Reklama

Sex Party - co wy na to?

Nowa jakość w australijskiej polityce - na jej scenę wkracza Partia Seksu. Może my też jej potrzebujemy...

Mózgi stojące za Australian Sex Party, która oficjalnie ogłosi swoje powstanie w czwartek, wierzą, że polityka w ich kraju stała się zbyt konserwatywna.

Reklama

Ich partia ma traktować seks na poważnie i odpowiadać na autentyczne, seksualne potrzeby Australijczyków wbrew "kampaniom moralizatorów i pruderyjnych polityków".

Inicjatorka przedsięwzięcia, Fiona Patten, która przewodniczy również grupie Eros Organisation lobbującej na rzecz przemysłu erotycznego, mówi, że głównym impulsem do powstania partii był pomysł parlamentu, żeby wprowadzić obowiązek zakładania filtru na internet.

Wedle tego planu, który powstał, żeby chronić dzieci przed pornografią i przemocą w sieci, użytkownicy Internetu chcący zrezygnować z filtru musieliby poinformować wcześniej swojego dostawcę.

- Ten filtr każdą stronę dla dorosłych automatycznie umieszcza na czarnej liście. Nawet rzeczy, które można normalnie zobaczyć w agencji informacyjnej, byłyby zakazane online - mówi Patten w rozmowie z AFP.

- Jeśli nie możemy ich pokonać, wstąpmy w ich szeregi - mówi, tłumacząc motywację powstania Sex Party.

- Myślę, że nasze stanowisko, żeby nie ograniczać zasobów Internetu do Internetu z kategorią G (w Australii oznacza się tą kategorią filmy bez ograniczeń wiekowych - przyp. red.), podziela większość obywateli - stwierdza.

Niedawno w Australii zakazano reklamy środka, który w haśle reklamowym obiecywał "dłużej trwający seks". - Istnieje niezrozumiały dla mnie strach przed słowem "seks", i z tym strachem też na pewno należy walczyć - komentuje to wydarzenie Patten. - Wariactwo! Seks jest naturalny jak jedzenie. I jest tak jak jedzenie niezbędną częścią naszego życia - mówi. Jak polityka, chciałoby się dodać.

na podstawie AFP opr. ML

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje