Mordercza pielgrzymka: Tylko dla wiernych o mocnych nerwach

Hua Shan jest jedną z pięciu świętych gór taoizmu. „Hua” znaczy „kwiat” i nawiązuje do jej wierzchołków, które – oglądane z góry – przypominają płatki lotosu /East News

Wspinając się na górę Hua Shan, nie można mieć lęku wysokości. Droga prowadzi bowiem setki metrów nad przepaścią, po zwykłych deskach o szerokości 30 centymetrów przytwierdzonych do pionowej skały...

Reklama

Mark Laurence zamyka na chwilę oczy i bierze głęboki wdech. Potem odpina linkę asekuracyjną, aby za pomocą kamery uchwycić panoramiczny widok z wysokości 2000 metrów nad poziomem morza. Od przepaści dzielą go zaledwie trzy centymetry.

Jego tętno galopuje, czuje, jak w żyłach płynie adrenalina. Po chwili mężczyzna z powrotem zaczepia pas uprzęży i kontynuuje wyprawę, nie odrywając wzroku od wąskiego, drewnianego podestu pod nim...

Reklama

Mark jest jednym z tysięcy poszukiwaczy przygód i  pielgrzymów, którzy każdego roku próbują wspiąć się na Hua Shan. Od setek lat największa z pięciu świętych gór w Chinach przyciąga ich swą magiczną siłą. Wędrówka na jej szczyt ma odsłonić przed wyznawcami taoizmu zagadkę wieczności.

Tymczasem wspinaczkę po stromych ścianach skalnych już wielu przypłaciło życiem - nieoficjalnie mówi się o nawet stu osobach rocznie. Większość ludzi ginie zimą, gdy wąska ścieżka prowadząca na wierzchołek jest oblodzona i niesamowicie śliska.

Możliwości zdobycia góry są trzy. Wariant dla wygodnych to kolejka linowa, wprawni wędrowcy mogą wybrać wspinaczkę po schodach, a na wszystkich śmiałków, którzy nie boją się ryzyka, czeka legendarna "podniebna drewniana kładka", która wije się wzdłuż Szczytu Południowego na długości ponad 50 metrów.

Schody są tak strome, że przypominają drabiny

Już na początku trasy pojawia się złowieszcze ostrzeżenie. Słowa wyryte w skale są dobrą radą dla wędrowca: "Zawróć!". Ten, kogo to nie odstraszy, podobnie jak perspektywa pokonania niemal 4000 stopni tak zwanych "schodów do nieba", dotrze wąskimi ścieżkami przez wąwozy oraz wzdłuż stromych ścian skalnych do Szczytu Północnego.

Tym samym pokonana zostanie najkrótsza trasa prowadząca na najniższy z pięciu wierzchołków. Na wysokości 1600 metrów rozpościera się malownicza kotlina otoczona Szczytami Wschodnim i  Zachodnim góry Hua Shan. Mark Laurence ignoruje palący ból w nogach i wybiera szlak prowadzący na Szczyt Południowy, najtrudniejszą część trasy.

Ponownie trzeba wspiąć się po tysiącach schodów. Stają się one coraz bardziej strome, przypominając raczej wykute w ścianie drabiny.

Miejscami to już tylko zagłębienia w skale, w które wkłada się stopę, by następnie -  trzymając się zardzewiałych łańcuchów - piąć się szlakiem w górę. Jaki jest stan tych służących za oparcie dla stóp kamiennych wnęk?

Wystawione na działanie wiatru, deszczu i śniegu, w ciągu stuleci uległy erozji i są mocno zużyte. Gdy Mark wreszcie przedziera się do najwyższego punktu, na wysokość 2160 metrów, czeka go prawdziwy sprawdzian odwagi. Za pomocą karabińczyka musi przypiąć się do napiętej, prowadzącej w dół stalowej liny przymocowanej do skały, a następnie zejść po metalowych prętach w głęboką na 10 metrów szczelinę.

Udało się! Przed nim wije się teraz legendarna wąska kładka na pionowej skalnej ścianie. Cieszy się, że zabrał ze sobą uprząż wspinaczkową. Podczas gdy balansuje na drewnianej ścieżce o szerokości 30 cm, obok niego zionie przepaść, a  wiatr szarpie jego ubraniem. Tutaj na górze nawet w pogodne dni osiąga prędkość do 60 km/h...

A co, jeśli ktoś idzie  z naprzeciwka?

Mark co dwa metry musi przechodzić na inne deski i przepinać uprząż do kolejnych lin. Trzeszczące pod nim drewno budzi obawy. Co będzie, jeśli zacznie padać deszcz? Gdyby się pośliznął, spadłby kilka metrów, aż do miejsca, w którym zakotwiczenie stalowej liny zatrzymałoby upadek.

W takiej sytuacji nieszczęsnego wędrowca czekają obrażenia od gwałtownego zderzenia ze ścianą. Oczywiście pod warunkiem, że karabińczyk się nie złamie, a lina nie zerwie. Na końcu drewnianej ścieżki znajduje się mały płaskowyż. Kiedy tam dociera, Mark robi sobie krótką przerwę i rusza w  drogę powrotną do kotliny - dokładnie po tych samych sfatygowanych deskach.

W ciągu ostatnich lat góra Hua Shan stała się prawdziwą atrakcją. Po jej zboczach, w kierunku licznych świątyń i klasztorów, wspinają się nie tylko pobożni pielgrzymi, ale także spragnieni wrażeń turyści. Zwłaszcza tutaj - na mrożącym krew w żyłach odcinku biegnącym po kładce - ruch z przeciwnego kierunku może mieć fatalne konsekwencje.

Dwie osoby przeciskające się obok siebie na wąskiej ścieżce nad przepaścią? To zbyt niebezpieczne. Nawet jeśli mięśnie potwornie bolą, a nogi drżą ze strachu, nie pozostaje wtedy nic innego, jak przejść do najbliższego szerszego miejsca i przepuścić osobę idącą z  naprzeciwka. Trzy kwadranse później Mark Laurence znowu czuje twardy grunt pod stopami. Zlany potem, przez chwilę zastanawia się, czy nie pokonać reszty drogi w dół kolejką linową. Ale ostatecznie jego ambicja wygrywa ze zmęczeniem... 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje