Reklama

Piotr Pytlakowski: Nie jestem Żydem, jestem Polakiem

Nie jestem polskim Żydem. Jestem Polakiem. Moje przekonanie wynika z poczucia bycia Polakiem. Nie mogę być nikim innym, skoro od lat przeżywam typowo polskie cierpienie - pisze dziennikarz Piotr Pytlakowski w książce "Wspomnienia konduktora wagonów sypialnych" tłumacząc między innymi o tym, jak z 11-letniego antysemity w jedną chwilę stał się "Żydkiem".

Przeczytaj fragment książki dziennikarza Piotra Pytlakowskiego "Wspomnienia konduktora wagonów sypialnych":

Reklama

Dziwne rzeczy pozostają człowiekowi w pamięci. Mieliśmy z Jankiem po 17 lat i, muszę ze wstydem wyznać, nosiło nas trochę. Przyjaźniliśmy się jeszcze od podstawówki. Obaj bruneci, o ciemnej karnacji, czasem nas mylono. Tata Janka, Zbigniew Zagórski, był kiedyś słynnym bokserem. Walczył w wadze średniej, w 1948 r. zdobył tytuł mistrza Polski. Położył na deski samego László Pappa, węgierskiego mistrza i, jak się wtedy mówiło, internacjonała.

Legenda ojca przeszła trochę na syna, Janek też nieźle boksował. Korzystałem trochę z tego odbitego blasku, bo kojarzono mnie z Jankiem i na wszelki wypadek mokotowskie łobuzy nie wchodziły mi w drogę.

Wybraliśmy się z Jankiem na nocną eskapadę po Warszawie. Po co dwóch 17-latków zdobywa nocą miasto? Chodziło rzecz jasna o dziewczyny. Ale w nocy warszawskie dziewczyny były dla nas nie do zdobycia. Nie było nas stać na luksusowe laski z okolic hotelu Bristol, nie mogliśmy nawet zaproponować drinka koleżankom z Europejskiego. Bida z nędzą, jak to się mówi.

Około piątej nad ranem wylądowaliśmy w pobliżu hotelu Polonia. Okolice Polonii nie cieszyły się dobrą sławą, jeżeli chodzi o sprawy męsko-damskie. Hotel okupowały, bez urazy, dziwki najgorszego sortu, dla najmniej wymagających klientów. Doczłapaliśmy z Jasiem w rejon Polonii niejako z obowiązku, aby mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko, co można było uczynić, aby noc została spełniona. Przekonanie, że jesteśmy we właściwym miejscu o właściwym czasie, już bez wątpienia utraciliśmy. Trzymała nas na powierzchni jedynie siła rozpędu i nieuświadomiona determinacja nastolatków, którzy za wszelką cenę chcą przeżyć przygodę.

Przed hotelem przechadzały się dwie panie. Na twarzach miały wymalowane nieszczęście samotnej nocy bez żadnego zarobku. Trudno się dziwić, bo dziewczyny były mocno starszawe, z naszego punktu widzenia wręcz wiekowe, grubo po trzydziestce. Jedna kulała, druga straszyła szczerbatym uśmiechem. Słowem, towary wybrakowane nawet jak na piątą rano. Janek bardziej z obowiązku niż chęci zagadał do nich przyjaźnie. Obejrzały się, omiotły nas wzrokiem i spojrzały po sobie. Szczerbata splunęła fachowo i wycedziła: - Z Arabami nie idziemy!

Tak dopełniła się ta noc, a my z Jankiem w poczuciu kompletnej klęski wróciliśmy do domów. Dopiero później zrozumiałem, że spotkaliśmy k**wy patriotki. Prawdziwe i szczere Polki, które nawet w obliczu plajty nie zmieniły swoich zasad. Z Arabami nie chodzą, i już!

* * *

W Wikipedii znalazłem ostatnio swoje nazwisko w zakładce "Polscy Żydzi". Jestem już w tym wieku, że coraz mniej mnie dziwi, a coraz więcej oburza - teraz było odwrotnie. Zdziwiłem się, ale nie oburzyłem. Piszę po polsku, myślę po polsku, nawet śnię - rzadko, bo rzadko, ale jednak - też po polsku. Nawet jeżeli chciałbym pisać i myśleć po żydowsku albo angielsku, nie da rady. Nie znam obcych języków, a przynajmniej nie znam ich na tyle, żeby posługiwać się nimi biegle. Hebrajskiego i jidysz nie znam w ogóle, chociaż żałuję, bo gdy byłem w Izraelu, nie mogłem czytać tamtejszych gazet i - jak pewien mój przyjaciel fotoreporter - wertowałem je, wyłącznie oglądając zamieszczone tam zdjęcia.

Może wyraziłem się za mało dobitnie. Nie jestem polskim Żydem. Jestem Polakiem. Moje przekonanie wynika z poczucia bycia Polakiem. Nie mogę być nikim innym, skoro od lat przeżywam typowo polskie cierpienie. Polak cierpi, wiem to z wieloletnich obserwacji, z powodu swojej polskości. Nie chce mi się tłumaczyć, na czym polskość i wynikające z niej cierpienie polegają - odsyłam do Słowackiego, Gombrowicza i Pastuszki. Nie wiecie, kim jest Pastuszka? Wiesław Pastuszka, pisarz. Jeszcze go poznacie.

* * *

Chciałem przed laty wyemigrować, zamieszkałem nawet w Wiedniu, ale po kilku miesiącach, podkuliwszy ogon, wróciłem do ojczyzny. A tu niebawem wprowadzono stan wojenny. Czołgi na ulicach, godzina milicyjna, a ja, wstyd powiedzieć, wciąż trwałem w stanie euforii z okazji powrotu. Warszawę kochałem jako ojczyste miasto, a w Wiedniu cierpiałem z tęsknoty.

Mieszkałem tam razem z kilkunastoma rodakami w lokalu składającym się z dość dużego pokoju, kuchni i łazienki. Wieczorami wraz ze współlokatorami popijaliśmy polską wódkę i wszystkich ogarniała nostalgia. Najpierw śpiewaliśmy pieśni legionowe, a wieczory nieodmiennie kończyliśmy Małą błękitną chusteczką. Ostatnia zwrotka brzmiała mniej więcej tak: "Czy tu, czy tam po świecie błądzisz gdzieś sam, a ja po tobie małą chusteczkę, jedną pamiątkę dziś mam". I wtedy zaczynaliśmy łkać. Rzecz jasna intensywność łkania była nierozerwalnie związana z ilością spożytej wcześniej gorzałki.

Rodacy z wiedeńskiego mieszkania tęsknili za Polską, ale jeszcze bardziej tęsknili za wolnym światem. Był rok 1981, a oni szykowali się do skoku za ocean. Jedni do USA, inni do Kanady albo do Australii. Cyklicznie chodzili na interview do ambasad, gdzie odpytywali ich urzędnicy imigracyjni: "Po co? Dlaczego? Co zamierzasz robić w moim kraju? Z czego żyć?". Sąsiedzi z wiedeńskiego mieszkania wiedzieli, jak odpowiadać, by nie stracić szansy na wyjazd. Namawiali mnie, żebym też spróbował szczęścia: "Wiedeń to tylko nic nieznaczący przystanek na trasie. Prawdziwe życie czeka daleko".

Nie spróbowałem. Wiedziałem już, że muszę wrócić do kraju, gdzie były puste półki w sklepach, kilometrowe kolejki po wszystko, gdzie obowiązywała propaganda zamiast informacji i gdzie rządziła komuna szykująca się na ostateczne starcie z Solidarnością. Muszę wrócić, bo tylko tam jest moje miejsce w życiu, moi rodzice, siostra, przyjaciele i dziewczyny, które znałem, w tym - przyszła żona.

Gwoli prawdy jeszcze wtedy nie wiedziałem, że wracam do dziewczyny, z którą za dwa lata się ożenię. Wiedziałem natomiast, że muszę wrócić do mojego mieszkania, na moją ulicę, do mojej dzielnicy i do mojego miasta. Czyli do wszystkiego, co tworzy ojczyznę.

Po kilku latach, a dokładnie w 1987 r., ponownie przyjechałem do Wiednia. Wpadłem zaledwie na miesiąc. Kolega załatwił mi robotę w firmie budowlanej, łaziłem z długą łatą i rozprowadzałem betonową lawę płynącą z wielkiej ciężarówki z obracającą się gruszką. Szef, wiecznie na lekkiej bani, bo od rana popijał szprycery, patrzył na moją robotę, wykrzywiając się pociesznie i komentując zawsze tym samym zdaniem, które brzmiało mniej więcej tak: - Cwaj hundert jare sybirski! Co oznaczało, że skazuje mnie na 200 lat Syberii. Nie wiem, czy znał historię polskich zesłańców, czy też Syberia kojarzyła mu się wyłącznie z łagrami dla niemieckich jeńców z II wojny światowej. Ogólnie był to miły człowiek i za miesiąc pracy zapłacił mi bez zwłoki umówioną stawkę, a to oznaczało, że zarobiłem dokładnie tyle, ile pożyczyłem od ojca i teścia na zakup fiata 126p.

Do powrotu do Polski zostały mi jeszcze trzy dni. Wybrałem się w okolice Arbeitsamtu przy Herbstrasse, licząc, że podłapię jakąś krótkoterminową fuchę. Gastarbeiterzy zza żelaznej kurtyny, Azjaci i Afrykanie stali tam każdego dnia od świtu, czekając na okazję. Ktoś dotknął mojego ramienia. Facet wyglądał elegancko w ciemnym garniturze pod zimowym płaszczem. W ręku trzymał aktówkę. - Nie poznajesz mnie? - spytał.

Trudno było w tym biznesmenie poznać Pawła, współlokatora z sąsiedniej pryczy sprzed sześciu lat. Wybierał się wtedy do RPA, chodził na interview do ambasady i liczył tygodnie do wyjazdu. 13 grudnia zastał go jeszcze w Wiedniu. Natychmiast zaproponowano mu azyl polityczny, prawo stałego pobytu, mieszkanie socjalne, kurs językowy i szkolenie biznesowe oraz pieniądze na rozruch. Zrezygnował z RPA, wziął, co dali, a po pół roku otworzył firmę montującą podsufitki. Zaproponował mi pracę właśnie przy montażu płyt podsufitowych. - To bez sensu - oponowałem. - Mam tylko trzy dni, potem wracam do domu. Przez ten czas nie zdążę się nawet przyuczyć do tej roboty. - Nic nie rozumiesz - odrzekł Paweł. - Biorę cię na te trzy dni. Ja będę montował płyty, a ty będziesz mi opowiadał o Polsce.

I przez trzy pełne dniówki płatne po osiemdziesiąt szylingów za godzinę opowiadałem koledze o ojczyźnie. On tyrał, ja popijałem kawę i na okrągło gadałem. W pewnym momencie wydawało mi się, że ma łzy w oczach. - To nic, zawsze tak mi się robi od tego cholernego pyłu - wyjaśnił.

Wiedziałem jednak, że to nie okruchy tynku zaprószyły mu oczy. Łzawił z tęsknoty, nic wstydliwego.

* * *

Zawsze gdy słucham krzykaczy od patriotyzmu i gamoni od krzewienia polskości, tych speców od badania czystości krwi, wracam pamięcią do dwóch starych dziwek spod Polonii i do emigranta Pawła z Wiednia. I myślę sobie, że te dwie kurwy, chłopak od podsufitek i podpici gastarbeiterzy łkający przy Małej błękitnej chusteczce to esencja polskiego cierpienia. I jeszcze poeta Sydor Rey.

Gdy byłem nastolatkiem, poszedłem z mamą w odwiedziny do jej siostry. Ciotka, redaktorka wydawnictwa Czytelnik, podarowała mi wtedy tomik wierszy Sydora Reya. Nie miałem pojęcia, kim jest autor, ale prezent mi się spodobał, bo książeczka - chociaż cieniutka - była dość ekskluzywna. Przynajmniej tak zareklamowała ją ciocia Irena. Dziełko z własnoręczną dedykacją poety przywiozła z Nowego Jorku. Wydał zbiorek własnym sumptem, w nakładzie 500 egzemplarzy. Byłem naprawdę dumny, że stałem się właścicielem pięćsetnej części całego nakładu tego, jak mi się zdawało, wiekopomnego dzieła.

Ciotka powiedziała, że Sydor Rey jest polskim poetą, który przed wojną wyemigrował do Stanów. Cała jego rodzina, która pozostała w Polsce, wojny nie przeżyła. Rey mieszkał w Nowym Jorku, pracował, nieważne gdzie, a w wolnych chwilach pisał wiersze po polsku i tęsknił za ojczyzną. Niedawno szukałem informacji na jego temat w internecie. Znalazłem króciutki biogram w zakładce "poeci żydowscy".

Z całego tomiku, który zresztą gdzieś mi zaginął, zapamiętałem fragment jednego wiersza:
"Ja nie chcę być historią dziesięciu tysięcy pokoleń,
Przyszedłem na świat, by zaorać maleńkie
matczyne pole,
Za dużo ze mną się stało,
Za dużo za mnie się stało,
Mam jedno maleńkie życie,
Mam jedno maleńkie ciało".

Te kilka linijek wryło mi się w pamięć, bo jako nastolatek utożsamiłem się ze słowami poety. Prawda, że to uniwersalne mo3o? Dzisiaj myślę, że Sydor Rey chciał powiedzieć znacznie więcej, niż wówczas był w stanie pojąć chłopak z Mokotowa, ale i tak wystarczająco dosłownie wyraził nieuświadomiony ból dręczący duszę pryszczatego buntownika bez powodu.

* * *

O tym, że jestem Żydem, dowiedziałem się pewnej niedzieli 1962 r. Tej samej niedzieli dowiedziałem się też, że jestem Polakiem. Miałem wówczas niecałe 11 lat i byłem zapalonym futbolistą. Graliśmy z chłopakami w nogę na szkolnym boisku przy ulicy Wiktorskiej. Graliśmy zresztą nieustannie. W przerwach między lekcjami, po szkole i w każdy wolny od nauki dzień. Tak się złożyło, że na moim podwórku jedyną prawdziwą piłkę, skórzaną i nowiutką, miałem akurat ja. Dostałem ją w prezencie od rodziców. Moja wartość w oczach kumpli natychmiast poszybowała pod niebiosa. Stałem się najbardziej pożądanym obiektem przeróżnych zabiegów. Kolesie podlizywali się, klepali mnie po plecach, nieustannie warowali pod moją klatką schodową.

Tej niedzieli jak zwykle ganialiśmy za piłką. Grało się do utraty tchu, dosłownie. Człowiek dawał z siebie wszystko, rozpierała go ambicja i nie kalkulował, jak zaoszczędzić siły na drugą połowę. Byliśmy pokoleniem, które straciło głowę dla piłki nożnej. Jeden z kolegów stracił nawet więcej niż głowę. Zabiegał się na śmierć. Biegł, biegł i nagle upadł nieprzytomny. Już się nie obudził. Potem dowiedzieliśmy się, że miał ukrytą wadę serca.

Tego dnia przypałętał się niejaki Pawelak, niezależne indywiduum i, jak po latach myślę, dość koszmarny typek. Był nad wiek rozwinięty i rozpierały go chucie, których jeszcze nie rozumieliśmy. Na lekcjach geografii okupował ostatnią ławkę, ręce trzymał pod blatem i obleśnie wpatrując się w plecy koleżanki siedzącej przed nim, poruszał miarowo prawym ramieniem. Ktoś podejrzał, że Pawelak bezczelnie się na lekcjach geografii onanizuje. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, o co chodzi z tym onanizmem, ale domyślałem się, że to czynność zakazana. Pawelak łamał konwenanse bez krzty zażenowania. Dlaczego upodobał sobie lekcje geografii, nie mam pojęcia.

Tamtej niedzieli doszliśmy do kresu możliwości - mecz zakończony, a my leżeliśmy w okolicy bramki, ciężko oddychając, gdy nadszedł Pawelak. Wyczuł, że moment jest odpowiedni, i zaproponował swoją zabawę. Nie była skomplikowana i nawet nam się spodobała. Otaczaliśmy kolegę, pierwszego z brzegu, i krzyczeliśmy, wskazując na niego palcami: - Żydek! Żydek! Żydek! Potem kolega dołączał do pozostałych, a na cel braliśmy następnego. Jeden jedyny Pawelak nie był Żydkiem, bo to on przecież wymyślił zabawę, należały mu się szczególne prawa.

W pewnym momencie na pustej, jak to w niedzielne popołudnie, ulicy Wiktorskiej dostrzegliśmy, a właściwie dostrzegł Pawelak, nieznaną nam starszą kobietę. Szła, lekko utykając, objuczona jakimiś pakunkami. Pawelak pierwszy, a my za nim, dziurą w parkanie okalającym boisko, wysypaliśmy się na ulicę i okrążyliśmy starszą panią. Przyglądała się nam niepewnie, podejrzewała jakiś podstęp, ale nie wiedziała, co zmalujemy, więc na wszelki wypadek uśmiechnęła się nieśmiało. Pawelak wyciągnął w jej kierunku palec wskazujący, zrobiliśmy to samo. Pawelak krzyknął: "Żydówa!", krzyknęliśmy za nim. Staliśmy wokół nieszczęsnej staruszki i skandowaliśmy: "Żydówa, Żydówa!".

Było wesoło i zarazem podniośle. Czuliśmy dumę, że tacy nieustraszeni i zjednoczeni doprowadziliśmy kobietę do płaczu z bezsilności. Do domu wróciłem rozentuzjazmowany. Mama przygotowywała obiad w kuchni, a ja włączyłem telewizor. Puszczali Ostatni etap Wandy Jakubowskiej, film o obozie oświęcimskim. - Mamo, zobacz, Żydków prowadzą! - krzyknąłem, gdy na ekranie pokazano kolumnę więźniów z gwiazdami Dawida na pasiakach. I wtedy po raz pierwszy w życiu i zarazem ostatni dostałem od matki w twarz. Uderzenie było raczej symboliczne, takie plaśnięcie w policzek. Mama wybuchła płaczem, usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Nic nie rozumiałem.

Później rozumiałem jeszcze mniej. Mama powiedziała, że jej rodzice byli Żydami. Mieszkała wraz z nimi w Łodzi, potem wyjechała na studia do Warszawy i tu poznała mojego tatę. Po wybuchu wojny rodzice mamy z łódzkiego getta trafili do warszawskiego. Potem zginęli. Mama nie wiedziała, kiedy i jak stracili życie. Nie wiedziała, jak umarli wszyscy jej krewni poza siostrą. Jak zginęły jej przyjaciółki z dzieciństwa i chłopcy, którzy się w niej kochali albo ona kochała się w nich. Nie wiedziała, gdzie rozpłynął się cały jej świat. Tak dowiedziałem się, że jestem Żydem i gdyby wojna trwała nadal, to maszerowałbym w obozie oświęcimskim z żółtą gwiazdą Dawida przypiętą do kieszeni pasiaka.

Łatwo wyobrazić sobie szok 11-latka, który jeszcze dwie godziny wcześniej był wojującym antysemitą, pastwiącym się wraz z kolegami nad starszą panią, a teraz dowiedział się, że sam jest Żydkiem. Ale potem mama powiedziała, że ona nie jest Żydówką, uważa siebie za Polkę i do tego patriotkę, więc ja też jestem Polakiem. W ten sposób po krótkotrwałej zmianie narodowości wróciłem na łono ojczyzny. Trudno powiedzieć, czy wywołało to moją euforię. W zasadzie było mi wtedy obojętne, czy być Żydem, czy Polakiem. Na pewno jednak przestałem być antysemitą. Pawelaka zaś szczerze znienawidziłem.

Fragment książki dziennikarza śledczego "Polityki" Piotra Pytlakowskiego "Wspomnienia konduktora wagonów sypialnych". Premiera: 15 lutego. Wydawnictwo Czerwone i Czarne.

"Opowieść biograficzna o dorastaniu w czasach PRL. O tym, jak zagubiony dzieciak zmienia się w zagubionego nastolatka, a zagubiony nastolatek wchodzi w wiek męski, trochę dorośleje, ale nadal jest zagubiony. To nic, że nie byliśmy, jak autor, konduktorami wagonów sypialnych, to nic, że mieliśmy innych przyjaciół, inne przygody, inne miłości. Ale wszyscy byliśmy kiedyś młodzi. A młodość ma uniwersalny smak, zapach i kolor- to wszystko znajdziecie w tej książce" - pisze autor.

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje