Reklama

Ryczące ośmiotysięczniki: Śmierć przewodnika na Nanga Parbat

Nanga Parbat, zwana też górą śmierci, była jednym ze szczytów zdobytych przez Erharda Loretana /Getty Images

Reklama

I umiera... Zamykamy mu oczy. Płaczemy. Zdarzają się chwile, kiedy chcielibyśmy zbuntować się przeciwko zasadom tej gry, choć przecież sami je przyjęliśmy. Schodzimy wszyscy do obozu III. Co robić? Wycofać się czy wspinać dalej? Zakończenie wyprawy nic by nie zmieniło, stanowiłoby tylko kolejną porażkę, która nie przywróciłaby nam Petera. Nie, ruszymy dalej, by uczcić pamięć towarzysza. 

Martin Braun, który zmaga się z hemoroidami, zostaje zmuszony do wycofu. Dwa dni później wróci do Szwajcarii, gdzie zostanie poddany hospitalizacji. 

Środa 9 czerwca. Tylko nas trzech ma jeszcze szansę na zdobycie szczytu: Norbert Joos, Hans Staub i ja. Wracamy do obozu IV, gdzie nie możemy przestać myśleć o towarzyszu, który śpi tuż obok nas. Po południu ruszamy z Norbertem na rekonesans, zamierzamy wytyczyć drogę do wysokości 7500 metrów, co pomoże nam jutro. 

Kiedy wracamy do namiotu, staramy się wypić jak najwięcej, żeby uzupełnić płyny. Jemy niewiele, ledwo możemy cokolwiek przełknąć. Trudno mi zasnąć, jestem zdenerwowany i pobudzony, czuję się jak w przeddzień swoich pierwszych wspinaczek: boję się nieznanego, boję się własnej lekkomyślności, boję się odmrożeń stóp i załamania pogody... Po prostu się boję. 

Czwartek 10 czerwca. Pobudka o czwartej rano. Dopisuje nam pogoda. Do plecaka pakuję termos, sprzęt biwakowy, parę rękawiczek i zapasowe okulary, zabieram też aparat. Około piątej ruszamy w kierunku grani szczytowej. Już po pół godzinie zaczynają mi marznąć stopy. Nie ma co się oszukiwać: człowiek to zwierzę stałocieplne, co oznacza, że najlepiej się czuje, kiedy temperatura jego ciała wynosi mniej więcej 37°C, a to "mniej więcej" nie ma nic wspólnego z warunkami panującymi obecnie na Nanga Parbat (-35°C). 

Stukam czekanem w czubek buta i... O zgrozo! But wygina się w diabolicznym uśmiechu... a potem pęka. I oto jestem, w sandale na ścianie "Królowej Gór". Co robić? Ryzykować i iść dalej? Moje stopy kontra niepewne zwycięstwo? Sam nie wiem. Wspinam się dalej. 

Posuwamy się naprzód w całkiem szybkim tempie. Na wysokości 7600 metrów zatrzymuję się, zdejmuję buty i skarpety, a następnie masuję sobie stopy, żeby pobudzić krążenie. Kiedy odzyskuję czucie w nogach, wkładam z powrotem skarpety i buty, getry oraz raki, dzięki którym but nie zacznie się rozpadać. To trochę tak, jakby żądało się od łupiny, żeby utrzymała w sobie cebulę. 

Norbert pomaga mi robić ślad. Jest ósma, a słońce nieśmiało wspina się po niebie. Dalej warunki robią się trudne, zewsząd otaczają nas deski lawinowe. Moje stopy jakoś się trzymają. Nie czuję już zimna. Miejmy nadzieję, że to nie skutek odmrożenia! Twarz szczelnie opatula mi czapka, która ma otwory tylko na oczy i usta. To wystarczy, by utrzymać podstawowe funkcje życiowe - patrzeć i oddychać.

Reklama

Po 200 metrach kuluar rozdziela się na dwie odnogi. W normalnych warunkach powinniśmy skierować się w prawo, w stronę szczytu. Rezygnujemy z tego jednak ze względu na zagrożenie lawinowe. Ruszamy w lewo, kuluarem między dwoma stopniami, których trudność oceniam na IV+ lub V. Bez liny nie jest łatwo. Kuluar wyprowadza nas na dość łagodny grzbiet, który prowadzi do północnego szczytu znajdującego się na wysokości 8035 m n.p.m. 

Wieje gwałtowny wschodni wiatr, który dodaje nam otuchy, ponieważ zwiastuje dobrą pogodę. Jest trzynasta, Hans ma już spore opóźnienie. Norbert i ja kierujemy się dalej w stronę głównego szczytu. Czuję się świetnie, nie mam żadnych problemów z oddychaniem. Oczywiście poruszam się wolniej niż zwykle, ale utrzymuję dobry rytm. 

Ostatni fragment drogi okazuje się prosty. O 13:30 docieram na szczyt Nanga Parbat, na wysokość 8125 metrów. Rejestruję swoje wrażenia, rozglądam się wokół siebie, cieszę się. Jesteśmy dziesiątą wyprawą - i zarazem pierwszą ekspedycją szwajcarską - która zdobyła ten szczyt. Nieco przed czternastą dołącza do mnie Norbert. Robimy kilka zdjęć, ale czyż da się uwiecznić taką chwilę? 

Wyjmuję z plecaka metalowe pudełko, a z niego wyciągam kartkę i długopis. Kartka, na której napisałem: "Nanga Parbat - Swiss exp 82 - Diamir 10.06", odfruwa. Mam drugą, ale długopis już nie działa. Olbrzymy Diamiru wybijają nam z głów tę próżność, nasze zwycięstwo pozostanie zatem anonimowe.

Hans wciąż pozostaje poza zasięgiem naszego wzroku. Wnioskujemy, że zadowolił się szczytem północnym. O czternastej ogłaszamy nasz sukces przez radio. 

Ale czy ten triumf wart jest ceny, którą przyszło nam zapłacić? Nanga Parbat do 10 czerwca 1982 roku zdążyła zebrać żniwo w postaci czterdziestu dwóch ofiar z dziesięciu zwycięskich ekspedycji. Ryzyko nieuchronnie związane z takim przedsięwzięciem zna każdy himalaista, ale pasja i miłość do gór zwyciężają. 

Głęboko wierzę, że gdyby Peter wrócił, powiedziałby: "Brawo, chłopaki!". A przynajmniej takie argumenty sobie powtarzamy, starając się odnaleźć sens we własnych działaniach. Czternaście lat po zdobyciu pierwszego ośmiotysięcznika pozostają mi w pamięci słowa Hermanna Buhla: "Emocje przeżytych dni przesuwają mi się przed oczami niczym nierealny sen, który pozostawał prawdziwy tylko przez chwilę".

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nanga Parbat | Ryczące ośmiotysięczniki | Erhard Loretan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje