Reklama

Między wojną a kryzysem

Mieszkańcy Libanu z trudem budują zewnętrzną niezależność oraz jedność narodową.

Liban przeszedł długą oraz bolesną drogę od czasów krwawej wojny domowej (1975-1990) do nieźle prosperującej gospodarki i jedynej arabskiej demokracji (opartej jednak na podziałach wyznaniowych). Pamięć o bratobójczych walkach wciąż jest żywa wśród mieszkańców górzystej krainy cedrów.

Nawet 3 tys. ofiar

Wojnę pamiętają także uchodźcy palestyńscy, którzy w Libanie do dziś nie mają łatwego życia. Niedawno minęła 29. rocznica masakry w obozach Sabra i Szatila pod Bejrutem. 16-18 września 1982 roku, przy technicznym wsparciu izraelskiego wojska, chrześcijańskie bojówki (falangi) dopuściły się zbrodni na mieszkańcach obozów. Palestyńczyków oskarżano o zabójstwo nowego, proizraelskiego prezydenta Libanu - maronity Beszira Dżemajela. Zginęło od siedmiuset do ponad trzech tysięcy osób (nie ustalono dokładnej liczby ofiar).

Reklama

Kilkunastoletnia wojna domowa zakończyła się dwie dekady temu, jednak do dziś budzi emocje zarówno wśród Palestyńczyków, jak i Libańczyków, którzy podzieleni wyznaniowo i klanowo walczyli niezwykle zajadle. Zginęło około 200 tysięcy osób, okaleczonych zostało przynajmniej pięć razy tyle, kilkaset tysięcy uciekło z domów. Rany nie zabliźniły się jeszcze, choć zrobiono wiele, aby odbudować zrujnowany kraj. Włączyła się w to Arabia Saudyjska. Wspomogła libańskich sunnitów, którym konstytucja zapewnia stanowisko premiera.

Powrót do ojczyzny

Dopiero w XXI wieku Libańczycy pokazali, że potrafią zjednoczyć się w walce o wspólny cel. Kiedy w 2005 roku zginął ich premier - prosaudyjski Rafiq Hariri (o zabójstwo oskarżana jest Syria) - setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, domagając się zakończenia Pax Syriana. Po wojnie domowej bowiem wojska syryjskie pozostały we wschodniej części kraju. Nie tylko kontrolowały władze w Bejrucie, lecz także czerpały ekonomiczne profity. Po cedrowej rewolucji Syryjczycy musieli się wycofać, choć nadal uważają Liban za część tak zwanej Wielkiej Syrii.

Kilka lat wcześniej z południowych rubieży kraju cedrów ewakuowały się wojska izraelskie. Ich wieloletnia obecność także była spadkiem po wojnie. Izraelczycy chcieli pozbyć się z południowego Libanu Palestyńczyków, a potem szyickich (wspieranych przez Iran i Syrię) bojówek Hezbollahu oraz Amalu. Pomagała im w tym (składająca się z dwóch brygad - wschodniej i zachodniej) Armia Południowego Libanu, która rozpadła się po 2000 roku, gdy straciła izraelskie wsparcie. Wielu żołnierzy oraz członków ich rodzin odeszło wraz z Izraelczykami. Dopiero na początku listopada 2011 roku libański parlament wydał decyzję regulującą ich powrót do ojczyzny. Wcześniej groził im sąd. Dziś władze gwarantują, że ci, którzy z państwem żydowskim bezpośrednio nie kolaborowali, mogą powrócić.

Rezolucja numer 1701

Na opuszczone tereny znów wkroczyły szyickie brygady paramilitarne, co było pretekstem do inwazji Izraela na Liban w 2006 roku. Trwała ona nieco ponad miesiąc i kosztowała życie blisko 1,7 tysiąca Libańczyków (1,2 tysiąca to cywile) oraz 160 Izraelczyków (44 cywilów). Konflikt, zwany drugą wojną libańską, zakończono dzięki rezolucji Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych (numer 1701) wzywającej do rozbrojenia Hezbollahu i wycofania izraelskich sił obrony.

Oprócz tego, że były ofiary w ludziach, znaczna liczba rannych oraz uchodźców, izraelskie wojska dokonały olbrzymich zniszczeń w libańskiej infrastrukturze, a bomby kasetowe jeszcze długo zagrażały mieszkańcom terenów objętych działaniami wojennymi.

Masakra w Kanie

Ponurym epizodem wojny było wydarzenie nazwane masakrą w Kanie. Do ataku na budynek mieszkalny doszło 30 lipca. Zginęło 30 osób, w tym kilkanaścioro dzieci. Izraelczycy przeprosili za pomyłkę, jednak winę zrzucili na Hezbollah, który z Kany ostrzeliwał żydowskie terytoria. Ówczesny premier libańskiego rządu Fuad Siniora potępił atak, odwołał wizytę Condoleezzy Rice i podziękował Hezbollahowi za stawianie oporu napastnikowi.

O ile inwazję usprawiedliwia intensywność, z jaką Hezbollah atakował w owym czasie terytorium Izraela, o tyle bierna postawa libańskiej armii wzbudziła wśród Libańczyków konsternację. Podobnie jak podczas wcześniejszych wojen, również i tym razem obywatele kraju cedrów (głównie mieszkańcy południa) nie mogli liczyć na ochronę, jakiej powinno im udzielić wojsko w momencie ataku ze strony nieprzyjaciela.

Dla Amerykanów (ogarniętych obsesją wojny z terroryzmem) najważniejsze było prawo Izraela do obrony przed rakietowymi ostrzałami z terenu Libanu. Dla Libańczyków był to jednak kolejny dowód, że silny może więcej, i nikt im nie pomoże w wypadku obcej agresji. Niezamierzonym skutkiem izraelskiej inwazji był wzrost politycznego znaczenia Hezbollahu oraz wzmożone wysiłki na rzecz budowy jedności narodowej. Działacze tego ugrupowania (mimo że sami sprowokowali atak sąsiada) umocnili pozycję na salonach - jako przedstawiciele jedynej siły będącej w stanie stawić opór agresorowi.

Strumień Przyszłości

Libańską scenę polityczną tworzą dwie wielkie koalicje, które wykształciły się podczas cedrowej rewolucji. Prosyryjski i proirański Sojusz 8 Marca tworzą Hezbollah, Amal, Wolny Ruch Patriotyczny (cieszący się poparciem wielu chrześcijan) oraz wiele mniejszych ugrupowań. Dziś podziały religijne są tu słabsze niż kilka dekad temu. Główną osią konfliktu stają się poglądy polityczne i różnice personalne, które sprawiają, że niektórzy chrześcijanie i szyici stają naprzeciwko sunnitów i chrześcijan z opozycyjnego Sojuszu 14 Marca (prosaudyjskiego i prozachodniego). W jego skład wchodzą świecki, nacjonalistyczny i prokapitalistyczny Strumień Przyszłości (kierowany przez Saada Haririego), jak również inne partie i środowiska, szczególnie maronickie.

Drugi z wymienionych bloków rządził Libanem w czasie wojny w 2006 roku. Kilka miesięcy po niej wybuchł poważny kryzys. Lider Hezbollahu Hassan Nasrallah coraz ostrzej krytykował premiera, z czym zgadzała się większość Libańczyków. Sojusz 8 Marca domagał się udziału w rządzie jedności narodowej, którego utworzenie popierała spora część społeczeństwa. Nastał czas demonstracji poparcia dla Hezbollahu oraz sprzeciwu wobec gabinetu, który nie chciał dzielić się władzą i forsował przeprowadzenie śledztwa w sprawie zabójstwa Rafiqa Haririego.

Zażegnany konflikt

Impas przerodził się w poważny konflikt, którego eskalacja nastąpiła na początku maja 2008 roku, gdy rząd uznał za nielegalną prywatną sieć telefoniczną Hezbollahu. Liban znów stanął na krawędzi wojny domowej. Na ulice Bejrutu wyszło wojsko oraz bojownicy Nasrallaha. Zginęło około sześćdziesięciu osób. Konflikt zażegnano tylko dlatego, że armia (w której skład wchodzą przedstawiciele różnych wyznań) wstrzymała się od wymiany ognia z Hezbollahem, co skłoniło jej lidera do wydania decyzji, iż jego ludzie przestaną występować w stolicy z bronią w ręku.

Kryzys uznano za zakończony dopiero pod koniec maja. Wówczas podpisano w Ad-Dauha (stolicy Kataru) kruche porozumienie, w którym zawarto postulaty ruchu 8 Marca dotyczące zmiany prawa wyborczego, a także decyzję o powołaniu rządu jedności narodowej. W jego skład weszło jedenastu członków opozycji, w tym dwie osoby związane z Hezbollahem. Wybrano też nowego prezydenta. Został nim urzędujący do dzisiaj generał Michel Sulaiman (zgodnie z konstytucją - maronita), dotychczasowy dowódca libańskich sił zbrojnych.

Wiatr w żagle

Kolejne i ostatnie, jak do tej pory, parlamentarne wybory odbyły się w czerwcu 2009 roku. Także tym razem wygrał Ruch 14 Marca z Saadem Haririm na czele. Lider Strumienia Przyszłości został premierem nowego gabinetu. Rząd przetrwał nieco ponad rok, po czym doszło do kolejnego przesilenia. W styczniu 2011 roku do dymisji podało się kilku prezydenckich i opozycyjnych ministrów (związanych z Hezbollahem oskarżanym o udział w zabójstwie Rafiqa Haririego), co skutkowało gwałtownymi protestami, które miejscami przerodziły się w walki.

Kolejne kilka miesięcy upłynęło na politycznych przepychankach, po czym w lipcu został zaprzysiężony nowy gabinet. Tekę premiera objął (wspierany przez Hezbollah i prezydenta) biznesmen Nadżib Mikati, nietypowy sunnita, gdyż bliżej mu do alawickiej Syrii i szyickiego Iranu niż sunnickiej Arabii Saudyjskiej. Do rządu weszli przedstawiciele opozycji: członkowie Ruchu 8 Marca oraz ludzie związani z premierem. W dniu, gdy głosowano nad wotum zaufania, w parlamencie nie pojawił się - obawiający się o swoje bezpieczeństwo - Saad Hariri. Nowy rząd jest bardziej antyizraelski niż poprzedni gabinet. Dzięki temu Hezbollah poczuł wiatr w żaglach i otwarcie grozi Izraelowi. Czyżby Liban czekała kolejna izraelska inwazja?

Michał Lipa

Autor jest doktorantem na Wydziale Studiów międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Zajmuje się systemami politycznymi, stosunkami międzynarodowymi oraz procesami społeczno-gospodarczymi na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Publicysta portalu mojeopinie.pl.

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Polska Zbrojna

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: mieszkańcy | kryzys | liban | społeczeństwo | wojna | Izrael

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje