Reklama

Most Choluteca w Hondurasie. Przeprawa donikąd

Niewiele jest miejsc, które tak dobitnie pokazały, że człowiek wobec sił natury jest bardzo bezbronny. W honduraskim mieście Choluteca, które zlokalizowane jest nad rzeką o tej samej nazwie, została wybudowana konstrukcja, której ogrom i nowoczesność były powodem do dumy dla tego niewielkiego latynoamerykańskiego kraju. Po przejściu jednego huraganu ich obiekt zachwytu zamienił się w miejsce ukazujące bezradność wobec żywiołów. Mowa o moście Choluteca, którego historię przytacza się po dziś dzień przy okazji dysput na temat zmian klimatu.

To były lata 90-te. Na południu Hondurasu w mieście Choluteca zaczęto planować budowę nowego mostu nad tamtejszą rzeką. Dotychczasowa niewielka przeprawa będąca mostem wiszącym była już niewystarczająca dla rozwijającej się okolicy.

Nowa konstrukcja miała być wytrzymała na wszelkie kataklizmy. Jej siła i trwałość miały się opierać huraganom, powodziom i porywistym wiatrom. Do budowy zaangażowano nawet japońskich konstruktorów. Była to ich pierwsza w Ameryce Środkowej inwestycja o takim rozmachu.

Budowa Mostu Wschodzącego Słońca, bo tak go nazwano, trwała dwa lata i skończyła się w 1998 roku. Obiekt oddano od razu do użytku, aby jak najszybciej udrożnić zakorkowane miasto Choluteca oraz odtrąbić ogromny sukces, że biedny Honduras "dorobił się" konstrukcji na skalę światową.

Reklama

Tego samego roku Amerykę Środkową nawiedził jeden z najbardziej niszczycielskich żywiołów - huragan Mitch. W ciągu czterech dni spadło 2000 mm deszczu - tyle, ile w Hondurasie zazwyczaj pada przez pół roku. Dla porównania - na nizinnych obszarach Polski średni roczny opad to zaledwie 500 mm.

Siła kataklizmu była ogromna, a fala powodziowa wywołana przez ogromne opady deszczu zmywała wszystko, co miała na swojej drodze. Choluteca z niepozornego cieku o średnim przepływie wody zamieniła się w rwącą rzekę o niespotykanej dotąd sile.

Tysiące budynków zostało zniszczonych. Drogi całkowicie rozmyte. Wiele mostów zerwanych, ale poza jednym. Most Wschodzącego Słońca wytrzymał napór olbrzymiej fali i praktycznie w nieuszkodzonym stanie przetrwał szalejący żywioł. Jednak obraz, jaki zobaczono po przejściu huraganu wprawił wielu w osłupienie.

Rzeka Choluteca wskutek fali powodziowej zmieniła bieg. Zamiast płynąć pod mostem jak dawniej, dosłownie opływała konstrukcję dookoła. Kilkusetmetrowy most znalazł się po prostu na środku zapiaszczonego brzegu bez żadnego połączenia z drogami, bo te, jak wspomniano, zostały zmyte przez huragan. Most zyskał nowe imię "mostu donikąd".

Wielu naukowców i inżynierów przytacza przykład mostu na honduraskiej rzece, jako dowód na to, że nie zawsze człowiek jest w stanie przewidzieć każde działanie natury. Budowniczym zeszło dokładnie pięć lat, aby odbudować okolicę po zniszczeniach kataklizmu oraz połączyć z powrotem most z drogą. W 2003 roku po "moście donikąd" z powrotem pojechały samochody. 

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: ciekawostki | huragany | honduras | ameryka łacińska | most

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje