliły mu się zera. Przypomniałem, że chodzi o 35 tysięcy, a nie 3,5 tysiąca. "Nic mi się nie pomyliło" - zapewnił mnie starszy pan i prosił, abyśmy przyjechali do jego mieszkania, aby zobaczyć, czy są tam odpowiednie warunki do takiego sprzętu.

- Gdy zjawiliśmy się na miejscu z gramofonem, dał nam odliczoną kwotę w gotówce, w siatce wyjętej z szafy. Później jeszcze kilka razy pojawiał się w naszym salonie, bo chciał skompletować cały zestaw - ten za pół miliona złotych, który tutaj usłyszał...

- Kolejne komponenty kupował sukcesywnie, a kiedy doszło do finalizacji, zaprosił nas raz jeszcze do siebie, abyśmy wszystko podłączyli jak należy. Do dzisiaj pamiętam, kiedy powiedział: "Panie Darku, przepraszam bardzo, ale gdyby chciał pan skorzystać z łazienki, to trzeba się liczyć z tym, że nie mam w niej ciepłej wody". Na wannie stała deska, a na niej miska. To właśnie ten klient udowodnił mi, że nie trzeba być multimilionerem, aby dokonać takiego zakupu.

Pytamy, czy w salonie da się też kupić dobry sprzęt, który nie nadwyręży domowego budżetu. - Jasne, że tak. Dobre audio jest naprawdę dla wszystkich, nie tylko dla audiofilów bogaczy, którzy mają w domach osobne pokoje dedykowane do słuchania muzyki. Z hi-fi jest jak z gotowaniem - nie wystarczy wrzucić najdroższych składników do jednego kotła z nadzieją, że powstanie z tego coś dobrego. Tutaj najbardziej liczy się doradztwo - mówi Robert.

- Jesteśmy takimi muzycznymi psychologami - dodaje. - Robimy wywiad, stawiamy diagnozę, a następnie "leczymy", czyli polecamy odpowiedni sprzęt. Jeśli przychodzisz do nas po sprzęt, nie dostaniesz go od razu.

- Nieważne, czy chcesz wydać u nas 150 czy 2 tys. zł. Musimy dowiedzieć się, jakiej muzyki słuchasz, jakie masz warunki do jej odtwarzania, a także czy przypadkiem nie masz ukrytej wady słuchu. Sporo czasu zajmują nam rozmowy z klientami. Często musimy wybić im z głowy zakup drogich zabawek, które po prostu nie są im potrzebne. Jeden zakup w naszym salonie może ciągnąć się tygodniami, a nawet miesiącami. Ale musimy mieć pewność, że klient będzie w stu procentach zadowolony.

- Jeśli chcesz mieć dobry sprzęt audio, to po prostu trzeba zdać się na specjalistów, czyli na nas. Opinie, które można przeczytać w internecie, często powstają na zamówienie. Rewelacje zasłyszane od znajomych lub sąsiadów też nie zawsze się sprawdzają. Sprzęt hi-fi nie jest uniwersalny i może się zachowywać bardzo różnie, w zależności od tego, co z czym jest podłączone i jak umiejscowione. Dlatego ważne jest, aby kupować je tak, by każdy komponent harmonijnie współgrał z innymi - przekonuje Dariusz.

- Dobre audio nie ląduje na wyprzedażach w marketach. Nie oznacza to też, że musi być ono drogie. Nic z tych rzeczy. Świetny sprzęt naprawdę jest w zasięgu każdego. Sztuką jest - i w tym nasza rola - by skomponować odpowiedni zestaw i dobrze go podłączyć. Tu nie ma okazji i przypadkowości. Chcąc cieszyć się doskonałym dźwiękiem, trzeba wszystko dokładnie przemyśleć. I tutaj do akcji wkraczamy my...

- Naprawdę przestrzegamy wszystkich przed kupowaniem sprzętu audio w marketach, które sami nazywamy "stodołami". Rzadko kiedy ma się w nich okazję trafić na coś wartościowego, nie wspominając nawet o możliwości posłuchania poszukiwanego "okazu" w odpowiednich warunkach. Nawet nie policzę, ile razy przyjeżdżali do nas klienci z kupionym na promocji wzmacniaczem, by znaleźć do niego odpowiednie kolumny. Najczęściej kończy się to tym, że sami oferujemy im tańszy i lepszy sprzęt, idealnie pasujący do poszukiwanych głośników - podsumowuje Dariusz.

Czym w takim razie różni się dobry sprzęt od tego, który znajdziemy w "stodołach"? Po pierwsze, najlepsze firmy nie mogą pozwolić sobie na to, aby ich produkty trafiały do marketów. Chodzi nie tylko o względy wizerunkowe, ale przede wszystkim o zachowanie jakości, której masowa produkcja mogłaby tylko zaszkodzić.

- Niezwykle ważną kwestią jest także planowe "postarzanie" produktów, które nie jest obce komercyjnym producentom. A my nie możemy pozwolić sobie na handel rzeczami, które są zaprogramowane tak, aby zepsuły się po dwóch latach i jednym miesiącu. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że klient wydając pieniądze na sprzęt audio chce, aby ten służył mu przez długi czas. I właśnie tak powinno być - mówi Robert Szklarz.

Rzecz jasna audio z najwyższej półki to także nietuzinkowy design. Gospodarze prowadzą nas do wspomnianej sali, gdzie na specjalnych postumentach stoją gramofony marki Transrotor. Każdy z modeli wygląda jak dzieło sztuki i na dobrą sprawę wcale nie przypomina powszechnie kojarzonego "adaptera". To dzieła specjalistów od mikromechaniki precyzyjnej. Najdroższy kosztuje kosztuje aż 600 tys. zł!

Załoga "Nautilusa" wyprzedza nasze myśli i zaznacza, że tak wysoka cena wynika nie tylko z wyszukanego projektu wizualnego, ale i doboru komponentów oraz zastosowanych w ich produkcji technologii.

Wspomniany gramofon to bez wątpienia gratka dla najbogatszych audiofilów. Ale czy tego typu sprzęt i akcesoria nie są wyłącznie sztuką dla sztuki? Odpowiedzi udziela  Paweł: - Możecie się śmiać, ale to wszystko działa. Słyszalnie.

Po chwili przynosi mały kawałek drewna. Okazuje się, że jest to podstawka pod kable, dzięki której te ostatnie przenoszą dźwięk do głośników bez śladowych zakłóceń. Ciekawostkę stanowi fakt, że najwyższej klasy podstawki muszą być wykonane z odpowiedniego drewna. Ale to jeszcze nie wszystko.

- W środku znajdują się drobinki kwarcu. Rzecz jasna kwarcu o odpowiednich właściwościach elektrostatycznych. Wydobywa się go tylko w jednym miejscu na świecie.

Łapiemy się za głowy. Po chwili, znowu w obłędnej sali odsłuchowej, robimy to jeszcze raz, kiedy Robert "zaprasza" do nas muzyków Pink Floyd na mały koncert, który funduje nam zestaw za kilkaset tysięcy złotych. Ze zwykłej winylowej płyty!

- Winyl to najlepszy nośnik. Uwielbiają go wszyscy miłośnicy dobrego dźwięku. Brzmienia takiej płyty nie da się odtworzyć drogą cyfrową. Okazjonalne trzaski tych bardziej zniszczonych płyt dodają tylko uroku - twierdzi Robert. - Ludzie często nie wierzą, że słuchanie muzyki potrafi być niezwykłą frajdą. My staramy się ich do tego przekonać - dodaje.

Nas już dłużej nie trzeba przekonywać. Myśleliśmy, że zaskoczą nas tu wyłącznie ceny. Myliliśmy się - i to nie tylko w przypadku audiofilów i ich zabawek. Teraz już wiemy, że dobry dźwięk jest w zasięgu każdego, ale jeszcze nie wszyscy wiedzą, jak bardzo im go brakuje.

Michał Ostasz & Sławek Zagórski

-----

Dziękujemy firmie "Nautilus" za pomoc w przygotowaniu materiału.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje