Reklama

Kaźń po sąsiedzku

- Babciu, ratuj mnie! - dosłownie wyła dziewczynka. Pani Zofia zerwała się na równe nogi i popędziła do kuchni, skąd dobiegał głos dziecka.

Reklama

Tego widoku nie zapomni do końca życia. Czteroletnia Ania stała przy lodówce rozebrana do naga, cała sina z zimna i przerażenia. Na szyi miała psią obrożę. Smycz była tak umocowana do wysokich drzwiczek, że dziewczynka nie mogła się nawet schylić. Gdyby spróbowała usiąść albo zasłabła, udusiłaby się. Sąsiadka rzuciła się w kierunku dziecka. Była tak zdenerwowana, że drżącymi rękami ledwo zdołała rozplątać smycz. Otuliła płaczącą dziewczynkę swoim szalem i zaniosła do siebie. Za chwilę była pod drzwiami państwa J.

- Otwierajcie! - krzyczała, waląc w drzwi. Jednak nikt się nie odezwał.

Wyglądało na to, że nikogo nie ma w domu. Tym razem uznała, że tak tego nie zostawi. Podniosła słuchawkę, wykręciła numer 997.

- Proszę przyjechać. Tu się maltretuje małe dzieci!.

Dzieci jak inwentarz

Policjanci z sekcji dla nieletnich zjawili się na miejscu w ciągu kwadransu. Gdy spisywali zeznania roztrzęsionej pani Zofii, do domu wrócił Andrzej J. ze swoją małżonką.

- Oni mają jeszcze synka, pewnie go już zabili! - histerycznie krzyknęła staruszka.

Państwo J. byli bardzo zdziwieni całym zamieszaniem. Otworzyli drzwi swojego mieszkania. Policjanci weszli tam za nimi i zobaczyli małego Mateusza, który siedział przy tapczanie, oglądając obrazki w gazecie. Na nodze miał obrożę, a smyczą był przywiązany do mebla. W przeciwieństwie do siostry miał większą swobodę ruchów - mógł oddalić się od tapczanu na odległość około metra. Jak potem ustalono, tę "wolność" chłopiec zawdzięczał swojemu charakterowi. Był grzeczniejszy i spokojniejszy od Ani. Jego smycz mogła być dłuższa.

Dzieci natychmiast zabrano do pogotowia opiekuńczego. Wobec ich rodziców została wszczęta sprawa przed sądem rodzinnym o pozbawienie władzy rodzicielskiej. Niezależnie od tego, prokuratura zaczęła przeciwko nim śledztwo o znęcanie się nad dziećmi.

Opinia sądowej kuratorki, która przyszła z pierwszą wizytą do rodziny J., była nad wyraz pozytywna: "Nie widać śladów patologii - pisała pani kurator - Andrzej J. pracuje w zakładzie produkcyjnym, Beata J. zajmuje się wychowaniem dzieci. Nie zalegają z czynszem ani innymi opłatami, nie korzystają z zasiłków pomocy społecznej. W mieszkaniu jest skromnie, ale czysto. Dzieci są grzeczne i zadbane. Podczas mojej wizyty jadły obiad przygotowany przez matkę. Z relacji samych państwa J. oraz ich sąsiadów wynika, że nie nadużywają alkoholu ani nie wszczynają awantur."

Z takiej opinii wynikało, że J. są rodziną najzwyczajniejszą pod słońcem. Lecz gdyby opierać się tylko na tym, koszmar maluchów mógłby trwać jeszcze całymi latami. Na szczęście, stało się inaczej. Psychologiczne badania dzieci i ich rodziców pokazały straszną prawdę o tej pozornie spokojnej rodzinie.

Andrzej i Beata J. przed przyjazdem do Wrocławia mieszkali w Łodzi. Tam urodziło się ich pierwsze dziecko, Kasia. Postanowili zostawić ją w szpitalu. Dziewczynka znalazła inny dom, a oni nigdy się nią nie interesowali. Drugie dziecko przyszło na świat rok później. Tym razem zabrali je do domu. Mały Bartek był z nimi niespełna półtora roku.

- Był bardzo niegrzeczny, więc oddaliśmy go mojej matce - opowiadała bez cienia zażenowania Beata J.

Mateusza, a potem Ani, nie udało się tak łatwo pozbyć. J. musieli je wychowywać sami. Według psychologów, oboje wykazywali cechy psychopatyczno-sadystyczne. Wobec własnych dzieci nie czuli dosłownie nic. Zajmowali się nimi tak, jak żywym inwentarzem, a nie ludźmi. Matka opiekowała się nimi pozornie nienagannie, ale bez żadnych uczuć. Myła, karmiła, ubierała.

I to wszystko. Najmniejszego odruchu miłości czy choćby sympatii. Niejeden większym uczuciem obdarza chomika czy rybki w akwarium. Karał głównie ojciec. Bił paskiem po wyciągniętych dłoniach za najmniejsze przewinienie. Powody? Niedojedzona zupa lub zmoczona nocą pościel. Zdarzało się, że dziecko było karane tylko dlatego, że w nieodpowiednim momencie poprosiło o coś do picia.

Nauczyć dyscypliny

Ojciec bił metodycznie i precyzyjnie. Nigdy nie uderzał na oślep ani w emocjach.

- Nie byłem wtedy zdenerwowany - tłumaczył podczas śledztwa. - Ja tylko chciałem nauczyć dzieciaka porządku, nic tak dobrze nie uczy, jak pasek.

Jednak fakt, że potrafił bić w ten sposób nawet przez godzinę - do czego sam się przyznał - pozwalał przypuszczać, że sprawiało mu to po prostu przyjemność.

Matka w tym czasie spokojnie się przyglądała. Nigdy nie stanęła w obronie swoich dzieci, bo - jak powiedziała - nic złego się im nie działo.

- Ojciec powinien być surowy - twierdziła uparcie.

Po latach takiego traktowania Mateusz wyrobił w sobie obronne mechanizmy. Nauczył się być niemal niewidzialny. Nie sprawiał żadnych kłopotów rodzicom, nie rzucał się im w oczy i dzięki temu uzyskał trochę spokoju. Nie protestował nawet wtedy, gdy matka przywiązywała go do tapczanu. Zachowywał się jak posłuszny, wytresowany piesek.

Jednak Ania była jeszcze za mała, by sprostać wymaganiom rodziców. Niemal każdej nocy sikała do łóżka, chociaż wiedziała, że spotka ją za to kara. Dzieci nie wychodziły na zewnątrz nie tylko przez ostatnie dwa lata, gdy rodzina mieszkała we Wrocławiu. Także wcześniej, jeszcze w Łodzi, rodzice nie widzieli takiej potrzeby. Pilnowanie dwojga maluchów, np. podczas zabawy w piaskownicy, wydawało się im stratą czasu. No i - było przecież kłopotliwe. Za incydent z przywiązaniem Ani do lodówki, kiedy dziewczynka mogła stracić życie, oboje czuli nawet coś w rodzaju skruchy.

- No, może trochę przesadziłem - wyznał szczerze Andrzej J. - Ale na tę małą nic już nie działało, musiałem wymyślić ostrzejszą karę. A na ten pomysł wpadła żona.

Andrzej i Beata J. zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej, także wobec małego Bartka, którego ani razu nawet nie odwiedzili. Chłopiec został u babci, ale Mateusz i Ania musieli zamieszkać w "bidulu". Ani Beata J., ani jej mąż nie wydawali się za bardzo przejęci, że odbiera się im dzieci. Może nawet poczuli ulgę, że będą teraz mieli więcej spokoju...

W trakcie sprawy karnej okazało się, że Beata J. jest w kolejnej ciąży. Sąd nie miał wątpliwości, że oboje są winni znęcania się nad dziećmi. Jednak ze względu na ciążę Beaty J. oraz to, że rodzinę utrzymywał tylko Andrzej J., karę pozbawienia wolności zawiesił na trzy lata. Czy piąte dziecko małżeństwa J. ma szansę być szczęśliwsze od swojego rodzeństwa? Wydaje się to co najmniej wątpliwe.

Stara dobra patologia...

Małżeństwo J. wyprowadziło się z kamienicy w centrum Wrocławia. Obok pani Zofii zamieszkała para w średnim wieku. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie należą do szczególnie kulturalnych i nie stronią od alkoholu. Słysząc pijackie okrzyki za ścianą, starsza kobieta oddycha z ulgą.

Wreszcie jacyś normalni sąsiedzi - myśli sobie.

Alicja Giedroyć

Personalia bohaterów i niektóre okoliczności zdarzeń zmieniono.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje