Reklama

Ryczące ośmiotysięczniki: Śmierć przewodnika na Nanga Parbat

Nanga Parbat, zwana też górą śmierci, była jednym ze szczytów zdobytych przez Erharda Loretana /Getty Images

W obliczu braku tlenu

Reklama

W Himalajach na porządku dziennym są szczeliny, nawisy śnieżne, lawiny, deski lawinowe, osunięcia kamieni, niepewne skały... Wszystko to stanowi dla wspinaczy codzienność. Należy do tego jednak dodać inne wszechobecne i zdradliwe zagrożenie: wysokość. Pierwsi eksploratorzy "trzeciego bieguna", kiedy już zdołali złapać oddech, starali się zrelacjonować tym, którzy nigdy nie opuszczali parteru świata, jak wygląda rzeczywistość tam, na górze. Tłumaczyli, co działo się z tymi, którzy przypalali sobie skrzydła, zanadto zbliżając się do słońca.

"Na wysokości 8000 metrów jest trzy razy mniej tlenu niż na poziomie morza. Oznacza to, że musimy uruchomić całą swoją siłę woli, żeby zaczerpnąć oddech. Wszystkie siły koncentrujemy na tym jednym celu: kolejnym wdechu. Dopiero po kilku minutach, kiedy oddech staje się regularny, wracamy do życia" - tłumaczył Maurice Herzog, pierwszy w historii zdobywca ośmiotysięcznika, Annapurny. 

Te słowa, napisane w latach pięćdziesiątych XX wieku, nieco się zdezaktualizowały. Od tamtego czasu współczesny człowiek, ten pogromca marzeń, zdobył Everest bez tlenu, wspinał się na kolejne ośmiotysięczniki, a ostatnim swoim oponentem w Himalajach uczynił chronometr. Niektórzy pretendują do tytułu "sprintera". 

W tym procesie stopniowej demitologizacji wysokość przestała siać taki postrach jak dawniej. Lilipuci uznali, że Guliwer zasnął, i zaczęli tańczyć na brzuchu olbrzyma. Śmierć Petera Hiltbranda na Nanga Parbat przypomina jednak - obok innych podobnych tragedii - że takie wysokości są nadal niebezpieczne dla człowieka: dmuchają na życie z całych sił i mogą je w każdej chwili zgasić. 

Wysokość zagraża ludzkiemu życiu. W jaki sposób? Co dzieje się w ciele, które himalaista wciągnął na wysokość 8000 metrów? Tlen, jak dowiadujemy się ze słowników medycznych, jest organizmowi niezbędny do oddychania i produkcji energii. Przenosi go krew - za pośrednictwem erytrocytów (krwinek czerwonych). Ilość tlenu dostępnego w ciele naukowcy określają długim, skomplikowanym terminem: ciśnienie parcjalne tlenu we krwi tętniczej (PaO2). Oto najogólniejsza definicja. 

Przyjrzyjmy się teraz przypadkowi himalaisty. Na poziomie morza, tam gdzie ciśnienie atmosferyczne jest najwyższe, PaO2 wynosi 90-100 milimetrów słupa rtęci (mm Hg). Wszystko działa tak, jak powinno, ponieważ takie ciśnienie zapewnia niemal pełną saturację: od 95 do 98 procent cząsteczek hemoglobiny nasyconych jest tlenem. 

Niestety, morze nie stanowi naturalnego środowiska himalaisty. Im wyżej się on wspina, tym niższe staje się ciśnienie atmosferyczne, a w konsekwencji tym bardziej spada PaO2. Oto kilka liczb, które pozwolą lepiej zrozumieć ten proces. 

Na poziomie morza PaO2 wynosi, jak mówiliśmy, 100 mm Hg. Na wysokości 5000 metrów, czyli nieco powyżej poziomu Mont Blanc, PaO2 osiąga wartość 35 mm Hg. To odczyt krytyczny: poniżej niego organizmowi brakuje tlenu i zaczynają się problemy. Są to jednak dane laboratoryjne, należy bowiem pamiętać, że człowiek, podobnie jak zwierzęta, przystosowuje się do zmieniających się warunków. 

Nasz mózg posiada receptory wrażliwe na ciśnienie atmosferyczne. Kiedy ciśnienie spada, receptory aktywizują organizm, skłaniając go do szybszego oddychania. Szpik kostny wytwarza więcej przenoszących tlen erytrocytów, dzięki czemu spadek PaO2 zostaje do pewnego stopnia zniwelowany. Hiperwentylacja pozwala zatem na znaczące nabranie wysokości. 

Reklama

Skoro organizm tak sprawnie się adaptuje, dlaczego wciąż zdarzają się przypadki śmierci w górach? PaO2 gwałtownie spada, a to właśnie ono decyduje o nasyceniu hemoglobiny tlenem. Przy PaO2 wynoszącym 100 mm Hg cząsteczki hemoglobiny są nasycone w 100 procentach; przy PaO2 równym 40 mm Hg saturacja wynosi już tylko 75 procent. 

Na szczycie Everestu PaO2 oscyluje między 24 a 29 mm Hg, co oznacza, że saturacja hemoglobiny wynosi 45-55 procent. Jednym słowem, wykonując ten sam wysiłek co na poziomie morza, wykonuje się tylko co drugi wdech!

Ciśnienie spada, oddech przyspiesza. Ten nowy rytm zaburza równowagę kwasowo-zasadową ludzkiego ciała. Poziom pH spada poniżej 7,4, wartości uznawanej za normę, a proces ten wpływa z kolei na wchłanianie tlenu przez hemoglobinę. Krótko mówiąc, alpinista musi wkładać we wszystko ogromny wysiłek, a hemoglobina nie nasyca się tlenem. 

W fazie życia, w której wspinacz prawie nie pije i rzadko oddaje mocz, oddychanie staje się dla niego jedynym sposobem regulacji funkcji życiowych. Wystarczy, by uszkodziła się jedna zębatka, i blokuje się cały mechanizm. 

Płyn przesiękowy zaczyna się gromadzić najpierw w płucach, później w pęcherzykach płucnych. Chodzi o mikroskopijne ilości, ale ponieważ w ludzkim organizmie istnieje około 300 milionów pęcherzyków płucnych, ten drobny przeciek bardzo szybko przekształca się w prawdziwą powódź. Mamy wtedy do czynienia z obrzękiem płuc. 

Druga możliwość: płyn gromadzi się w mózgu, który zwiększa objętość, napierając na czaszkę, a w efekcie komórki ulegają uszkodzeniu. W takich przypadkach mówimy o obrzęku mózgu. O ile do obrzęku płuc dochodzi na wysokościach, które można uznać za umiarkowane (już na wysokości 3000 metrów), o tyle obrzęk mózgu wydaje się charakterystyczny dla bardzo dużych wysokości.

Co myśli lekarz o takich skrajnych wysokościach? "Dla organizmu to prawdziwa katastrofa" - odpowiada kategorycznie. Ale jeśli lekarz ten przypomina sobie, że sam jest alpinistą i że w przypływie obłędu wspiął się na wysokość 7500 metrów, po chwili zmienia zdanie: "Góry zasługują przecież, żebyśmy poświęcili dla nich parę komórek".

Pragniemy podziękować śp. doktorowi Paulowi Robadeyowi, który konsultował ten opis choroby wysokościowej. 


INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nanga Parbat | Ryczące ośmiotysięczniki | Erhard Loretan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje