Reklama

Potwór z bagien: Bestia groźniejsza niż aligatory

Jak wygląda monstrum z Honey Island? W amerykańskim horrorze Powrót potwora z bagien z roku 1989 – właśnie tak /East News

Pośród rozlewisk Manchac Swamp w stanie Luizjana leży wyspa o wyjątkowo przyjemnej, biorąc pod uwagę ponure otoczenie, nazwie: Honey, czyli Miodowa. Słynie jako ostoja dzikich zwierząt, zwłaszcza olbrzymich aligatorów. I jeszcze z czegoś: ponoć mieszka tam monstrum, które zabija ludzi oraz bydło domowe – potwór z bagien.

Reklama

Mokradła Manchac nazywa się również "bagnem duchów". Lokalna ludność wierzy, że jest to miejsce przeklęte - w końcu zginęło tam wielu zbiegłych niewolników, którzy tu próbowali ukryć się przed swoimi okrutnymi panami. Niestety, nie był to dobry wybór, ponieważ na moczarach aż roiło się od aligatorów, które tylko czekały na zbłąkanych uciekinierów. 

Ale to nie aligatory napędzają na bagnach największego stracha... Już od kilku stuleci miejscowi Indianie z pokolenia na pokolenie przekazują sobie opowieści o mieszkającym w błocie potworze. Wedle ich legend, niegdyś na mokradłach zgubiło się kilkanaścioro dzieci. Aligatory przygarnęły maluchy do swojego stada i wychowały po swojemu. Właśnie w ten sposób narodziły się potwory z bagien. 

Reklama

Te straszne stworzenia ponoć w ciągu dnia chowają się w swoich kryjówkach, zaś nocą wychodzą na żer. Napadają na wszystko, co się rusza: może to być człowiek lub zwierzę. 

Cajunowie - francuskojęzyczna grupa etniczna z tamtejszych terenów - posiadają własną legendę związaną z bagienną bestią: ponoć na początku zeszłego wieku niedaleko bagien Manchac doszło do katastrofy pociągu, którym podróżował cyrk objazdowy. W tragicznym wypadku zginęły prawie wszystkie zwierzęta - przeżyć zdołała jedynie część wytresowanych szympansów. 

Ocalałe małpy, podobnie jak w wersji indiańskiej, przyłączyły się do stada aligatorów, a potem stopniowo przekształcały się w potwory z bagien. Trudno powiedzieć, ile prawdy zawierają przytoczone historie, tym niemniej naoczni świadkowie, którzy mieli "szczęście" spotkać się z bestią, opisują ją w bardzo podobny sposób. 

Wszędzie, gdzie choć przez chwilę przebywał potwór z bagien, długo utrzymuje się odór zgniłego mięsa. W 2007 roku w prasie pojawiła się informacja, jakoby w pobliżu mokradeł udało się znaleźć i wykonać gipsowy odlew trójpalczastego śladu pozostawionego przez bestię. 

Pierwszy kontakt

Harlan Ford w 1963 roku pracował jako kontroler ruchu lotniczego w Nowym Orleanie. Jako wielki miłośnik polowań na kaczki wybrał się pewnego dnia na bagna Manchac wraz ze swym kolegą Billym Millsem. Ale tym razem dwójkę przyjaciół zainteresowały nie kaczki, lecz opuszczone obozowisko, które zauważyli na Miodowej Wyspie, przedzierając się przez podmokłą głuszę. Kiedy mężczyźni stanęli na polance, wokół nie było żywej duszy.

A przynajmniej tak im się zdawało! Bo oto nagle znieruchomieli z przerażenia. Dosłownie naprzeciwko nich kucało ogromne stworzenie. Billy aż krzyknął z emocji. Olbrzym wyprostował się i zamarł bez ruchu, przestraszony widokiem ludzi. Wymiana spojrzeń trwała kilka sekund, po czym mieszkaniec bagniska ukrył się w gęstych zaroślach. 

Przyjaciele próbowali go odszukać, jednak zdołali zobaczyć tylko ślady potwora. Kiedy opowiadali później o przeżytej przygodzie, Ford zaznaczył, że stworzenie napotkane przez niego na wyspie nie przypominało żadnego z tych, które miał okazję zobaczyć wcześniej. 

Potwór z bagien był, zdaniem Harlana, jakby żywcem wyjęty z horroru. Mężczyzna nawet nie starał się ukryć, jak bardzo wystraszył się, zobaczywszy bestię. Według jego opisu, klatka piersiowa i plecy monstrum były potężnie zbudowane, zwłaszcza w zestawieniu z cieńszymi kończynami dolnymi. Jednak najbardziej w pamięci Forda utkwiły ogromne, bursztynowe oczy, których spojrzenie niemal przeszywało człowieka na wskroś... 

Świat Tajemnic

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Potwór z bagien

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje