Reklama

Kaźń po sąsiedzku

Jednak zabrał dziewczynkę z powrotem do mieszkania.

Reklama

Pani Zofia tej nocy długo nie mogła zasnąć. Była oburzona tym, co zobaczyła. Mimo wszystko - nie na tyle, by "wtrącać się w wychowanie".

Odgłosy uderzeń pasem za ścianą zdarzały się coraz częściej. Bite dziecko nigdy długo nie płakało. Słychać było tylko szybko tłumiony szloch, po którym razy wydawały się jeszcze bardziej wściekłe i mocne. Wszystko to trwało zwykle około kwadransa, niekiedy pół godziny, a czasem jeszcze dłużej. Jak można tak długo bić dziecko? - przemknęło czasem przez głowę sąsiadki. - Przecież on tego nie robi nawet w złości, on się po prostu pastwi.

Jednak coraz częściej w tych chwilach kobieta po prostu włączała głośniej telewizor. Starała się nie słuchać tego, co się dzieje u sąsiadów i nie wyobrażać sobie zapłakanej buzi Ani. A gdy w nocy widziała, że w toalecie na korytarzu świeci się światło, nawet nie próbowała pukać. Czekała tylko, aż ojciec zabierze w końcu małą do domu. Jednej z takich nocy wydawało się jej, że dziewczynka jest rozebrana do naga. W nieogrzewanej toalecie spędziła kilka godzin, przymusowo siedząc na nocniku. Pewnie kara musiała być z jakiegoś powodu bardziej dotkliwa, dziecko miało jeszcze dodatkowo zmarznąć...

Oduczyć złośliwości

Pani Zofia usiłowała nie myśleć o tym, co dzieje się po sąsiedzku. Jednak mimo podejmowania tych prób zobojętnienia na los dzieci zza ściany, serce kobiety czasem drgnęło. Raz zdarzyło się, że przez chwilę została w kuchni z dziećmi państwa J. Beata wyszła na parę minut do pokoju, zostawiając maluchy. Wykorzystując dobry moment, zaczęła rozmowę:

- Wy to jesteście bardzo grzeczni, nigdy nie słyszę, żebyście się bawili - zagadnęła. - Nie biegacie jak inne dzieci, nie krzyczycie...

- Nie możemy - nieoczekiwanie odpowiedział Mateusz. - Mama przywiązuje nas do tapczanu, jak jesteśmy niegrzeczni.

- Jak to? - pani Zofia sądziła, że się przesłyszała.

- No, normalnie. Za nogę. Tato kupił jej dwie smycze, takie jak dla psa - odparł chłopiec. - O, jeszcze mam takie czerwone pręgi od tego - dodał, podciągając nogawkę spodni. Powyżej kostki widniał wyraźny purpurowy ślad po krępowaniu nogi.

Kobieta aż się wzdrygnęła.

- Mateusz powiedział, że pani przywiązuje dzieci do łóżka jak psy. Dlaczego pani tak je dręczy? - zapytała Beatę J., gdy ta wróciła do kuchni.

Ta nie wydała się nawet za bardzo zmieszana niewygodnym pytaniem. Z zupełnym spokojem, jakby oznajmiała jakąś normalną sprawę, przyznała, że istotnie używa psiej smyczy do dyscyplinowania dzieci.

- Wie sąsiadka, trudno upilnować dwójki - wyjaśniała. - A kiedy wychodzę, chcę mieć pewność, że nie narozrabiają i nigdzie nie pójdą.

Staruszka nie wierzyła własnym uszom. Ta kobieta uważa, że nie robi nic złego! To było chore!

- Ale przecież one są naprawdę grzeczne, nigdy nie widziałam tak posłusznych maluchów - zaczęła łagodnie. - Nie trzeba ich przywiązywać. A to siedzenie małej na nocniku w nocy... Czy pani nie sądzi, że ona wtedy cierpi, że jest jej zimno, że może się boi sama tkwić w takim miejscu?

Jednak Beata J. machnęła tylko ręką:

- Nic jej nie będzie - odpowiedziała. - Mąż chce ją oduczyć sikania do łóżka. Samo gadanie nie pomaga, moczy się coraz częściej. Chce nam zrobić na złość. Mateusz też kiedyś się moczył, ale posiedział parę nocy na nocniku i się skończyło. No to wiemy, że to pomaga.

Ten spokojny wywód na temat skutecznych metod wychowawczych wstrząsnął panią Zofią. Nie odezwała się jednak już ani słowem. Uznała, że nie ma sensu rozmawiać z kobietą, która nie jest upośledzona umysłowo, ale nie rozumie, co robi własnym dzieciom. Wróciła do swojego mieszkania.

Surowość nie przestępstwo

Sprawa maltretowania dzieci z sąsiedztwa nie dawała jej już spokoju. Po południu spotkała się ze swoją przyjaciółką i opowiedziała jej wszystko, czego była świadkiem.

- Postanowiłam, że pójdę z tym na policję - zadeklarowała stanowczo.

- I jak myślisz, co to da? - przyjaciółka powstrzymała jej zapał. - Powiesz im, że dziecko siedzi długo na nocniku albo się skarży, że jest przywiązywane? Przecież to śmieszne, one nawet nie muszą mieć żadnych śladów. Policja na co dzień ma do czynienia z maluchami z melin, pobitymi, głodzonymi, zostawianymi bez opieki przez pijanych rodziców. Przy nich ci twoi sąsiedzi to anioły. A poza tym, jeśli na nich doniesiesz, to ten Andrzej może tobie zrobić krzywdę. Z tego, co mówisz, on nie jest całkiem normalny. Lepiej daj sobie spokój.

Trudno było nie przyznać przyjaciółce racji. Po dłuższym zastanowieniu pani Zofia uznała, że to rzeczywiście nie ma sensu. Poza tymi kilkoma incydentami, w których brała udział jako świadek (i to nie zawsze naoczny), rodzinie J. trudno było cokolwiek zarzucić.

W ich domu nigdy nie odnotowano awantur ani głośnych imprez, nikt do nich nie przychodził, a oni sami prawdopodobnie nawet nie pili alkoholu. Pani Zofia nigdy nie widziała któregoś z małżonków choćby nawet lekko podchmielonego. Tak, policja mogłaby stwierdzić, że oni po prostu są surowymi rodzicami. Może się to nie podobać, ale żeby karać? Niekoniecznie. Z ciężkim sercem pani Zofia przestała myśleć o interwencji.

Aż do pewnego styczniowego wieczoru...

"Babciu, ratuj!"

Tego dnia było wyjątkowo zimno. Trzaskający mróz za oknem, mocny chłód także w kamienicy.

- Brr! - wzdrygnęła się pani Zofia, wchodząc do kuchni. - Zimno jak w psiarni. Tu chyba jest z 5 stopni! Gdyby mieć normalnych sąsiadów, można by pomyśleć o jakimś ogrzewaniu. Choćby piecyk na prąd wspólnie kupić. Muszę z nimi o tym porozmawiać.

Szczelnie okrywając się wełnianym szalem, kobieta najszybciej jak mogła przygotowała sobie coś do jedzenia i natychmiast zabrała się z powrotem do pokoju. Zjadła, włączyła telewizor, przykryła się kocem i przysnęła na kanapie. Przyśniło się jej coś mało przyjemnego. Masz tak stać, aż ci pozwolę wrócić do mieszkania - ktoś mówił wyraźnie, cedząc każde słowo. - Za to, co dzisiaj zrobiłaś, zostaniesz tu do rana!

Pani Zofia ocknęła się na sekundę, ale wszędzie było cicho. Te senne koszmary... - westchnęła i znowu zamknęła oczy. Nie wie, jak długo leżała pod ciepłym kocem. Ze snu wyrwał ją krzyk Ani. Rozpaczliwy i bez wątpienia pochodzący nie ze snu, ale z najprawdziwszej rzeczywistości.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje