Reklama

Oszalała z miłości

O tym, jak niebezpieczna może być miłość kobiety, Andrzej P. z Oleśnicy przekonywał się przez wiele lat...

Dziewczyna, siedząca samotnie przy kawiarnianym stoliku, zaintrygowała go urodą i smutnym wyrazem oczu. Drugi kwadrans czekał na kumpla, z którym tu się umówił. Właściwie powinien dać sobie spokój i wyjść. Początkowo przyglądał się nieznajomej z nudów. Jednak im dłużej patrzył na nią, tym bardziej mu się podobała.

Reklama

- Wygląda na to, że oboje jesteśmy bardzo samotni - powiedział.

- Czy mogę się przysiąść?

Ku jego zdziwieniu, dziewczyna zgodziła się natychmiast. Rozmawiało się tak miło, że po godzinie miał wrażenie, że znają się już od dawna. Anna była urzędniczką, nie znosiła swojej pracy, marzyła o lepszym życiu. Była samotna, odkąd porzucił ją chłopak, za którego chciała wychodzić za mąż. Zostawił ją dla innej, w dodatku jej dobrej koleżanki. Od tej pory nie umiała już zaufać mężczyźnie, uważała, że wszyscy są tacy sami: oszukują, zdradzają, wykorzystują bez skrupułów.Andrzej też nie miał miłych doświadczeń. Wszystkim kobietom, które poznał, czegoś brakowało. Krótkotrwałe fascynacje za każdym razem kończyły się burzliwym rozstaniem. Po kilku kolejnych spotkaniach Andrzej i Anna już wiedzieli, że są dla siebie stworzeni. Decyzję o ślubie podjęli po trzech miesiącach znajomości. Było cudownie.

Spóźnił się, bo zdradzał

Wkrótce Anna zaszła w ciążę. Byli tacy szczęśliwi! Jednak małżeńska sielanka nie trwała długo. Pierwszy sygnał, który mógł świadczyć o tym, że Andrzej jednak wybrał niewłaściwie, mężczyzna zlekceważył.

Tamtego dnia Andrzej musiał zostać dłużej w pracy. Termin zakończenia projektu - trzy dni, a on wciąż "był w lesie". Zadzwonił do żony.

- Kochanie, spóźnię się, nie czekaj z obiadem - powiedział. - Muszę popracować jeszcze z godzinę. Usiadł nad papierami, pochłonęła go praca. Spojrzał na zegarek i zdziwiony skonstatował, że minęła nie godzina, ale trzy. Popędził do domu.

Kiedy wszedł do mieszkania, przywitała go lecąca w jego kierunku popielniczka. Ciężka, kryształowa. Gdyby odruchowo się nie uchylił, dostałby nią w głowę.

Anna szalała:

- Gdzie byłeś, skurwielu?! Jesteś podły! Jak możesz mi to robić, zdradzać ciężarną żonę, na pewno z jakąś wywłoką z pracy, wynoś się! - krzyczała. - Ja cię tak bardzo kocham, jak nikt na świecie, a ty niszczysz naszą miłość!

Była jak w transie. Zupełnie zszokowany Andrzej próbował się tłumaczyć, uspokajać ją, przytulić. Anna płakała jeszcze długo, złorzecząc na cały męski ród.

Cóż, hormony - pomyślał po całej awanturze. - Kobiety w ciąży tak mają, niekontrolowany wybuch emocji w tym stanie to sprawa normalna. Postanowił być jeszcze lepszym mężem, poświęcać żonie więcej uwagi, dać jej więcej czułości.

Ale od tego dnia wszystko się zmieniło. Anna nieustannie wracała do tego nieszczęsnego spóźnienia. Nie uwierzyła, że Andrzej pracował. Była przekonana, że spędził popołudnie z inną kobietą. Z pewnością w łóżku. Wkrótce już nawet wiedziała, z kim. Oczywiście, że z tą Ewą, która dzwoniła w zeszłym tygodniu, a on tak miło z nią rozmawiał. Co z tego, że o jakimś projekcie? Przecież to na pewno szyfr kochanków.

Z dnia na dzień Andrzej tracił cierpliwość. Znudziło go nieustanne tłumaczenie, że jest najwierniejszym z wiernych mężów, że żadna inna go nie interesuje, że Anna, mimo zaawansowanej ciąży, podoba mu się najbardziej na świecie.

- Przestań wreszcie mnie dręczyć, daj mi w końcu spokój! - nie wytrzymał któregoś dnia, po raz pierwszy podnosząc na nią głos. Miał naprawdę dość. Z coraz większą niechęcią wracał do domu, by wysłuchiwać kolejnych żalów, pełnych złości i podejrzeń obelg, przeplatanych wyznaniami o wielkiej miłości, jaką ona do niego czuje.

Po urodzeniu synka było już tylko gorzej. Anna przytyła, zaniedbała się, czuła się kompletnie nieatrakcyjna. Podejrzewała męża o zdrady nie tylko z Ewą, ale z każdą kobietą, z jaką miał choćby przelotny kontakt. W takich chwilach rzucała w niego wszystkim, co jej wpadło w ręce. Okładała go pięściami, drapała. Potem tonęła we łzach, a szlochając znowu wyznawała miłość. Andrzej coraz bardziej zamykał się w sobie. Nie miał już wątpliwości, że ożenił się z wariatką. Podjął jeszcze jedną, nieśmiałą próbę, by ratować to małżeństwo. Już nie dla siebie, ale dla małego Wojtusia, dorastającego wśród wrzasków matki i ataków jej dzikiej furii. Psycholog z poradni małżeńskiej poradził mu, żeby skłonić żonę do terapii rodzinnej. Jednak Anna nie chciała o tym słyszeć:

- Ja mam chodzić na terapię?! - krzyczała. - Sam się lecz ze swojego seksoholizmu, tobie to jest potrzebne, a nie mnie! Ja jestem normalna, to ty mnie zdradzasz, bo nie potrafisz się powstrzymać, gdy zobaczysz jakąś babę! Tylko ci się oczy świecą za innymi! Ja cię kocham, nic więcej. Nikt mnie z tego nie wyleczy, przestanę dopiero po śmierci.

Po kilku latach męki Andrzej wreszcie postanowił to skończyć. Uznał, że jeśli nie rozstanie się z Anną, sam zwariuje. I to doszczętnie.

Zawsze będziesz pamiętał

Rozwód był koszmarem. Anna usiłowała udowadniać przed sądem nieustanne, rzekome zdrady męża. Jednak nie potwierdzał tego żaden świadek. Nawet jej własna matka zeznawała nie tak, jakby Anna tego chciała.

- Tak, słyszałam o jego romansach, ale tylko od córki - z wyraźnym zażenowaniem mówiła podczas rozprawy matka. - Moim zdaniem, zięć był dobrym mężem, dbał o rodzinę. To Anna jest... była... no... taka histeryczna. Taka się zrobiła po ślubie.

Sam Andrzej dla świętego spokoju zgodziłby się na wszystko, byle mieć to już za sobą. Nie kłócił się o mieszkanie, samochód, wysokość alimentów. Zostawił jej to, co miało jakąkolwiek wartość. Zmarnowane lata bolały, ale przynajmniej był już wolny. Tak mu się, w każdym razie, wydawało, gdy opuścił budynek sądu po wyroku rozwiązującym ten nieudany, toksyczny związek. Jakże się mylił!

Po rozwodzie Andrzej zamieszkał u rodziny. Anna dzwoniła po kilka razy dziennie.

- I co, z kim teraz jesteś w łóżku, z jaką zdzirą? - syczała w słuchawkę. Przestał w ogóle odbierać telefony. Wzdrygał się ze strachem na każdy dźwięk dzwonka. Liczył, że w końcu jej się to znudzi. Że zapomni, znajdzie sobie inne zajęcie, da mu spokój. Kiedyś, wracając z pracy, zastał ją przed domem.

- Myślisz, że tak łatwo się ode mnie uwolnisz? - uderzyła go w twarz. - Mylisz się! Za moją krzywdę, za zmarnowane życie, zrobię wszystko, żebyś o mnie pamiętał. Zobaczysz, jeszcze do mnie wrócisz. Nikt nigdy nie będzie cię tak kochał, jak ja.

Wiedział, że dotrzyma słowa. Czuł się jak osaczone zwierzę. Zrozumiał, że musi uciekać. Jeszcze tego samego dnia wyprowadził się do kolegi. Nawet rodzinie nie podał adresu.

- Zrozum, ciociu, ona będzie teraz was nękać, żeby się dowiedzieć, gdzie mieszkam - tłumaczył na pożegnanie. - Lepiej, żebyś nie wiedziała, naprawdę. Odezwę się, gdy to wszystko się uspokoi.

Sam jednak tak do końca nie wierzył, że to się kiedykolwiek stanie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje