Reklama

Cisza w kokpicie, czyli o komforcie jazdy

Za największą zaletę aut elektrycznych uznaje się zwykle ich niskie koszty utrzymania. Są wszak nie tylko przyjazne dla środowiska, ale także niezwykle ekonomiczne. Potwierdza to zresztą ubiegłoroczny raport ADAC. Podczas gdy koszt przejechania 100 km autem elektrycznym wynosi 9,52 zł (pod lupę wzięto Volkswagena e-Golfa), za 100 km przejechanych klasycznym benzyniakiem przyjdzie nam zapłacić ponad 26 zł. To jednak niejedyna zaleta współczesnych elektryków.

Cisza jak makiem zasiał

Reklama

Inną kluczową cechą pojazdów elektrycznych pozostaje bowiem właściwie bezgłośna praca ich układu napędowego. Przy prędkościach nieprzekraczających 20 km/h elektryki są tak ciche, że urzędnicy Unii Europejskiej uznali za konieczne wprowadzenie nowych regulacji nakazujących ich producentom montaż akustycznych systemów ostrzegawczych (Acoustic Vehicle Alerting System ­- AVAS), mających w założeniu zadbać o bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów, którzy z oczywistych powodów nie zawsze są je w stanie zawczasu dostrzec i usłyszeć.

I choć przepisy te wejdą w życie już 1 lipca tego roku (obejmą najpierw auta nowe; w starszych samochodach montaż systemu AVAS trzeba będzie przeprowadzić najpóźniej do 1 lipca 2021 r.), to niektórzy producenci samochodów - jak np. Audi, wprowadzające właśnie na rynek model e-tron - wyposażają już od jakiegoś czasu swoje elektryki w moduły emitujące dźwięki powiadamiające innych uczestników ruchu o ich obecności na drodze.

Nie są to działania bezpodstawne - próżno bowiem szukać aut cichszych niż elektryczne. Pod tym względem nie mogą się z nimi równać zasilane benzyną 95-oktanową hybrydy, czy - tym bardziej - pojazdy wyposażone w zaawansowane jednostki benzynowe i wysokoprężne (piszemy o nich zbiorczo, gdyż trudno dziś niekiedy dostrzec różnicę w głośności silników zasilanych olejem napędowym i benzyną; obecnie różni je może jeszcze tylko charakterystyka pracy). Jeśli więc idzie o komfort jazdy, to pod względem akustyki elektryki biją swoją tradycyjną konkurencję na głowę.

Prywatna strefa ciszy

Silniki elektryczne okazują się najcichsze przy dość wysokich prędkościach. Zwłaszcza na autostradach i drogach ekspresowych potwierdzają one wszystkie obiegowe opinie dotyczące ich legendarnej wydajności, bijąc nawet na głowę jednostki montowane w limuzynach i SUV-ach klasy premium.

Elektryki są również znacznie cichsze podczas wielu codziennych manewrów: w czasie ruszania spod świateł czy wyprzedzania pozostają zasadniczo niesłyszalne, co w przypadku samochodów o klasycznym napędzie jest właściwie nie do pomyślenia. Wraz ze wzrostem obrotów silnika spalinowego rośnie bowiem również jego głośność - i jest to najczęściej słyszalne nie tylko na zewnątrz, ale zwłaszcza we wnętrzu samochodu.

A przecież właśnie o komfort akustyczny jego pasażerów w pierwszym rzędzie chodzi. Długotrwałe przebywanie w otoczeniu, którego poziom głośności przekracza 60 dB, jest nie tylko zwyczajnie nieprzyjemne, ale także potencjalnie szkodliwe dla zdrowia. Dowiedziono przecież, że hałas ma wysoce negatywny wpływ na sen, serce i układ nerwowy.

Cichsze silniki, cichsze ulice

Upowszechnienie samochodów o napędzie elektrycznym może mieć również istotne prospołeczne skutki. Średnie natężenie dźwięku w ruchu ulicznym sięga niekiedy nawet 90 dB (to niewiele mniej od głośności pracującej piły spalinowej czy... dźwięku wirników helikoptera). Gdyby więc elektryki stały się trwałym elementem krajobrazu współczesnych miast, moglibyśmy się zapewne spodziewać obniżenia poziomu panującego w nich hałasu. A także, potencjalnie, prędkiej poprawy jakości powietrza, wynikającej z ograniczenia tzw. niskiej emisji, której źródłem są, między innymi, samochodowe spaliny.

To właśnie takie wartości - podniesienie komfortu pasażerów, troska o ekologię i poprawa warunków akustycznych panujących w europejskich miastach - przyświecały inżynierom Volkswagena pracujących nad modelem ID.3, który do produkcji ma wejść już w przyszłym roku (w tej chwili wciąż jeszcze można wziąć udział w fazie rezerwacyjnej i zyskać dzięki temu dostęp do jednej z trzech ściśle limitowanych, ekskluzywnych wersji samochodu).

Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że Volkswagen ID.3 - z ceną oscylująca w okolicach 130 tys. zł - będzie efektem rozlicznych kompromisów. Przeciwnie: egzemplarze wyposażone w baterię o pojemności 77 kWh, zagwarantują przebieg wynoszący aż 550 km, atrakcyjny design oraz to wszystko, z czego słyną pojazdy o napędzie elektrycznym: stałe, dynamiczne przyspieszenie oraz pełną dostępność momentu obrotowego przy każdym naciśnięciu pedału gazu.

To jednak nie wszystko. ID.3 to również wysoki poziom bezpieczeństwa (przede wszystkim dzięki innowacyjnym reflektorom Matrix LED), niespotykana wygoda (do każdego zarezerwowanego egzemplarza z limitowanej edycji Volkswagen dołoży domową, ścienną stację szybkiego ładowania, która sprawnie napełni baterie i duży komfort podróżowania, związany nie tylko z ciszą panującą w kabinie, ale również z powiększającą się siecią ładowarek Ionity, które Volkswagen stawia już od jakiegoś czasu na terenie Europy).

Jeśli dodać do tego, że zakup miejskiego elektryka w typie Volkswagena ID.3 pozwala skorzystać z wielu przywilejów i udogodnień niedostępnych dla posiadaczy konwencjonalnych osobówek (możliwość poruszania się pasami przeznaczonymi dla autobusów, prawo do korzystania z bezpłatnych miejsc parkingowych wydzielonych specjalnie dla pojazdów elektrycznych czy wjeżdżania do stref niedostępnych dla samochodów spalinowych), to okaże się, że elektromobilność jest już obecnie osiągalna i dostępna dla wszystkich, a nie tylko dla zainteresowanych technologią entuzjastów.

 

Artykuł powstał we współpracy z firmą Volkswagen.

materiały promocyjne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje