Reklama

Taxi ze "Zmienników" - dzieło jego życia

Gdy przywiózł pod dom swoje "marzenie", które wymagało włożenia wysiłku, pieniędzy i czasu, wszyscy pukali się w czoło. Na jego realizację przeznaczył cztery lata, zamykając się każdego dnia na kilka godzin w garażu. Dzięki cierpliwości i uporowi osiągnął oszałamiający efekt - niemal idealną replikę żółtej taksówki z serialu "Zmiennicy".

Łukasz Piątek: Wierzy pan w miłość od pierwszego spojrzenia?

Reklama

Szymon Rakowski: - Pewnie tak, coś w tym na pewno jest...

Pana miłość do fiata właśnie taką była?

- Jeśli można tak mówić o pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym, to chyba tak właśnie było. Fiat zawsze był moim marzeniem, a ta przywołana przez pana miłość pojawiła się siłą rzeczy, bo to był pierwszy samochód, którym jechałem jako dziecko. Zatem to uczucie jest kultywowane od najmłodszych lat.

To taka słabość do kanciastych rzeczy?

- Zgadza się, bo duży fiat to przecież popularny "kredens". Gdyby nie dobroduszność konstruktorów, to można by nim kroić chleb. To słabość w ogóle do polskiej motoryzacji.

Dlaczego wybrał pan akurat fiata?

- To kompilacja kilku powodów. Po pierwsze, Polski Fiat 125p w 1973 roku pobił rekord świata średniej prędkości w jeździe długodystansowej. Po drugie, to główny "bohater" serialu z mojego dzieciństwa, kiedy to namiętnie oglądałem "Zmienników". Pamiętam taką historię, gdy pani w szkole kazała dzieciom przynieść ulubione bajki. Ja na kasecie VHS przyniosłem właśnie "Zmienników". To powrót do tamtych czasów - do rzeczy śmiesznych, miłych, sentymentalnych.

Kiedy, gdzie i od kogo pozyskał pan samochód?

- Fiata 125p kupiłem w Szczecinie, w 2008 roku. Auto nabyłem od pewnego szulera, który wcześniej pozyskał go od pana Henryka. Samochód nie został przerejestrowany, dlatego później miałem dużo problemów w wydziale komunikacji. Natomiast pan Henryk - obecnie poczciwy 80-latek, którego nawet niedawno odwiedziłem, kupił auto na przetargu Urzędu Wojewódzkiego w Szczecinie. Ten fiat woził ówczesnego wojewodę szczecińskiego. Pan Henryk dbał o "kredens" jak o własną żonę.

- Kiedy dwa lata po zakupie przyjechałem do pana Henryka, jego żona powiedziała mi, że bardzo się cieszy, iż kupiłem ten samochód, bo mąż wreszcie więcej czasu spędza w domu niż w garażu. I chociaż samochód nabyłem od wspomnianego szulera, to jednak pana Henryka uważam za prawdziwego byłego właściciela, bo ten człowiek był emocjonalnie związany z tym fiatem.

Ile kosztował samochód?

- Bodajże 500 złotych... To niewielka kwota w porównaniu z tym, co czekało mnie później. Przez rok samochód stał pod wiatą, bo szukanie i magazynowanie części było czasochłonnym zajęciem. Obecnie auto jest garażowane, dobrze zabezpieczone, a o tej porze roku spokojnie zimuje sobie pod kocykiem, bo żal mi nim wyjeżdżać na mokre, zaśnieżone i zasolone drogi.

Od samego początku planował pan kupno takiego fiata z zamiarem przerobienia go na "WPT 1313"?

- Dokładnie w tym celu go kupiłem. Dziś pewnie byłbym mądrzejszy i zdecydowałbym się na model w lepszym stanie i większą ilością zgodnych szczegółów. Ale klamka zapadła i stwierdziłem, że robię to, co jest. Stan pojazdu był na tyle poważny, że trzeba było wymienić wewnętrzne i zewnętrzne progi, słupki, wzmocnienia. Było dużo pracy, ale ja traktowałem to jako formę relaksu, bo zawsze popołudniami można było zamknąć się w garażu i coś tam sobie dłubać.

Jak zareagowała rodzina, kiedy przyjechał pan do domu zniszczonym fiatem i oznajmił, że najbliższe lata spędzi pan w garażu?

- Wtedy byłem kawalerem, więc nie musiałem tłumaczyć się przed żoną. Ojciec powiedział mi, że chyba jestem chory psychicznie. Ale ja stwierdziłem, że nie można żyć tylko dla życia i nie pozostawić po sobie niczego. Taki projekt wciąga jak narkotyk.  Już teraz myślę o kolejnych realizacjach. To daje niesamowitą radochę.

Co to za projekty? Zdradzi pan coś więcej?

- Nie chciałbym na razie dużo mówić, bo przedsięwzięcie jest dopiero w fazie planowania. Powiem tylko, że jest ono związane z polską motoryzacją. Natomiast najpierw muszę przekonać żonę. Nie chciałbym, żeby z Interii dowiedziała się czegoś więcej, co wcześniej nie zostało z nią ustalone (śmiech).

Długo dojrzewała w panu decyzja o kupnie tego samochodu i zrealizowaniu marzenia?

- Taką myślą zaraził mnie kolega, który kolekcjonuje land rovery. Posiada model Discovery - to jedna z zaledwie kilku sztuk wyprodukowanych w wersji trzydrzwiowej. Ta idea zaczęła kiełkować w mojej głowie już w szkole średniej, aż wreszcie w 2008 roku kupiłem wymarzony samochód i zacząłem realizować marzenie.

Jaki wówczas przebieg miał pojazd? Proszę coś więcej powiedzieć o danych technicznych tego samochodu.

- Około 150 tysięcy kilometrów. Była z nim tzw. książka serwisowa, czyli zwykły zeszyt, w którym zapisywano wszystkie wymiany. Pamiętam, że była notatka napisana wielkimi literami z wykrzyknikami: "Przy 160 tysiącach koniecznie zmienić olej w tylnym moście!!!". Auto zostało wyprodukowane w 1984 roku i miało już 5-biegową skrzynię biegów. Wersja eksportowa: welurowe siedzenia itp. To wszystko zostało później zmienione, by przystosować samochód do modelu z roku 1979-80, bo właśnie taki występował w serialu "Zmiennicy".

- Tę 5-biegową skrzynię zmieniłem na 4-biegową. Mechanik powiedział mi, że w swoim życiu dokonał wielu remontów, gdzie zamieniał skrzynię z 4-biegowej na 5-biegową, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się, żeby ktoś chciał to zrobić w drugą stronę.

Tych niezbędnych zmian było pewnie więcej...

-Między innymi wybrzuszenie na tylnej klapie, pozostałość po zamku z włoskiego modelu, brak migaczy w bocznych błotnikach i wiele innych drobnych szczegółów musiało zostać odtworzonych tak jak w serialowym fiacie. Welurowe siedzenia zamieniłem na te zwykłe, z dermy, bo przecież właśnie takie widzimy w "Zmiennikach". Latem po krótkiej przejażdżce można odkleić się od siedzenia i od razu iść pod prysznic...

Jak długo zajęła panu praca nad tym samochodem?

- Około czerech lat. W 2011 miałem już wersję beta, bo niektóre szczegóły się nie zgadzały, ale już rok później samochód był w 99 procentach zgodny z tym, jaki jeździł w serialu.

Podszedł pan do tematu na zasadzie: wszystko albo nic?

- Tak. Nie chodziło mi o to, żeby kupić w internecie naklejkę na drzwi "WPT 1313" i udawać, że mam taksówkę ze "Zmienników", chociaż niestety wiele osób tak dzisiaj robi. Wiedziałem, że jeśli mam się za to zabrać, to chcę to zrobić z największa pieczołowitością. Wyszło chyba nieźle, o czym świadczą bardzo przychylne komentarze internautów na forum zmiennicy.com. Proszę mi wierzyć, tam nie brakuje miłośników tego serialu, ludzi naprawdę znających się na rzeczy.

- Natomiast najlepszym dowodem, że udało się osiągnąć zakładany cel, była reakcja pana Mieczysława Hryniewicza (serialowy Jacek Żytkiewicz ze "Zmienników" - przyp. red.), który zasiadając w 2012 roku za kierownicą mojego fiata prawie się rozpłakał się ze wzruszenia. Powiedział, że czuje się dokładnie tak, jak 25 lat temu na planie serialu, bo w samochodzie zgadza się każdy element. Później pan Mieczysław zawiózł mnie "taksówką" do ślubu. Miał nawet na sobie znaną z serialu koszulkę z napisem Levi’s. To było niesamowite przeżycie.

Od czego zaczął pan modyfikację swojej taksówki?

- Od całkowitego rozmontowania auta i gruntownego sprawdzenia jego wszystkich elementów konstrukcyjnych. Później była ocena części skorodowanych i ich zastąpienie. Zakonserwowanie całego podwozia, profili zamkniętych, oczyszczenie elementów zawieszenia, piaskowanie kół - m.in. takie prace czekały mnie na początku.

- Pamiętam, jak pojechałem pewnego dnia do hurtowni motoryzacyjnej w Poznaniu i zapytałem o części do dużego fiata. Pracownik z nieskrywaną radością oznajmił: "Panie! Ja to panu sprzedam za pół ceny, bo to od 5 lat zalega mi to w magazynie". W ogóle wiele elementów blacharskich zdołałem kupić za śmieszne pieniądze, bo wówczas w Polsce niewiele osób interesowało się tematem rekonstrukcji pojazdów. Byłem w stałym kontakcie z kilkoma okolicznymi tzw. szrotami i kiedy tylko pojawiały się jakieś części, wsiadałem w samochód i pełnym gazem pędziłem do takiego punktu.

- Po ukończeniu prac związanych z naprawą konstrukcji samochodu przyszedł czas na lakiernika i kolejne, mozolne uzupełnianie samochodu. Trudno sobie wyobrazić, jak wiele szczegółów trzeba było znaleźć i dopasować do "WPT 1313". Problemów było sporo, jak chociażby chromowane ramki do drzwi, które zostały wyjęte z innego fiata i teoretycznie powinny były pasować do mojego auta, ale okazało się, że miały luzy montażowe, które wynosiły nawet 3 cm. Gdy zamontowałem przedni grill z migaczami, to pojawiła się radość, bo zaczęło to przypominać samochód.

Jak dobierał pan lakier? Znał pan próbki oryginalnego koloru?

- Jeśli pamięć mnie nie myli, to w "Zmiennikach" użyto lakieru L79 "bursztynowy" - nazywany popularnie "bahama yellow". Ja dobierałem kolor pod cyfrowe zdjęcie fiata z serialu. Musiałem jednak mieć na uwadze fakt starzenia się taśmy filmowej. Gdybym zastosował ten oryginalny lakier, to w rzeczywistości byłby on lekko ciemniejszy. Praktycznie ta minimalna różnica w odcieniu koloru jest niezauważalna gołym okiem.

Żył pan sobie w swoim fiatowskim świecie...

- Na tyle mocno wziąłem to do siebie, że chodziłem po postojach taksówek i starszych kierowców pytałem, co to jest tabela przelicznikowa. W kilku kadrach serialu taka tabela pod radiem "Safari" występuje, ale niewiele było o niej wiadomo. Udało mi się zdobyć szczegółowe zdjęcie tej tabeli. Chodziło najprawdopodobniej o to, że w tamtych czasach nie było możliwości ot tak sobie przeprogramować "Poltaksu" (taksometru), bo było to urządzenie mechaniczne. Jeśli dajmy na to na liczniku pojawiało się 16 złotych, to trzeba było tę kwotę pomnożyć przez specjalną tabelę przelicznikową. Ja tabelę przelicznikową przekopiowałem maszyną do pisania na papier fotograficzny i następnie wywołałem zdjęcie.

- Jedyną rzeczą, której mi brakuje, i której nigdzie nie mogę zdobyć, jest długopis Castrola. Ten długopis przyczepiany był do deski rozdzielczej i pojawiał się w zaledwie kilku kadrach. Nawiązałem nawet kontakt z największym w Polsce kolekcjonerem długopisów, ale okazało się, że on nigdy nie miał styczności z taką rzeczą. Nie mam też dolarów ukrytych w siedzeniu przez Krashana Bahmaramandżare, bo gdyby tam były, to pewnie od razu wjechałby do rekonstrukcji polonez porucznika Borewicza.

Ile czasu dziennie przeznaczał pan na prace przy samochodzie?

- Około 5 godzin, ale oczywiście nie przez całe cztery lata. Kiedy auto już zaczęło nabierać kształtów, to praca była mniej czasochłonna. Natomiast zdarzało się, że z garażu wychodziłem już po kilkunastu minutach, bo bywały sytuacje, kiedy coś nie wychodziło i szybko się irytowałem. Raz nawet prawie się popłakałem, gdy przez przypadek złamałem długą, chromowaną ramkę ozdobną. To była naprawdę mocna próba mojego charakteru.

Z czym miał pan najwięcej problemów?

- Dużo pracy poświęciłem na wyregulowanie silnika, hamulców, podłączenie elektryki. Tych rzeczy było mnóstwo, najczęściej jakieś pierdoły, ale bardzo uciążliwe - niedomykające się drzwi, osadzenie tylnej szyby - zwłaszcza kiedy robi się to samemu itp. Dwa kluczowe słowa przy tego typu pracach to cierpliwość i upór. 

Podczas odwzorowywania samochodu opierał się pan tylko na obejrzanym serialu? Nie próbował się pan kontaktować z kimś z produkcji "Zmienników"?

- Podjąłem próby skontaktowania się, ale pan Mieczysław Hryniewicz powiedział mi, że oni sami nie wiedzą, co stało się z tym samochodem. Ja z czasem odkrywałem - mówiąc delikatnie - brak dokładności rekwizytorów. Około roku szukałem mikrofonu, który umieszczony był na desce rozdzielczej serialowego fiata. W internecie wpisywałem miliony kombinacji, bo byłem przekonany, że jest to mikrofon komunikacyjny z centralą, tzw. Radmor. Niczego nie znalazłem. Któregoś dnia przeglądając aukcję internetową zupełnie przypadkowo odkryłem, że to mikrofon ze zwykłego adapteru "Bambino". Został po prostu przyklejony do deski rozdzielczej, a tak naprawdę była to zwykła atrapa.

- W serialu są także sceny, kiedy w jadącej taksówce brakuje drzwi... Albo taksówkarska lampka sygnalizacyjna raz ustawiona jest poziomo, a raz pionowo. W odcinku, kiedy Kuśmider i Krashan kradną fiata, występuje już zupełnie inny model samochodu - młodszy, z innym ustawieniem tablic rejestracyjnych i oznakowaniem. W całym serialu aż trzy samochody "udawały" 1313. To są szczegóły, na które nikt nie zwraca uwagi, ale dla mnie to było szalenie istotne.

Cały czas pod górkę...

- Trzeba było to jakoś ujednolicić i dążyć do uniwersalnego wzorca samochodu. Stwierdziłem, że zrobię samochód, który w "Zmiennikach" występował w większości odcinków. Dużo osób pyta, dlaczego nie mam dekli na kołach. Ja tych kapsli mam w garażu trzy komplety. Jednak w drugim odcinku Wiesiu Ceglarek kradnie dekle Jackowi Żytkiewiczowi i w kolejnych trzynastu odcinkach już ich nie widzimy. Podobnie z naklejką "Michelin" na szybie - ona pojawia się dopiero w przedostatnim odcinku jako prezent od ekipy telewizyjnej. Oczywiście, naklejkę mam, ale schowaną.

Ile razy w życiu obejrzał pan serial "Zmiennicy"?

- O Jezu... Kiedyś podliczałem, ile razy obejrzałem "Misia" - po 160 razie przestałem liczyć. Natomiast "Zmienników" pewnie po 200 razach obejrzenia wszystkich odcinków.

A czy liczył pan pieniądze, które wydał pan na "zrobienie" tego samochodu?

- To tak, jakby pan zapytał kogoś, ile pieniędzy wydał na dziewczynę lub żonę. Jeśli coś się kocha, to nie zwraca się uwagi na pieniądze. Prace przy samochodzie trwały kilka lat, więc finansowo człowiek tak tego nie odczuł. Poza tym bardzo pomogli mi ludzie, którzy za darmo przekazywali przeróżne części, bo widzieli, że z pasją podchodzę do tego tematu. Ale przyznam, że dziś żona się wścieka, kiedy zamawiam w internecie jakąś niewielką część do mojego fiata.

Ile kosztuje amortyzacja tego samochodu?

- To nie są duże pieniądze. Koszt ubezpieczenia, zalania, uzupełnianie podstawowych płynów. Rocznie wychodzi ok. tysiąca złotych.

Dziś auto służy panu do celów zarobkowych?

- Okazjonalnie używam go do celów zarobkowych - wesela, wieczory kawalerskie, przejażdżki sentymentalne... Ale nie jest to narzędzie do zarabiania, bo po prostu szkoda tego samochodu. Największą radochę mam wtedy, gdy w niedzielę mogę się nim przejechać wraz z rodziną.

Z jak grubym portfelem trzeba do pana przyjść, żeby sprzedał pan ten samochód?

- Wspomnień nie da się wycenić. To głupio zabrzmi, ale traktuję to auto jak członka rodziny. Nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, kto wyłożyłby takie pieniądze, które przekonałyby mnie do sprzedania części mojego życia, mojej taksówki.

Proszę na koniec powiedzieć: bliżej panu do Jacka Żytkiewicza czy Mariana Koniuszki?

- Chyba każdy z nas powinien mieć w sobie trochę z Jacka Żytkiewicza, Kasi Pióreckiej i Mariana. Jacek był charakterystyczną postacią, trochę zadufaną w sobie - taki cwaniaczek, ale z dobrym sercem. Ta postać została doskonale oddana przez pana Mieczysława Hryniewicza. Kasia twardo stąpała po ziemi, mimo przeciwności walczyła o swoje, wykazała się sprytem i hartem ducha. A Marian...  Marian, wiadomo - miodzik, uśmiech na twarzy i brawurowa jazda samochodem.

- Myślę, że trzeba umieć zagospodarować w sobie miejsce na ułańską fantazję, zdroworozsądkowe myślenie, a w niektórych sytuacjach nawet na to bumelowanie w stylu Jacka Żytkiewicza...

Rozmawiał Łukasz Piątek

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje