Reklama

Podziemie fryzjerskie: Konspiracja z brzytwą i nożyczkami

Usługi fryzjerskie w erze pandemii koronawirusa to branża, która musiała zejść do podziemia /Getty Images

Fryzjerzy do oficjalnej działalności wracają w poniedziałek. Od półtora miesiąca strzygli na pół gwizdka, w domach i na zapleczu zakładów. Nielegalne dochody spadły o połowę. Sprawdziliśmy, jak wygląda praca w ukryciu.

Reklama

- Zakaz wszedł w życie 1 kwietnia, taki prima aprilis. Ale tak naprawdę większość salonów pozamykała się w połowie marca. Zrobiliśmy to przed rządowym rozporządzeniem, solidarnie - mówi Janek, fryzjer ze stolicy. - Narastała społeczna panika, ludzie przestali wychodzić z domów. My też się baliśmy. Zadzwonił do mnie znajomy. Spytał, czy go obetnę. Przyznał, że właśnie wrócił z Włoch, ostatnim samolotem. Odpowiedziałem, że niestety nic z tego. Nikt nie wiedział, jak postępować i jak działa koronawirus - dodaje.

- Najtrudniejszy był pierwszy miesiąc. Rządowe wytyczne były niejasne i wciąż się zmieniały. Wkrótce po oficjalnym zakazie fryzjerzy albo powracali do rodzimych miejscowości, albo rozpoczęli działalność konspiracyjną. U mnie tylko druga opcja wchodziła w rachubę - Carlos jest z Ameryki Południowej. Strzyże się u niego wiele osób znanych z pierwszych stron kolorowych magazynów. Tych magazynów, które się nie zamknęły z powodu odpływu reklamodawców i czytelników...

BHP? Od zawsze przestrzegane


Fryzjerzy szybko sami wypracowali zasady BHP na nielegalu. Zgodnym chórem podkreślają jednak, że bezpieczeństwo i higiena w tym fachu były zachowywane w czasach przed pandemią. - Minister mówi, że pracujemy "twarzą w twarz". Bzdura, w życiu tak nikogo nie obsługiwałam. Fryzjer stoi przecież za klientem. Teraz do standardowych zabezpieczeń doszły maseczka lub przybiłca - zapewnia pani Weronika, fryzjerka z południa kraju.

Reklama

- W salonie mam autoklaw, czyli maszynę do parowo-ciśnieniowej sterylizacji narzędzi. Zawsze stosowałem też jednorazowe pelerynki,  rękawiczki. Po wznowieniu działalności przyjmowałem z osłoniętą buzią, ale tak się nie da przez cały dzień oddychać. Zmieniłem swoje podejście - Krzysiek jako jedyny z naszych rozmówców wciąż przyjmuje "na zakładzie".

- Mam salon w centrum dużego miasta, obsługuję na zapleczu. Klienci wchodzą od tyłu, przez bramę. I u mnie na szczęście tam jest tzw. myjnia fryzjerska. To duże ułatwienie. Tylko raz byłem u klientki w mieszkaniu, myłem jej włosy pod prysznicem. Ciężka sprawa.

Janek zaprasza do domu i znalazł inny sposób na rozwiązanie tego problemu. - Proszę, aby klienci przychodzili z umytymi głowami. W Austrii dozwolone są teraz usługi fryzjerskie bez mycia. Podążam tym tropem. Choć nie do końca rozumiem, z czego wynika takie a nie inne obostrzenie... Tnę w rękawiczkach, reszta rytuału nie uległa zmianie. Nie tnę w milczeniu!

Obrzędy uległy zmianie u Carlosa. - Wizytuję potajemnie, nakładam maskę, a podczas strzyżenia nie rozmawiam. Fryzjer, który przychodzi w ukryciu i nie gada? To jest science-fiction! Widzę strach w oczach klientów zapraszających mnie do swoich domów.  Nie dziwię się, to najczęściej rodziny z dziećmi. A ja jestem osobą z zewnątrz, która ma styczność z innymi osobami z zewnątrz. No i to ja podejmuję ryzyko przemieszczania się po mieście.

Znajomi królika

- Gdyby nie było na nie popytu, nie byłoby podaży naszych usług, to oczywiste - Weronika jest bardzo rzeczowa. I wyjątkowa ostrożna, przez miesiąc ostrzygła raptem kilka osób. Nasi pozostali rozmówcy też się ograniczają, ale do kilku osób dziennie. To połowa przerobu sprzed czasów pandemii. Wszyscy mają stałych klientów. Nowych raczej nie przyjmują, bo się boją. Wytworzył się jednak nowy system weryfikacji i autoryzacji. - W trakcie strzyżenia do klienta zadzwonił kolega. To była rozmowa wideo. Kiedy facet po drugiej stronie zobaczył mnie z nożyczkami, wykrzyknął: "Ja też chcę, proszę!". Pojechałem do niego zaraz potem - uśmiecha się Carlos.

Ale sytuacja nie jest wesoła. - Dzisiaj nic nie zarobiłem, bo klient odwołał spotkanie. Straciłem kolejne pieniądze. Przez parę lat pobytu w Warszawie udało mi się odłożyć tyle, ile... wydałem przez te dwa miesiące przestoju. Rozmawiałem wczoraj ze swoim szefem. Rosjanin. To on opłaca najem salonu. Duża przestrzeń. Wnioski? Po polsku mówicie: masakra - hiszpański akcent Carlosa dodaje dramatyzmu. Rozumie też sytuację "po drugiej stronie".

- Moi klienci również nie mają pieniędzy. Często godzę się na połowę stawki. Ostatnio zadzwonił do mnie przyjaciel. "Hej, mógłbyś mnie ostrzyc za darmo, ładnie proszę? Mam jutro wideorozmowę o pracę, muszę wyglądać jak człowiek. Oddam za parę tygodni". Ostrzygłem, jasne, przecież płyniemy na tej samej łodzi.

Ceny bez zmian

Inni fryzjerzy niechętnie obniżają stawkę. - Cen nie zmieniłem, bo nie muszę. Ludzie są w potrzebie i ciągle dzwonią. Dostałem od państwa pomostówkę, co wystarczyło na opłacenie... czynszu za mieszkanie. Na utrzymaniu mam żonę, też straciła robotę. Strzygę trzy osoby dziennie. Znam je i wiem, że są odpowiedzialne. Wiem, że przestrzegają zasad. Nie chcę się nachapać, po prostu chcę przeżyć - deklaruje Janek.

- Nigdy nie narzekałem na brak klientów, kolejki do mnie są długie. Wciąż nie muszę ich szukać, nic się nie zmieniło. Na ten tydzień nie przyjmuję już zapisów. Ale straciłem grubo ponad połowę zarobków. Nie tylko dlatego, że mniej strzygę, bo nie mogę obsługiwać dwóch osób jednocześnie - kiedyś ciąłem jedną klientkę, gdy druga oczekiwała, aż wyschnie świeżo nałożony kolor. Przede wszystkim straciłem dochody z salonu, którego jestem właścicielem i zatrudniam parę osób. Wciąż zatrudniam, nie chcę zwalniać pracowników. Płacę jednak tylko podstawę wypłaty, odeszła im prowizja z obrotu, bo go nie generują. Czynsz obniżono mi o połowę, owszem. Lecz to połowa z 9 tys zł! - podlicza.

Co od poniedziałku?

18 maja sytuacja wreszcie się unormuje, to wiadomość, na którą czekały dziesiątki tysięcy fryzjerów. Powrócą z miasteczek do miast, wyjdą z domów do zakładów. Z ulgą odsłonią szyldy. Rządowe wytyczne dotyczące higieny prowadzenia działalności nie różnią się od tego, co i tak się działo od dwóch miesięcy. Wizyta powinna być umówiona, poczekalnie nie funkcjonują. Na miejscu zakaz używania (a nawet wyjmowania) telefonów komórkowych, oczywiście maseczki, obsługa w rękawiczkach. Do tego dezynfekcja przestrzeni i sprzętów, wymiana jednorazówek. Nietrudno zgadnąć, że nasi rozmówcy przyjęli informację z ulgą, lecz i złością. Ten okres kosztował ich dużo straconych pieniędzy. I jeszcze więcej stresu...

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje