Reklama

"Master Blaster" - legendarny trener mistrzów

Był wielkim autorytetem w świecie sportu. Popularyzował aktywny tryb życia, nazywali go ojcem chrzestnym kulturystyki i fitnessu. Wypromował Arnolda Schwarzeneggera i opracował serię najpopularniejszych ćwiczeń na mięśnie brzucha. Zmarł w wieku 93 lat w Los Angeles na atak serca.

Wieści o śmierci Joe Weidera obiegły lotem błyskawicy cały świat. "Nie żyje twórca szóstki Weidera", "Zmarł ten, który stworzył Arnolda Schwarzeneggera", "Odszedł Master Blaster, trener mistrzów" - krzyczały nagłówki gazet i serwisów internetowych. Choć na co dzień Joe Weider nie był postacią rozchwytywaną przez media, jego nazwisko wymawiano codziennie od lat w tysiącach sal treningowych świata.

Już ponad pół wieku minęło bowiem od momentu, gdy urodzony w Montrealu syn żydowskich emigrantów z Polski opracował uniwersalny system ćwiczeń mięśni brzucha. Nazywany w skrócie A6W - Szóstką Weidera (Athletic Weider's Six) plan jest uniwersalnym sposobem na przeprowadzenie kompleksowego treningu, bez konieczności używania wyspecjalizowanych przyrządów.

Szóstkę Weidera mógł wykonać każdy, nawet w domowym zaciszu. Trening obejmował sześć tygodni i przeznaczony był raczej dla amatorów, choć jego skuteczność potwierdzali również zawodowcy. Między innymi Arnold Schwarzenegger, nazywany czasem przyrodnim synem Joe Weidera.

Nie jest tajemnicą, że to właśnie Joe ściągnął Arnolda do Stanów Zjednoczonych we wczesnym etapie jego kariery. To on trenował go, a także pomógł zdobyć pierwszą rolę filmową w "Herkulesie w Nowym Jorku" z 1969 roku. Film arcydziełem nie był, krytycy zmieszali go z błotem, ale stanowił ważny punkt zwrotny w karierze "Arniego".

"Joe nie tylko inspirował moje młodzieńcze marzenia. On sprawiał, że się spełniły w dniu, kiedy zaprosił mnie do Ameryki, żebym tam kontynuował karierę kulturysty. Nigdy nie zapomnę jego hojności. To była jedna z jego najpiękniejszych cech i nie mówię tu o pieniądzach. On potrafił poświęcić mi czas, był dla mnie jak ojciec" - przyznał Schwarzenegger.

Reklama

Weider doskonale wiedział, że nawet największy talent sam się nie obroni, jeśli nie będzie poparty pracą i odrobiną szczęścia. Sam był kulturystą i zdawał sobie sprawę z tego, ile potu i wyrzeczeń potrzeba, aby osiągnąć wyznaczone cele. Dlatego, gdy już skończył karierę sportowca, pomagał innym. Traktował wszystkich z takim samym szacunkiem. Nieważne, czy rozmawiał z roznosicielem gazet, czy prezydentem USA. Powtarzał, że najszczęśliwsi są nie najbogatsi, najmądrzejsi i najpiękniejsi, lecz ci, którzy mają otwarte serce na pomoc innym.

Historia sportowej kariery Joe rozpoczyna się, jak typowy scenariusz filmu. W latach szkolnych Weider był chudym, niepozornym chłopcem, którego dręczyli więksi rówieśnicy. Po tym, jak któryś z nich przewrócił go i sypnął piachem w oczy, mały Joe powiedział sobie "dość"! Postanowił zapisać się do drużyny zapaśniczej, ale nie został przyjęty. Trener obawiał się, że któryś z zawodników zrobi chłopcu krzywdę.

I to jednak go nie załamało. Mały Joe zainspirowany lekturą magazynów dla sportowców postanowił działać na własną rękę. Z części znalezionych na kolejowym złomowisku zbudował sobie sztangi i ciężary. Rozpoczął ćwiczenia w domowym zaciszu. Wkrótce treningi przyniosły efekty i Joe Weider został zaproszony do klubu ciężarowców.

"Gdy zobaczyłem salę ćwiczeń, tych wszystkich ćwiczących, pomagających sobie nawzajem, byłem w szoku. Ten widok mnie zahipnotyzował" - przyznał po latach. W klubie rozwinął swój talent i zaczął ćwiczyć jeszcze więcej. W wieku 17 lat wygrał swój pierwszy konkurs dla kulturystów, a wkrótce po tym zaczął wydawać czasopismo "Your Physique". 



Początki w roli dziennikarza i wydawcy także nie były łatwe. Był rok 1936, a nastoletni Joe niczym mesjasz przemierzał ulice Montrealu, próbując bez większego powodzenia sprzedawać pierwsze egzemplarze swojego magazynu. Należy pamiętać, że wówczas kulturystyka nie była czymś tak powszechnie znanym jak dziś. Wówczas traktowano ją niemal jak pornografię, a napinających swe muskuły atletów nazywano niemoralnymi narcyzami, czy dewiantami.

To, co wielu by zniechęciło, Joe tylko nakręcało do pracy. On był wizjonerem i wierzył w misję, którą miał do spełnienia. Jego celem nie było chwalenie się rozbudowanymi mięśniami i pięknym ciałem. Weider chciał przekonać ludzi, że od powszechnej katastrofy zdrowotnej uchroni ich tylko zdrowy tryb życia i właściwe odżywianie. 

Po kilkunastu latach ćwiczeń Joe nie musiał już opierać się na wiedzy ekspertów. Samodzielnie zaczął opracowywanie planów treningowych i poszczególnych ćwiczeń. W 1953 roku zmienił nazwę swojego czasopisma z "Your Physique" na "Muscle Builder". Opuścił także Kanadę i przeprowadził się do USA. Zamieszkał najpierw w New Jersey, a następnie przeniósł się do Kaliforni. Trafił idealnie - na początku lat 60. królowali tam surferzy i powstawał się kult pięknego, zadbanego ciała. To właśnie wtedy odrodziła się owiana wcześniej złą sławą "Muscle Beach".

Joe nigdy nie poprzestawał na tym, co ma. Nieustannie parł do przodu, przy okazji odkrywając w sobie nowe talenty. Gdy jego kariera nabrała rozpędu, okazało się, że jest nie tylko świetnym sportowcem i trenerem. On sprawdził się także jako wynalazca, przedsiębiorca, czy istny geniusz marketingowy. Umiał zjednywać sobie ludzi, a niemal wszystko, czego dotknął, obracał w sukces.

To właśnie Joe, wraz ze swoim młodszym bratem, Benem założył międzynarodową federację kulturystów. To Joe nauczył Amerykę, jak promować zdrowy styl życia i zarabiać na tym świetne pieniądze. To Joe odmieniał mentalność i podejście do aktywności fizycznej kilku pokoleń Amerykanów.

"Niee, robisz wszystko źle. Ale czekaj, pokażę ci, jak to się robi" - te słowa wypowiadane ze śmiesznym dla Amerykanów francuskim akcentem wiele razy słyszeli ci, którzy mieli okazję pracować z Joe. I słuchali go, bo wiedzieli, że warto. Właściwie każdy podopieczny Weidera zmieniał swe życie na lepsze. Spod jego trenerskiej dłoni wyszło wielu mistrzów kulturystyki, a co ważniejsze - jego metody pomogły i nadal pomagają tysiącom (milionom?) entuzjastów sportu na całym świecie.

Joe odszedł w wieku 93 lat. Zmarł nagle na atak serca w swoim domu z Los Angeles. Spośród tysięcy kondolencji, jakie można odnaleźć w Internecie, zauważyliśmy jedne, które pewnie spodobałyby się jemu samemu.

"Niech cię Bóg błogosławi Joe. Nadszedł czas, żeby w niebie zadbać o formę aniołów".



INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje