Reklama

Nie kręci ze wszystkimi

- Nie trzeba pokazywać tyłka, by sprzedać muzykę. Sfilmowanie kilku wyginających się lal jest pójściem na łatwiznę. Przy pracy nad teledyskiem najważniejszy jest pomysł - mówi Jacek Kościuszko, reżyser, operator, twórca teledysków.

Magdalena Tyrała, INTERIA.PL: Tatiana Okupnik, Goya, Kashmir, Kult, Ewa Bem, Lidia Kopania, Bajm, Piotr Rubik, Mika Urbaniak, Dziewczyny, Chylińska - to tylko niektórzy wykonawcy, dla których nakręciłeś teledyski. Duże skrajności muzyczne. Czy to oznacza, że jesteś w stanie kręcić ze wszystkimi i do wszystkiego?

Reklama

Jacek Kościuszko, reżyser, operator, twórca teledysków: - Nie. Mam swoją wrażliwość muzyczną.

Zwłaszcza, że sam jesteś muzykiem. Twoje upodobania muzyczne przeszkadzają ci w pracy?

- Nie dla wszystkich jestem w stanie zrobić teledysk. Nie współpracuję, jeżeli w danej muzyce nie znajduję chociażby haczyka. Nie mówię już o tym, czy mi się coś podoba, czy nie. Tak naprawdę niewiele rzeczy, które obecnie znajdują się na rynku, daję radę słuchać. Ale jako, że realizowanie obrazów do muzyki jest moją, przynajmniej tymczasową, pracą, muszę się jakoś na to godzić. I w sumie nie jest to aż tak trudne, bo tak naprawdę w każdej muzyce jestem w stanie znaleźć coś ciekawego.

Kiedy odpuszczasz?

- Kiedy słyszę totalną szmirę. Zazwyczaj są to numery, które stają się przebojami (śmiech), ale niestety, nie inspirują mnie w żaden sposób.

Dodzie byś odmówił?

- Nie kupuję tej pani, stronię od niej.

Jak zdobywasz zlecenia?

- Na szczęście na ogół nie muszę sam się o nie starać. Dzwonią wytwórnie, menadżerowie czy sami artyści. W dalszej kolejności wysyłają mi utwór.

Dostajesz utwór, podejmujesz decyzję czy bierzesz zlecenie i co dalej? Spotykacie się i proponujesz swoją wizję teledysku, realizujesz czyjąś czy tworzycie wspólną?

- Różnie to bywa, ale najczęściej ja muszę wymyślać coś od początku do końca. Często dają mi zupełnie wolną rękę. Ale zdarza się i tak, że artysta dokładnie wie, czego chce i wtedy ja szukam możliwości dopasowania się do jego koncepcji. Zupełnie inna rozmowa jest, gdy artysta jest świadomy siebie, swojej muzyki, a inna, z nowymi osobami na rynku muzycznym.

Czyli zasadniczo nie cierpisz z powodu ograniczania ci swobody twórczej?

- Fakt, mam dużo swobody twórczej z jednej strony, ale z drugiej, znacznie ogranicza mnie budżet teledysku. Dostaję utwór do przesłuchania, a wraz z nim ramy budżetowe, które wszystkich twórców klipów w Polsce bardzo ograniczają. Robienie teledysków w naszym kraju, a robienie ich na Zachodzie jest totalnie nieporównywalne.

To jaki jest, średnio, budżet na polski teledysk?

- Takim średnim budżetem jest 20 tys. złotych. Oczywiście, mówię tu o kwocie, jaką na klip przeznacza raczej znana w Polsce gwiazda, niż debiutant.

Doda, z tego co wiem, na ostatni teledysk wydała 200 tys. złotych.

- 200 tysięcy złotych to w naszym kraju są naprawdę wyżyny. Gdybyśmy przeskalowali rangę Dody na rynek zachodni, to ten sam teledysk mógłby tam kosztować minimum 2 miliony dolarów, jeśli nie nawet z 20 milionów.

Czy wysokość budżetu przekłada się w zdecydowany sposób na jakość polskiego klipu, kiedy - okiem fachowca - porównujesz efekty pracy polskich i zachodnich twórców? Czy nawet przy niedużym budżecie da się zrobić ciekawy obraz?

- Da się zrobić. Myślę, że wiele zależy od sprytu i umiejętności ogarnięcia tematu, bo są polskie produkcje, które przewyższają te kasowe, realizowane w Stanach Zjednoczonych. A są robione za grosze.

To czym przewyższają?

- Pomysłem. Dużo jest teledysków o niczym, o tym samym, o samochodach i laskach. Na pewno zachodni twórcy na planie mają większy komfort, świetny sprzęt, mogą pozwolić sobie na to, by robić klip powoli, a nie jak u nas, często w jeden dzień. Komfort pracy na pewno jest różny.

A propos tych lasek. Oglądałam twoje teledyski i stwierdzam, że nie są one przesycone kobiecą seksualnością, no może poza kilkoma wyjątkami, do których wrócę. Czy to oznacza, że nie lubisz takiej konwencji w swoich klipach? Bo, że potrafisz zrobić taki teledysk widać chociażby w "Nie mogę cię zapomnieć" Agnieszki Chylińskiej. Czy może po prostu seksualność już się nie sprzedaje? Kilka dni temu w Interii tematem specjalnym był tekst "Koniec ery kusicielek". Wynika z niego, że obecnie pokazywanie kobiecej seksualności w klipach promujących płytę wcale nie idzie w parze z jej wysoką sprzedażą. I jest to tendencja całego rynku zachodnioeuropejskiego.

- Nigdy dłużej się nad tym nie zastanawiałem. Ja się w tym zwyczajnie nie czuję, nie lubię tego. Zresztą od zawsze było tego dużo na rynku. Uważam, że nie trzeba pokazywać tyłka, by sprzedać muzykę. Sfilmowanie kilku wyginających się lal jest pójściem na łatwiznę.

- Nie wiem jak to działa na odbiorcę, ale wiem, że mnie ten kierunek w ogóle nie kręci, więc i nie podejmuje się za bardzo robienia takich klipów.

Ale zauważasz taki trend? Doda wywala masę kasy na teledyski, tymczasem świetnie sprzedają się płyty Nosowskiej, skromnej babki ze świetnym głosem.

- Ok, ale to jest już kwestia muzyki, jaką te dwie panie robią. Doda jest popkulturowa, więc takie jej teledyski nie dziwią. A czy ktoś wyobraża sobie wijącą się w erotycznym tańcu kobietę w teledysku Nosowskiej? Nie, no można by było sobie to wyobrazić, ale z pewnością miałoby to duże walory artystyczne i było zasadne. Niestety, często pojawiają się teledyski, gdzie nie ma tej zasadności, a mimo to te dziewczyny się wyginają.

Co jest obecnie modne w teledyskach? Są jakieś ogólne trendy czy to jest kwestia tylko i wyłącznie niestandardowego, nowego pomysłu?

- Pomysłowość ceniona jest od zawsze. Pomysł w klipie jest często ważniejszy od artysty. Teledysk musi zapadać w pamięć. To on reklamuje muzykę, ilustruje ją, więc jest promocją wykonawcy.

Wijąca się w erotycznym tańcu Agnieszka Chylińska w "Nie mogę cię zapomnieć". Zrobiłeś naładowany seksualnością, acz subtelny klip. Czy było zasadne wykorzystanie takiej konwencji?

- Agnieszka tak odczuwała ten kawałek. Ona wyszła z taką inicjatywą. To była jej potrzeba, więc była i zasadność.

Częściej jesteś reżyserem czy operatorem?

- Najczęściej łączę obie funkcje.

Jak wygląda współpraca przy takim teledysku? Pytam się o to, co dzieje się między operatorem, reżyserem, a artystką? Czy trudno jest przełamać obojgu wstyd w takiej sytuacji, czy on przy współpracy profesjonalistów się w ogóle nie pojawia?

- Ważne jest, by się nawzajem poznać i jak najszybciej zrozumieć, z kim ma się do czynienia. Zobaczyć, na ile artystka jest w stanie się otworzyć, czy jest świadoma swojej seksualności.

Agnieszki Chylińskiej raczej z jakąś nadmierną kobiecością nigdy wcześniej nie kojarzono. Ty pokazałeś, że potrafi być kobieca.

- Przyznam, że to było wyzwanie, ale Agnieszka bardzo mi ułatwiała, bo doskonale wiedziała czego chce. Ona wyszła z inicjatywą teledysku tańczonego i, kiedy to usłyszałem, zastanawiałem się czy z Agnieszką taki klip jest w ogóle możliwy do zrealizowania.

No, ale się udało, bo ten teledysk zmienił jej wizerunek z babochłopa w fajną kobietę.

- Właśnie przez ten jej poprzedni wizerunek zastanawiałem się czy w ogóle da się to z nią zrobić. Wcześniej nie miałem przyjemności poznać Agnieszki osobiście. Znałem ją, jak wszyscy, z koncertów, teledysków i telewizji. Okazała się fajną, ciepłą babką, która nie boi się niczego. Na pewno podczas kręcenia klipu pojawiła się między nami twórcza chemia. A to ważne, szczególnie w takim przedsięwzięciu.

- Jednak to, że wyglądała w nim tak, a nie inaczej, było przede wszystkim kwestią dobrego montażu. Agnieszka się tam trochę rusza, ale może nie do końca można to nazwać tańcem. Dlatego trzeba było ten teledysk bardzo sprytnie zmontować. Odbiorcy, którzy znają się na tańcu, dostrzegają w jej wykonaniu techniczne braki i doceniają montaż. Ale tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi, żeby kogoś oszukać. Agnieszka chciała pokazać swoją kobiecość i pozytywny stan ducha, w którym się znalazła i mam nadzieję, że się udało.

Trudno jest mężczyźnie heteroseksualnemu stać za kamerą w takiej sytuacji?

- Jak wcześniej zauważyłaś, nie mam za wiele takich teledysków na swoim koncie, więc nie mam też i za dużo tego typu doświadczeń. Tak jak mówiłem, Agnieszka wyszła z taką inicjatywą i ja się tego podjąłem. Na szczęście nie było między nami żadnego skrępowania. Obydwoje podeszliśmy do tego, jak profesjonaliści, którzy muszą wykonać swoją pracę.

Czy jako reżyser instruowałeś Agnieszkę, jak ma się ustawić, jaki wykonać gest?

- Oczywiście, robiliśmy z operatorem ujęcia, które później z Agnieszką wspólnie odtwarzaliśmy i komentowaliśmy. Okiem reżysera wskazywałem na fajne momenty, by je wzmacniać przy kolejnym ujęciu.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Się kręci! | gwiazdy | reżyseria | film | muzyka | teledyski | operator

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje