Reklama

Czeska kultura jest jak antydepresant

- Myślę, że zwłaszcza młode pokolenie ma dość naszego smędzenia, powagi i napuszenia. Kultura czeska im to gwarantuje - uważa reportażysta Mariusz Szczygieł, który zyskał w Polsce miano największego czechofila.

Mariusz Szczygieł (urodzony 5 września 1966 r. w Złotoryi) karierę dziennikarską zaczął w tygodniku "Na Przełaj". Następnie pracował w "Gazecie Wyborczej", z którą (z małymi przerwami) jest związany do dziś. Pełnił m.in. rolę kierownika reporterskiego dodatku "Duży Format" oraz zastępcy kierownika działu reportażu tego dziennika. W latach 1995 - 2001 prowadził w Telewizji Polsat show "Na każdy temat". Jeden z założycieli Fundacji Instytut Reportażu oraz działających w jej ramach Polskiej Szkoły Reportażu i księgarni Wrzenie świata. Autor takich książek reporterskich jak: "Niedziela, która zdarzyła się w środę", "Gottland" czy "Zrób sobie raj". Ta ostatnia od niedawna jest wystawiana na deskach warszawskiego Teatru Studio. Teatralnej interpretacji "Zrób sobie raj" podjęły się reżyserki Kasia Adamik i Olga Chajas.

Reklama

Jagoda Mytych, PAP: Reportaże o współczesnych Czechach z tomu "Zrób sobie raj" zadebiutowały w formie sztuki w Teatrze Studio. Włączył się pan w przygotowania spektaklu?

Mariusz Szczygieł: - W ogóle się nie wtrącałem. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego - ale nie w sensie, że chcę się odciąć. Gdybym był autorem sztuki teatralnej, to mógłbym się wtrącać, ale ja napisałem tylko książkę, którą reżyserki Kasia Adamik i Olga Chajas wzięły sobie na warsztat. One są jak takie DJ-ki, samplerki, czyli mają materiał, do którego dodają pewne elementy. Wydaje mi się, że byłbym zbyt pyszny i głupi, gdybym się do tego wtrącał. To ludzie teatru, a ja jestem reporterem. Niech teatr się zajmuje teatrem, a reporter reportażem.

Czy "Zrób sobie raj" nadaje się na scenę?

- Na pewno nie było łatwo przenieść te teksty na scenę. "Zrób sobie raj" nie jest książką jednolitą jak wcześniejsza "Gottland". Nie są to tylko reportaże czy opowiadania prawdziwe o Czechach. Zawarłem w niej wiele gatunków: felieton, artykuł prasowy, wywiad, próbę eseju, a nawet rodzaj pamiętnika. Przeniesienie tego do teatru jest dużym wyzwaniem.

Niedługo na scenę ma trafić także "Niedziela, która zdarzyła się w środę".

- Ten zbiór wziął na warsztat Teatr Ludowy z Krakowa. Wyraziłem zgodę. Ma to być taki większy fresk o przechodzeniu z komunizmu do kapitalizmu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Pana teksty wystawiali w teatrze także Czesi.

- W Czechach dwóch adaptacji teatralnych doczekał się "Gottland". Raz wystawiany był w Teatrze Narodowym Śląska i Moraw w Ostrawie, a drugi spektakl grano w Pradze w Teatrze im. Szwandy. Też się nie wtrącałem w pracę reżyserów, choć bardzo mnie namawiali żebym przyjechał i ich kontrolował. Oba spektakle - choć inspirowane moją książką - są zupełnie różne. Reżyserzy bardzo dużo dodali od siebie. "Gottland" praski dzieje się na Facebooku. Przeniesiono tam całą akcję. Za aktorami jest wielki ekran, na którym komentowane jest wszystko, co się dzieje na scenie. Gdy jeden z bohaterów umiera, pojawia się napis "użytkownik definitywnie offline". Byłem bardzo zaskoczony.

W Polsce został pan okrzyknięty etatowym czechofilem, a w Czechach, czy jest pan ambasadorem polskiej kultury?

- Czesi są bardzo zapatrzeni w Niemców i Amerykanów. Polacy za bardzo im nie imponują. Nie znają zbyt dobrze polskiej literatury. Dużo wydają Gombrowicza, jednak sprzedaje się w nakładzie 1-2 tys. Ale faktycznie są nim zachwyceni - ma tam świetne recenzje. Jest dla nich zaskoczeniem. Nie spodziewali się, że polski pisarz może tak pisać, czyli bez zadęcia i patosu. Co cieszy mnie nawet bardziej Czesi zainteresowali się ostatnio polskim reportażem. Mówią na mnie "pane spisovatel", czyli "panie pisarzu". Ja jestem bardziej reporterem niż pisarzem - nie uważam się za pisarza, ale dla nich zaskoczeniem są moje reportaże. Ciągle mnie pytają, co to za forma. Czy to dziennikarstwo, czy opowiadania. Odpowiadam, że w Polsce nazywa się to reportażem literackim i okazuje się, że w Czechach takiej formy nie mają. Przez kilka lat starałem się więc ten polski reportaż tam promować i już wiem, że w tym roku wyjdzie w Czechach jedna książka Pawła Smoleńskiego i jedna Wojtka Tochmana. To już jest dużo. Poza tym Fundacja Instytut Reportażu, którą prowadzę razem z kolegami reporterami, oraz Instytut Polski przygotowują prezentację polskiego reportażu, który będzie miał miejsce na targach książki w maju w Pradze. Przyjedzie Hanna Krall, której książka "Dowody na istnienie" wyszła niedawno w Czechach.

Brakuje w Czechach znanego polakofila?

- Niestety tak. Ale cóż poradzić. Ja im go nie urodzę. Ale oni sami odczuwają potrzebę poznania naszego kraju. Często mówią - kiedy się znajdzie ktoś, kto nam Polskę tak przybliży. Sam się łapię na tym, że jak wiem, że istnieje jakaś dobra polska firma, a w Czechach nie jest znana, to w rozmowach prywatnych uporczywie to podkreślam. Zaskoczyłem moich czeskich znajomych faktem, że Amica, której kuchenki kupują, to polska marka. W Czechach Amica udaje firmę włoską, ponieważ "la amica" to po włosku "przyjaciółka". Włoski design kuchenny ma większe wzięcie niż polski. Innym razem wszedłem w Pradze do AlmiDecor i podpytywałem sprzedawczynię, jakiego pochodzenia jest ta firma. Próbowała się bronić, że sprzedają meble kolonialne, które pochodzą z Indii, Chin i Indonezji. Drążyłem dalej, skąd pochodzi właściciel AlmiDecor. W końcu zrezygnowana sprzedawczyni powiedziała na jednym wydechu: "Właścicielem jest Polak, ale to naprawdę nie ma żadnego znaczenia, bo meble mamy z Indii, Chin, Indonezji". Obudził się we mnie Polak i zatriumfował, bo jednak to polskie pochodzenie padło. Po czym dumnie wyszedłem.

Aż tak nas nie doceniają?

- Traktują nas trochę prześmiewczo. Oglądałem program telewizyjny, w którym czeski minister zdrowia rozmawiał z przedstawicielem związków zawodowych o bardzo niskich pensjach czeskich lekarzy. Minister bronił się, że czescy lekarze zarabiają więcej niż polscy lekarze. A na to przedstawiciel lekarzy powiedział: "panie ministrze nie będziemy się porównywać z Polską czy Bangladeszem". Więc nie jest ta Polska tak tam ceniona. Ale z drugiej strony muszę przyznać, że jestem tam traktowany z honorami, na przykład minister spraw zagranicznych przyznał mi nagrodę za szerzenie dobrego imienia Republiki Czeskiej. Zwróciłem mu uwagę, że książka "Gottland" nie zawsze opisuje Czechów w sposób przyjemny. A on odpowiedział: Nie szkodzi, nie szkodzi, przecież ja widzę, że pan nas kocha i pan nas rozumie.

A skąd u Polaków fascynacja kulturą czeską?

- Myślę, że zwłaszcza młode pokolenie ma dość naszego smędzenia, powagi i napuszenia. Kultura czeska im to gwarantuje. Jest jak antydepresant. To kultura, o której mówię, że się nie napina. Przykładem są pierwsze banknoty, które powstały po powstaniu Czechosłowacji w 1918 roku. Nie było na nich wielkich postaci historycznych, wielkich pisarzy czy dawnych bohaterów. Alfons Mucha, który projektował te banknoty włożył tam podobiznę swojej żony i córki. To pokazuje, jak blisko życia jest kultura czeska.

Pamięta pan moment, w którym pana życie skręciło w stronę Czech?

- Bardzo dobrze. To było w czasie, gdy pojechałem robić wywiad z Heleną Vondrackovą. Mówiła po polsku, więc wywiad był bardzo łatwy do przeprowadzenia. Tylko przy bardzo skomplikowanych pytaniach posiłkowała się czeskim, który mnie zaintrygował - brzmiał wspaniale. Opowiedziała mi o swojej koleżance Marcie Kubisovej, z którą występowała w latach 60. Kubisova była zakazaną piosenkarką przez 20 lat w komunizmie. To był dopiero temat na reportaż, ale Kubisova nie mówiła po polsku, więc postanowiłem, że to ja się nauczę się czeskiego. Po roku już mówiłem w tym języku i tak powstał mój pierwszy "czeski" tekst. Okazało się, że jest jakąś nisza i zapotrzebowanie na historie czeskie. Znalazłem dla siebie drogę i jestem dziś bardzo szczęśliwy i wdzięczny losowi.

Jak się pan uczył?

- Uczyłem się słuchając czeskiego radia przez internet. I z płyt. Piosenki Vondrackovej tłumaczyłem ze słownikiem. Poza tym wdychałem ten język. Książki czeskich autorów czytam po czesku, ponieważ odczuwam fizyczną przyjemność z obcowania z tym językiem. Język czeski wymiótł mi z głowy rosyjski, który kiedyś bardzo dobrze znałem. Gdy nauczyłem się czeskiego, zupełnie zapomniałem rosyjski. Chciałbym do niego wrócić, ale boję się, że rosyjski wymiecie mi czeski. No a z czeskim to bym się nie chciał rozstawać!

Kto tłumaczy pana książki na czeski?

- Wszystkie moje książki tłumaczy pani Helena Stachova. To 80-letnia tłumaczka, która przekładała na czeski też Gombrowicza. Co ciekawe, jej mama też była tłumaczką i tłumaczyła Sienkiewicza i XIX-wiecznych autorów. Mimo że znam język, nie byłbym w stanie tłumaczyć książek. Uważam, że tłumaczem może być tylko osoba, która urodziła się w danym języku. Ale zdarza mi się spierać z panią Heleną. Częściej jednak jestem jej potrzebny, żeby wytłumaczyć, co to za polskie słowo, którego użyłem. Ostatnio wyjaśniałem, kim jest internauta albo kto to jest drag queen. Bardzo dobrze nam się współpracuje i myślę, że dopóki żyje, to będzie mnie tłumaczyła. A kulisy naszej przyjaźni opisałem w książce "Zrób sobie raj". Jej mieszkanie to właśnie moje ukochane miejsce w Pradze.

Dziękuje bardzo za rozmowę.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mariusz Szczygieł | Czechy | literatura | pokolenie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje