Reklama

Liga Białoruska i Puchar Angoli hitem internautów. Gdzie jeszcze grają mecze?

Liga Białoruska pozostała jedyną niezawieszoną ligą piłkarską w Europie /Natalia Fedosenko/TASS /Getty Images

Świat sportu wstrzymał oddech w obliczu pandemii koronawirusa. Piłkarskie mistrzostwa Europy zostały przełożone na 2021 rok, największe ligi świata nie grają, z różnych krajów dobiegają kolejne informacje o zakażonych piłkarzach, jak Polak Bartosz Bereszyński. Natura kibica jest jednak przekorna i nie odda on walkowera wirusowi. Popularność zyskały niszowe dla Polaków rozgrywki jak liga białoruska, czy nawet... Puchar Angoli! Ich podstawowym wyróżnikiem jest to, że - wbrew zaleceniom WHO - wciąż się odbywają.

Reklama

W mediach społecznościowych kibice wymieniają się informacjami o meczach, których nikt jeszcze nie przełożył, równie chętnie co informacjami o świeżych dostawach papieru toaletowego do sklepów. "W okresie izolacji nawet Puchar Angoli nie boli. Zapewniam" - pisze ktoś, wrzucając link do starcia między Primeiro de Agosto a 11 Bravos de Maquis. 

Półfinałowe starcie na pustym stadionie w Luandzie śledzą w mediach społecznościowych fani z całego świata, pod transmisją umieszczając setki komentarzy. To, w połączeniu z drastycznym wzrostem popularności ligi białoruskiej, dowód na to, że futbol przetrwa najgorszą nawet zarazę. Miłość kibiców do sportu jest tak silna, że w obliczu zawieszenia wszelkich poważnych rozgrywek, wytrwale poszukują jakiegokolwiek sportowego wydarzenia w internecie, żeby zaspokoić futbolowy głód.

Reklama

- To rzeczywiście robi wrażenie. W ostatnim czasie zaobserwowaliśmy kilku, a nawet w niektórych przypadkach kilkunastokrotny wzrost liczby zakładów na ligę białoruską, rosyjską czy turecką. Dla kibiców mecze są jak tlen, więc nie dziwię się, że nawet w szczycie pandemii są w stanie znaleźć interesujące wydarzenia sportowe - mówi Mariusz Rzeczkowski, dyrektor ds. marketingu w firmie bukmacherskiej Totolotek.

Spośród szeroko rozpoznawalnych europejskich lig najdłużej koronawirusowi opierały się rozgrywki w Rosji i w Turcji. W czasie, kiedy w zachodniej Europie stadiony były już zamknięte na cztery spusty, polscy fani wciąż mogli świętować gola Grzegorza Krychowiaka w barwach Lokomotiwu Moskwa czy występy Michała Pazdana, Daniela Łukasika i Konrada Michalaka w barwach tureckiego Ankaragücü. 

Popularność rozgrywek, mimo że na trybunach brakowało fanów, z których żywiołowego dopingu słynie turecki futbol, błyskawicznie wzrosła, ale nie było to w smak piłkarzom. Jeszcze w czwartek, po wystąpieniu prezydenta Turcji Recepa Erdogana, wydawało się, że piłkarska Super Lig, ku zdziwieniu wszystkich obserwatorów, wciąż będzie grać. Jednak wtedy do głosu doszli piłkarze, którzy od dłuższego czasu wyrażali obawy o swoje zdrowie.

- Oddolne protesty piłkarzy były już bardzo widoczne i niewykluczone, że gdyby nie podjęta w piątek decyzja o zawieszeniu rozgrywek, przypadków takich jak John Obi Mikel - czyli odmówienia gry, a później rozwiązania kontraktu z klubem - byłoby więcej. Wśród głosów wyraźnie mówiących o tym, że rozgrywki powinny zostać zawieszone, były m.in. te Fernando Muslery i Radamela Falcao z Galatasaray czy niezwykle doświadczonych Selcuka Sahina i Erkana Zengina, występujących obecnie na zapleczu Super Lig. Gdyby władze się nie ugięły, mogłoby dojść nawet do bojkotu rozgrywek przez samych graczy - analizuje Filip Cieśliński, ekspert od tureckiego futbolu i autor "Turkish Delight", przewodnika po tamtejszej piłce nożnej.

materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje