Reklama

Wady i zalety bycia kibicem

Fanów piłki nożnej można podzielić na trzy grupy: obieżyświatów, kanapowców i kibiców niedzielnych. Ci pierwsi pojadą za swoimi idolami w najdalszy zakątek świata, choćby mecz rozgrywany był na Alasce lub w Tasmanii.

Z kolei kanapowcy, dzielnie trzymający kciuki za swoją drużynę, robią to przed telewizorem. Lecz należy im się ogromny plus, bo czynią to niezwykle regularnie. Niedzielni, którzy nie oglądają meczów (a tym bardziej na nie nie chodzą), o piłce wiedzą niewiele, ale gdy reprezentacja wygrywa, zaczynają głośno mówić na jej temat. Przyjrzyjmy się im wszystkim dokładniej.

"Kibic obieżyświat"

Największą frajdą dla takiego fana jest jazda z ukochaną drużyną do odległych krajów. Daje to niepowtarzalną możliwość oglądania na żywo 22 facetów, biegających przez 90 minut i kopiących piłkę od bramki do bramki. A to widok znacznie ciekawszy niż w telewizji. Szczególnie, gdy siedzi się na stadionie takim jak Saint Denis, czy Wembley. Gorzej, gdy mecz rozgrywany jest na Białorusi lub w Izraelu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy bez powodu na stadion wkroczy milicja, lub wybuchnie jakiś granat.

Reklama

Dzięki wyjazdom obieżyświat poznaje kulturę, ludzi i obyczaje kraju, w którym organizowany jest mundial. Podróże są bardzo wskazane, aczkolwiek lepiej zostać w domu, gdy zawody rozgrywane są w krajach takich, jak choćby XIX mistrzostwa świata. Wtedy, oprócz wystrzegania się pijanych Anglików, trzeba unikać tubylców, po których nie wiadomo, czego się spodziewać. Przykładowo, można popaść w konflikt, bo nie kupiło się wuwuzeli. Obieżyświat może ponadto się pochwalić tym, że ostatnie pieniądze wydaje na: transporty lotniczy, autokarowy lub kolejowy oraz na bilet na mecz - a tego typu bezzwrotna inwestycja stanowi przykład ogromnego poświęcenia, patriotyzmu i wiary w sukces.

Choć bycie "obieżyświatem" to nie tylko same zalety. Przede wszystkim traci się cenną możliwość oglądania powtórek. Bo załóżmy, że piłkarz strzela bramkę, a tu trzeba gonić za kieszonkowcem, który chciał zaopiekować się wypełnionym po brzegi portfelem.

Jednak najgorszą rzeczą z możliwych, jaka spotyka obieżyświata, jest wstyd. Może się go najeść, gdy rywal jest z "górnej półki", a ukochana drużyna zajmuje miejsce w siódmej dziesiątce rankingu FIFA. I widać to na boisku. Choć są tacy, którzy wierzą w cuda i dlatego towarzyszą drużynie narodowej. To postawa godna pochwały, bo inaczej na stadionie w Mariborze, Bratysławie czy Murcii nie byłoby żadnego polskiego kibica.

"Kibic kanapowiec"

Taki człowiek posiada ogromny komfort oglądania - może siedzieć w fotelu, na kanapie, leżeć w łóżku; dozwolone są wszystkie formy. Dodatkową zaletą jest to, że gdy drużyna przegrywa 0:5, może, po prostu, wyłączyć telewizor i zająć się czymś innym. Choć prawdziwy kibic powinien być z drużyną do końca...

Za bardzo duży plus bycia kanapowcem można też uznać dostosowanie spożywczego niezbędnika kibica do swoich własnych potrzeb: pizza, piwo, chipsy, batony lub wafle ryżowe - co kto lubi. Na stadionie raczej nie ma takiej możliwości, bo to nie supermarket.

Zaletą jest też odpowiednio dobrane towarzystwo. Można oglądać mecz samemu, zaprosić kumpla lub nawet kilku (wtedy należy się spodziewać niemiłych uwag ze strony sąsiadów, przekonanych, że zachowujemy się głośno. Trzeba im wówczas uświadomić, że po jednej wycieczce na stadion w RPA, i wysłuchaniu "ryku" wuwuzeli, zmieniliby zdanie).

Jednak bycie kanapowcem wiąże się też z pewnymi konsekwencjami. Atmosfera na stadionie jest zawsze gorąca, a przed telewizorem (szczególnie w przypadku porażki), może się stać iście grobowa.

Poważnym problemem może stać się walka o telewizor z przedstawicielkami płci pięknej. Jeżeli kanapowiec posiada w domu tylko jeden odbiornik, a w czasie meczu na innym kanale emitowana opera mydlana, musi przygotować się na bitwę na miarę starcia pod Grunwaldem. Ale ma to sens tylko wtedy, gdy jest dobrze uzbrojony - na przykład w drugiego pilota. Jeśli nie, to najlepiej odpuścić żonie, dziewczynie lub teściowej na długo przed meczem i zarezerwować miejsce na "stadionie u kumpla", gdzie zbiera się cała rzesza znajomych.

I na koniec sytuacja, która wydaje się być najbardziej irytująca. Bo oto dzwoni szef lub dziewczyna i trzeba odebrać telefon. Nawet gdy rozmowa odbędzie się szybko i sprawnie, akurat wtedy może paść decydujący gol. Jeśli zaś kibic jest na stadionie, istnieje małe prawdopodobieństwo niespodziewanej rozmowy, bo kto o zdrowych zmysłach będzie nękał osobę, która znajduje się w Brazylii, Meksyku lub RPA?

Kibic niedzielny

Jeśli chodzi o kibica niedzielnego, to bezdyskusyjną zaletą jest bezstresowe życie, ponieważ interesuje go tylko zwycięstwa. Niedzielny nie musi się też obawiać "kontaktu" z fanami innej drużyny. Choć może znaleźć się przypadkowo pod stadionem, bezpośrednio po meczu Anglików z Turkami, gdy każdego bez wyjątków obowiązuje zasada - ratuj się kto może.

Niedzielny wcale nie musi interesować się piłką. Wystarcz,y gdy przekartkuje artykuł o meczu, który był wczoraj i już może uchodzić za znawcę. Gorzej, jeśli ktoś w jego towarzystwie zacznie dyskusję pod hasłem: "Dlaczego sędzia zaliczył gola ze spalonego?"...

Jak każdy człowiek, kibic niedzielny może narazić się na brak szacunku ze strony kolegów, współpracowników, znajomych, jeżeli interesuje się piłką tylko od czasu do czasu, a oni oglądają każdy mecz, nawet ten najnudnieszy. Wychodzi też na ignoranta, gdy ludzie biegają po ulicach z flagami, transparentami, krzycząc, śpiewając, trąbiąc - a on stoi z boku i pyta sam siebie: "Ale o co chodzi?" - jednym słowem obciach. Największym minusem jest jednak to, że kibic niedzielny przesypia najpiękniejsze męskie wydarzenia - mecze piłki nożnej.

Jan Adamski

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: wady | mecz | kibic

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje