Reklama

Mój Amsterdam. Rower osobisty

Jednak rowery przewyższają wszystko swoją liczebnością i urodą w Amsterdamie - tu znalazłam potwierdzenie innej wersji powiedzenia "my home is my castle" - mój dom moją twierdzą. Mój rower - moją twierdzą. Rowery są tu bardzo osobiste, zwłaszcza kobiet.

Reklama

Są jak torebki, kapelusze, rękawiczki - widzisz rower, wyobrażasz sobie, jaka jest jego właścicielka. O ilościach rowerów można powiedzieć, że są to tłumy rowerów - przymocowane, przypięte, postawione, podwieszone nad kanałami z obydwu stron balustrad przy mostkach, cisnące się obok siebie. Wiele z nich nie ginie w tłumie - to właśnie rowery osobiste.

Te męskie są z tablicami rejestracyjnymi, w kolorach z metalicznym poblaskiem, o nowoczesnej konstrukcji. Duże miejskie z wygodnym bagażnikiem albo o sylwetce "składaka" na niskich kołach i miękkim zawieszeniu - diabelnie drogie i modne, "speed-machines" z półleżącym fotelem i pedałami na wysokości fotela - bardzo szybkie, widać też dobrze zabezpieczone rowery z fotelowymi siedzeniami.

Aktualnie obiektami pożądania są rowerowe harley-davidsony. Kierownica rozłożysta, szeroki dosiad, pozycja jak na motocyklu, trochę takich widać na ulicach, wydatek od 800 euro. Te męskie rowery są albo drogie, markowe, albo byle jakie, ale nie noszą cech osobistych poza widocznym stanem kasy i stosunkiem do mody.

Kwiatowy ogródek w kolorze ecru okrywają koszyk, kolorowe kokardki przy kierownicy; czerwony, różowy, trawiastozielony rower z takimiż torebkami na zakupy; szprychy z przetkanymi kolorkami tęczy, do tego taki sam kask i fotelik dla dziecka. Wiklinowy fotelik na kierownicy roweru jak sprzed stu lat, czarnego ze złoceniami, z tyłu wiklinowy pojemnik na zakupy, zdobna kłódka przy łańcuchu zabezpieczającym - takie zjawiska przemykają co rusz pomiędzy tramwajami, innymi rowerami, pieszymi.

Piękna kobieta na wysokich obcasach o azjatyckiej urodzie pewnie prowadzi oswojone dzikie zwierzę - rower w cętki. Inna dosiada skutera w eleganckiej marynarce, bryczesach i oficerkach. Jak dobrze ujeżdżonego wierzchowca. Młoda dziewczyna wiezie na bagażniku koleżankę, obie w świetnych humorach przejeżdżają tramwajowe tory tuż przed nosem tramwaju.

Trencze, kurtki, zwiewne spódnice, mini spódnice, szpilki, kowbojki, czapki, kapelusze. Papierosy w dłoniach, dzwoniące komórki, kolorowe magazyny pod pachą.

Bukiety kwiatów wystające z kieszeni garnituru czy torby Coco Chanel, migające światła zapięte do długiego futra dumnej madame i jakiejś okryjbidy studenta - to wszystko noszą na sobie rowerowe siedziska, skrzętnie chowane pod foliami w deszcz; w futerkowe nakładki, jeśli robi się chłodniej.

Na noc parkowane są w przytulnych kątach domu czy garażu, w dzień czekają na swoje "panie", swoich "panów" gdzieś w Amsterdamie, w towarzystwie innych rowerów, czasem już bezpańskich. Czasem wiszą podpięte nad kanałem, dotykając się bokami z przepływającymi stateczkami, gondolami. Te rowery osobiste to Amsterdam.

Teraz widzę, jak nieosobisty jest mój własny rower.

Beata Dżon

MWMedia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje