Reklama

Lekarze w górach. Bohaterowie drugiego planu

Często się o nich nie pamięta. Lekarze biorący udział w ekspedycjach górskich pracują w najtrudniejszych możliwych warunkach / Frank Bienewald / Contributor /Getty Images

Reklama

Wstrząs psychiczny, jakiego doznał Francesco, spowodował, że poczuł się na tyle słaby i chory, że odmówił marszu w karawanie w dół, po ścieżce. Co było robić, musieliśmy go znosić. W Katmandu skubaniec ożył. Ale opowieść nie o tym. W bazie okazało się, że odmroził sobie palce u rąk. Gdzieś musiał zdjąć rękawice albo szedł, nie pilnując czucia w palcach. Mimo że było to poważne odmrożenie, udało się je uratować. Finalnego efektu nie widziałem, ale dostałem od niego list z podziękowaniami. 

Napisał, że palce są całe i nie ma na nich śladu za wyjątkiem dwóch blizn na kciukach.Chcę podkreślić, że leczenie się udało, bo pilnowaliśmy procedur. Francesco miał do mnie zaufanie i wykonywał polecenia sumiennie. Mimo niezbyt komfortowych warunków podczas schodzenia mierzyliśmy często temperaturę wody, w której rozmrażał dłonie - wspomina doktor. 

Reklama

Trzeba wiedzieć i zawsze brać pod uwagę to, że zamrożona stopa czy dłoń jest jak kawał lodu. Włożona do miski szybko ochładza wodę. Trzeba więc sprawdzać jej temperaturę co kilka minut. Optymalna jest między 38 a 42 stopnie.

− Tak też walczyliśmy z odmrożeniami stóp u Maćka Berbeki. Udało się połowicznie, stracił tylko końcóweczki palców u nóg, no i niestety, jeden duży paluch prawie cały mu odpadł - mówi Korniszewski. Na szczęście zostało tyle, by mógł założyć japonki, w których lubił chodzić, gdy robiło się ciepło.

To błędy lekarki - jak pisze Alek Lwow i potwierdza, pośrednio w cytowanym już raporcie zbiorczym, Jan Serafin - spowodowały, że Tadeusz Łukajtys, który odmroził się pod Dhaulagiri w 1983 roku, stracił wszystkie palce.

Psychiatra z Berlina Zachodniego Eva Demant, która była lekarzem wrocławsko-toruńsko-gdańskiej wyprawy na ten szczyt, nie miała kompletnie żadnej wiedzy, jak leczyć takie przypadki. Inna sprawa, że kierownik Wojciech Szymański nie zamówił też helikoptera i odmrożony schodził do cywilizacji ponad tydzień. Najpierw pieszo, potem konno. To z pewnością nie pomogło palcom. 

Gwoli sprawiedliwości - wszyscy zdobywcy zaatakowali szczyt bez odpowiedniej aklimatyzacji. To bardzo spowolniło marsz z ostatniego obozu i spowodowało, że oznaki choroby wysokościowej (szczególnie u Łukajtysa) dały się mocno we znaki. Łukajtys, popularny "Klaus", nałogowy palacz, mimo mrozu często ściągał rękawiczki, by zapalić, i w końcu je zgubił. A tuż pod szczytem, po wypaleniu kolejnego szluga, według relacji kolegów z gołymi rękami rzucił się na radzieckie czołgi, które pojawiły się, by atakować Afganistan.

Udało się go uspokoić, ale po nocy był w tak złym stanie, że schodząc, musiał korzystać z pomocy asekurującego, co bardzo opóźniało marsz i przyczyniło się do tego, że powiększyły się odmrożenia kolegów. W konsekwencji prócz Łukajtysa wszystkie palce u nóg stracił Jacek Jezierski. Długo leczył się też Mirosław Gardzielewski.

***Zobacz także***

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Lekarze w górach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje