Reklama

Żywa kula armatnia - najniebezpieczniejsza praca świata

Słyszał o nich każdy, ale nie wszyscy wiedzą, że nie chodzi wyłącznie o bohaterów kreskówek. Ludzkie kule armatnie od ponad stu lat zadziwiają swoimi popisami widzów na całym świecie. Czy nadal jest to tak niebezpieczny zawód jak przed laty?

Reklama

Według szacunków, tą odmianą akrobatyki trudniło się jak dotychczas nieco ponad pięćdziesiąt osób. W wyniku nieszczęśliwych wypadków zginęło prawie trzydzieści. Mimo to do elitarnego grona ludzkich kul armatnich wciąż próbują dostać się kolejni chętni.

Reklama

Historia tej niezwykłej profesji sięga końca XIX w. Anglik George Farini wynalazł wówczas urządzenie nazwane przez niego "wyrzutnią". Była to platforma, zamontowana na kilku sporej wielkości sprężynach, zdolna do - jak sama nazwa wskazuje - wyrzucenia w powietrze obiektu bądź... osoby. W 1871 r. Farini opatentował swoje dzieło i niecałe dwa lata później pokazał jego zastosowanie zgromadzonej w jednym z broadwayowskich teatrów widowni.

Na platformie umieścił wtedy niskiego mężczyznę ubranego w dziewczęcą sukienkę. Publiczności przedstawił śmiałka jako "Lulu" i po zwolnieniu sprężyny... posłał go na wysokość prawie 10 metrów w górę! Nieustraszony "Lulu" w ostatniej chwili chwycił się zawieszonego pod sufitem trapezu. Ludzie obserwujący tę sztuczkę po prostu oszaleli.

Wieść szybko rozniosła się po innych przybytkach zajmujących się rozrywką. Farini i jego podopieczni musieli wyruszyć w trasę, a wszędzie witano ich z otwartymi ramionami i owacjami na stojąco. "Lulu" dorobił się nawet pseudonimu artystycznego "Królowa trapezów".

Dominacji rzeczonego duetu zagroziły występy Elli Zuili i George Loyala. Ta dwójka akrobatów jako pierwsza wykonała sztuczkę, którą można określić mianem "żywej kuli armatniej". George wchodził do rury o cylindrycznym kształcie, skąd był wystrzeliwany w kierunku partnerki, która łapała go w powietrzu wisząc na trapezie.

W tym samym okresie na deskach londyńskich teatrów zadebiutowała zaledwie czternastoletnia Rossa Matilda Richter, zwana przez publiczność "Zazel". Historycy do dziś sprzeczają się o to, kto tak naprawdę był pierwszą osobą wystrzeloną z armaty.

Na całe szczęście nie ma żadnych wątpliwości odnośnie tego, jak działały wczesne urządzenia tego typu. W tym miejscu warto zaznaczyć, że z wiadomych względów nie wykorzystywały one, w przeciwieństwie do ich militarnych odpowiedników, prochu strzelniczego. Wystrzelenie pocisku następowało albo dzięki sprężonemu powietrzu, albo dobrodziejstwom elastycznych lin podobnych do tych, jakich używa się dzisiaj w skokach na bungee.

Sam proch potrzebny był wyłącznie do zapewnienia całemu show odpowiedniej oprawy wizualnej. W końcu nawet nieprawdziwej armacie potrzebny był wybuch, dodający całości właściwego efektu.

Współczesne armaty do wystrzeliwania ludzi wyrzucają żywe pociski ze średnią prędkością 120 kilometrów na godzinę. "Kule" osiągają wysokość ok. 25 metrów po czym lądują na specjalnej siatce (o wymiarach 15 x 7,5 metra), oddalonej od miejsca startu o 55 - 60 metrów. Cel wydaje się być spory, ale większość wypadków wynika ze skończenia lotu przed lub za siatką bezpieczeństwa.

Żywe kule armatnie nie mają właściwie żadnej kontroli na tym, jak przebiegał będzie ich lot. Mogą kontrolować dopiero moment lądowania - najważniejszą tak naprawdę części całej sztuczki, ale niestety nie jest to regułą. Przypadki omdleń w powietrzu, wywołane ogromnymi przeciążeniami, są bardzo częste.

Jak już wspomnieliśmy, większość śmiałków wykonujących ten zawód zginęła w trakcie pokazów. Wielu z nich odniosło poważne obrażenia. Wspomniana wcześniej Rossa Matilda Richter skończyła ze złamanym kręgosłupem, Elvin Bale,gwiazda z lat osiemdziesiątych, z paraliżem obu nóg. W 2011 r. Matt Cranch, debiutujący w roli ludzkiego pocisku, wylądował poza siatką i to w dodatku na głowie. Zmarł na miejscu.

Branża tych specyficznych pokazów zdominowana jest przez rodziny o cyrkowych tradycjach. Wchodzenie do lufy armaty przekazywane jest z pokolenia na pokolenie. W XX wieku królował w tej dyscyplinie klan Zacchini. Obecnie w interesie rządzą i dzielą Smithowie. Do nich należy między innymi rekord odległości lotu wynoszący 59,05 m.

W obliczu tego, jak niebezpieczne są armaty do wystrzeliwania ludzi, może dziwić fakt, że tą technologią - i to do celów militarnych - zainteresowane były rządy kilku państw. Illdebrando Zacchini, głowa rodziny trudniącej się tą trudną sztuką, lobbował kiedyś wśród włoskich władz, by wojska skorzystało z cyrkowych armat do... wystrzeliwania żołnierzy za linię wroga!

W 2006 r. do pomysłu wróciła amerykańska DARPA, Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności. Zrzeszeni w niej inżynierowie zastanawiali się nad tym, czy urządzenia o konstrukcji podobnej do tych używanych przez "żywe kule" mogłyby służyć do przerzutu służb, takich jak strażacy czy medycy, do miejsc ogarniętych pożarem lub innym zagrożeniem. O zastosowaniu tego ponadstuletniego wynalazku w praktyce jakoś nie słychać...

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje