Reklama

"Nie zabijałem much, ale ludzi"

W pewien wrześniowy wieczór 1975 roku grupa znajomych urządziła w Piekarach Śląskich suto zakrapianą alkoholem prywatkę. Jednym z gości była Stefania M. Następnego dnia jej zmasakrowane ciało znaleziono na jednej z pobliskich ulic miasta...

Śledczy stwierdzili, że śmierć Stefanii M. nastąpiła na skutek uderzenia w głowę tępym narzędziem. Milicja po krótkim dochodzeniu dotarła do domniemanego sprawcy - był nim chłopak zmarłej.

Kochanek wziął na siebie winę

Świadkowie zeznali, że krótko przed śmiercią między kochankami doszło do sprzeczki. Widziano także biegnącego za Stefanią młodego mężczyznę. Nikt niestety nie widział samego momentu zbrodni. Chłopak Stefani tego feralnego wieczoru był niestety tak pijany, że nic nie pamiętał, ale w czasie przesłuchania przyznał się do zbrodni. Został skazany za morderstwo. Podczas rozprawy sąd jednak nie wziął pod uwagę ważnych okoliczności sprawy: ciało Stefani M. zostało obnażone, co nie zdarza się w przypadku zabójstw na tle emocjonalnym. Dopiero po latach okazało się, że Stefania M. była pierwszą ofiarą Joachima Knychały, jednego z najbrutalniejszych polskich seryjnych morderców.

Reklama

Knychała urodził się w 1952 roku w Bytomiu. Pochodził z mieszanego, polsko-niemieckiego związku, co w powojennych realiach nie było rzeczą często spotykaną. Mały Joachim mieszkał z matką i despotyczną babką, która nigdy nie wybaczyła córce małżeństwa z Polakiem i cały swój żal i frustrację przelewała na chłopca. Młody Knychała był często bity, poniewierany i poniżany. Z czasem narastała w nim więc nienawiść do kobiet i chęć odegrania się za krzywdy doznane ze strony matki i babki.

"Wampir z Zagłębia" obudził w nim bestię

We wrześniu 1974 roku ruszył proces największego wówczas seryjnego mordercy - Zdzisława Marchwickiego. W ciągu 6 lat swojej zbrodniczej działalności dokonał on 21 morderstw. Proces "wampira z Zagłębia", jak go powszechnie nazywano, wzbudził ogromne zainteresowanie. Jednym z jego stałych obserwatorów był Joachim Knychała. Opisy brutalnych zbrodni, zeznania świadków i samego Marchwickiego były główną przyczyną, która popchnęła mężczyznę do zbrodni. Po latach przyznał, że to właśnie wtedy obudziła się w nim bestia.

W maju 1976 roku w Chorzowie Knychała zamordował wracającą do domu Mirosławę S. Jej martwe, obnażone i zakrwawione ciało znaleziono zaledwie 50 metrów od budynku, w którym mieszkała. Sprawca działał ze szczególnym okrucieństwem, brutalnie pastwiąc się nad martwym już ciałem kobiety. Sprawa była niezwykle tajemnicza. Mirosława S. była bowiem jednym ze świadków oskarżenia w toczącym się śledztwie przeciwko Marchwickiemu. Zaczęły się mnożyć plotki, że to nie on jest mordercą, który przez ostatnich kilka lat paraliżował strachem Śląsk i Zagłębie.

Knychała zabijał dalej. W październiku 1976 roku naprzeciwko komisariatu Milicji w Bytomiu, w bramie kamienicy przy ulicy Rostka zamordował wracającą do domu Teresę R. Jej zmasakrowane ciało następnego dnia znaleźli w piwnicy sąsiedzi.

Nowatorskie metody milicji

Milicja wydawała się bezsilna. Przełom nastąpił dopiero, kiedy śledczy dotarli do kilku zaatakowanych kobiet, którym udało się przeżyć ataki zabójcy. Ich zeznania znacząco zawężyły krąg poszukiwań: udało się ustalić, że sprawca był młodym, wysokim, sprawnym fizycznie mężczyzną. Na podstawie tych zeznań sporządzono jego przybliżony rysopis, jednak mimo tych wysiłków milicji sprawca nadal pozostawał nieuchwytny.

Śledczy jednak coraz częściej łączyli zbliżone do siebie zbrodnie i usiłowania zabójstw, przypisując je jednej osobie. Trudności w odnalezieniu mordercy skłoniły ich w końcu do zastosowania nowatorskich technik dochodzeniowych. Na podstawie dostępnych informacji milicjanci posłużyli się manekinem ubranym w kurtkę i czapkę przypominające te noszone przez sprawcę. Posługując się jego wyglądem wytypowano blisko 7000 mężczyzn, którzy wcześniej byli notowani za czyny lubieżne, gwałty, molestowania i ekshibicjonizm. Kilkuset z nich przesłuchano z użyciem wariografu. Bezskutecznie. Sprawca nadal pozostawał na wolności.

W czerwcu 1977 roku Knychała zaatakował dwie dwunastoletnie dziewczynki. Mimo licznych ran jedna z nich cudem przeżyła. Na podstawie jej zeznań sporządzono portret pamięciowy, który przypominał... zastępcę komendanta milicji w Piekarach Śląskich. Będąca w szoku ofiara najprawdopodobniej właśnie jego twarz jako pierwszą zobaczyła po chwilowym odzyskaniu przytomności. Śledztwo po raz kolejny utkwiło w martwym punkcie. Mimo olbrzymich wysiłków groźny morderca nadal pozostawał nieuchwytny.

Sam się zgłosił

W maju 1982 roku Knychała zaatakował po raz kolejny i sam zgłosił się na milicję. Pogrążony w rozpaczy zeznał, że podczas spaceru jego szwagierka niefortunnie upadła ze skarpy, uderzając głową w coś twardego i poniosła śmierć na miejscu. W trakcie sekcji zwłok w Instytucie Medycyny Sądowej ustalono, że charakter obrażeń jednak wykluczał scenariusz nieszczęśliwego wypadku, Knychałę zatrzymano więc do wyjaśnienia. Początkowo nie przyznawał się do winy.

Poddano go gruntowemu przesłuchaniu, także z użyciem wariografu. Przeszukano jego mieszkanie i znaleziono w nim kurtkę, której używał sprawca jednego z morderstw, a także kilka rzeczy skradzionych zamordowanym kobietom. W toku przesłuchania Knychała załamał się psychicznie i w końcu przyznał się początkowo do zabójstwa swojej szwagierki, a następnie do pozostałych morderstw.

W 1984 roku sąd skazał Joachima Knychałę na karę śmierci za 6 morderstw i 7 usiłowań. Rok później karę wykonano. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski.

Marcin Koczan

Poznaj kulisy najgłośniejszych zbrodni w PRL. Oglądaj program "Seryjni mordercy" na kanale Discovery World, w każdy wtorek o godzinie 22:30!

Discovery World

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Piekary Śląskie | morderca | nie żyje | śledczy | ciało | sprawca

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje