Reklama

Kaźń po sąsiedzku

Gdy małżeństwo J. wraz z dziećmi wprowadziło się do mieszkania w kamienicy w centrum Wrocławia, pani Zofia była zachwycona. Cieszyła się, że teraz będzie miała za sąsiadów normalną rodzinę, a nie podejrzane indywidua, jak dotychczas.

Było to dla niej o tyle ważne, że z sąsiadami łączyła ją wspólna kuchnia i toaleta na korytarzu. Przez ostatnie kilkanaście lat przez mieszkanie obok niej przewijały się najróżniejsze osoby. Zwykle jednak - delikatnie mówiąc - mało spokojne. Pijaństwo, awantury, zanieczyszczanie klatki schodowej, gdy któryś z pijanych domowników nie mógł trafić do łazienki - w tym miejscu były normą. A pani Zofia miała już swoje lata i marzyła tylko o spokoju.

Reklama

- Będziemy sąsiadami, jak to miło! - ucieszyła się na widok Andrzeja J., jego żony Beaty i dwójki małych dzieci. Ania liczyła sobie trzy latka, Mateusz pięć. Maluchy robiły wrażenie wyjątkowo grzecznych. Podały starszej pani sąsiadce rączki na przywitanie, przedstawiły się. Także Beata i Andrzej wyglądali na spokojnych ludzi. Oboje porządnie ubrani, zadbani, czyści - jakże różnili się od dotychczasowych lokatorów tego mieszkania.

Już od pierwszej chwili pani Zofia przekonała się, że byli bardzo nieśmiali. Tak przynajmniej odebrała ich powściągliwe zachowanie i unikanie odpowiedzi na jej pytania.

Podczas pierwszej rozmowy nie dowiedziała się nawet, skąd pochodzą.

- Spoza Wrocławia - usłyszała jedynie. Trochę ją to zdziwiło. Dlaczego to taka tajemnica? Stwierdziła jednak szybko, że zapewne przyjechali z małej wioski. Może są zakompleksieni i wstydzą się takiego pochodzenia?

Cicho, jakby nikogo nie było

Pierwsze tygodnie po wprowadzeniu się rodziny J. mijały rzeczywiście spokojnie. Pani Zofia podejmowała jeszcze kilkakrotnie próby nawiązania bardziej serdecznego kontaktu. Zagadywała, gdy spotkali się w kuchni, częstowała dzieci cukierkami. Nieustannie napotykała jednak mur milczenia. Także maluchy nie były wobec niej zbyt wylewne. Zanim sięgnęły po cukierka, zawsze wzrokiem szukały któregoś z rodziców. Brały słodycze dopiero wówczas, gdy ojciec lub matka na to pozwolili.

Dziwne dzieci - myślała o nich starsza pani. - Takie małe dzikuski, jakby bały się obcych. Zastanawiało ją nieraz, dlaczego zza ściany nie dobiegają jej niemal żadne odgłosy.

Nie spotkała się dotąd z tak małymi dziećmi, które by podczas zabawy siedziały cicho. Jakby ich w ogóle nie było. Nie miała jednak zwyczaju za bardzo interesować się cudzym życiem. Skoro nie udało się jej zaprzyjaźnić z nowymi sąsiadami, wkrótce dała spokój i przestała się nimi przejmować. Aż do momentu, gdy uświadomiła sobie, że nigdy nie widziała, by dzieci wychodziły z domu na

zewnątrz...

Rodzina J. mieszkała w kamienicy już kilka miesięcy. Andrzej J. każdego ranka gdzieś szedł, a wracał po południu. Prawdopodobnie - jak przypuszczała sąsiadka - wychodził do pracy. Beata J. najwyraźniej nie pracowała. Zostawała w domu z dziećmi, opuszczała kamienicę tylko na godzinę, dwie w ciągu dnia, po czym wracała z zakupami. W tym czasie Ania i Mateusz zostawali sami w domu. Matka nigdy nie zabierała ich ze sobą, choćby na krótki spacer. Może się boi, żeby się nie przeziębiły? - zastanawiała się pani Zofia. - Widać, takie są chorowite. Zimą trzymają je w domu, ale pewnie jak się ociepli, będą się bawić na dworze.

Podczas nieobecności matki rodzeństwo zostawało w mieszkaniu. Także wtedy nie było ich słychać. Mimo wszystko emerytce udało się w końcu nawiązać z dziećmi cień kontaktu. Bywało, że spotykała je na korytarzu same, gdy szły do toalety. Zwłaszcza mała Ania czasem odpowiadała na pytania starszej pani.

- Możesz do mnie mówić "babciu" - powiedziała jej pewnego dnia pani Zofia. Dziewczynka posłusznie skinęła głową.

Moja córka - moja sprawa

Przyszła wiosna. Tego roku zaczęła się gwałtownie, temperatury jak na marzec były wyjątkowo wysokie. Słońce świeciło, ptaki śpiewały, nawet rachityczna zieleń wokół starej kamienicy budziła się do życia. Inne dzieci już od dawna szalały po podwórku, biegając i wrzeszcząc wniebogłosy. Tylko Ania i Mateusz wciąż siedzieli w zatęchłym mieszkaniu - cisi i bez ruchu.

- Dlaczego pani nie wyprowadzi swoich dzieciaków na spacer? - pani Zofia odważyła się kiedyś zapytać Beatę J., którą spotkała w kuchni.

- One muszą siedzieć w domu - odburknęła kobieta, nie przerywając mieszania zupy.

- Ale dlaczego? - nie ustępowała sąsiadka. - Czyżby chorowały?

- Tak, nie mogą wychodzić - odparła matka.

Na kolejne pytanie już nic nie powiedziała. Zupełnie tak, jakby nie słyszała dociekań sąsiadki, jakież to straszne choroby uniemożliwiają wyjście na dwór w tak piękny, ciepły dzień. Wtedy właśnie starsza kobieta po raz pierwszy pomyślała, że z tą rodziną jest coś nie tak. Trudno było jej jednak dokładnie określić, na czym to "coś" polega.

Tamtego pamiętnego dnia pani Zofia widziała, jak Andrzej J. wraca do domu. Po kwadransie zza ściany usłyszała dziwne trzaski. Rytmiczny, nieznany jej dźwięk, jakby ktoś z całej siły, w zwolnionym tempie, klaskał w dłonie. Przez moment wydawało się jej, że słyszy także płacz dziecka. Wytężyła słuch. Nie, chyba jednak się jej wydawało. Odgłosy uderzania umilkły po kilkunastu minutach. U sąsiadów znowu zapadła grobowa cisza, która trwała już nieprzerwanie do wieczora. Podejrzany odgłos powtórzył się po kilku dniach. Tym razem sąsiadka wyraźnie słyszała stłumiony szloch dziecka. Nie wytrzymała.

- Co się u państwa dzieje?! - zapytała ostrym tonem, waląc pięścią w drzwi sąsiadów. - Co wy robicie tym dzieciom?!

Odgłosy ucichły. Pani Zofia jednak nie przestała się dobijać. Po chwili drzwi się otworzyły. Pojawił się w nich Andrzej J. Był zdyszany, czerwony na twarzy. W dłoni trzymał skórzany, szeroki pas. Sąsiadka jeszcze tylko zdołała dostrzec stojącą w głębi pokoju Anię. Po jej buzi bezgłośnie płynęły łzy.

- Niech się pani zajmie swoimi sprawami, nic pani do tego! To moje dzieci i moja sprawa - wysyczał mężczyzna i zatrzasnął drzwi, zostawiając osłupiałą staruszkę na korytarzu.

Później nie umiała wytłumaczyć nawet sobie samej, dlaczego wtedy nie zareagowała bardziej stanowczo i nie próbowała zaradzić niewątpliwej krzywdzie dziecka. Przecież nie była jedną z tych obojętnych osób, które spokojnie przechodzą obok cudzego nieszczęścia; przecież nie dotknęła jej powszechna choroba znieczulicy. A jednak nie zrobiła nic - ani wtedy, ani przez wiele kolejnych miesięcy.

Bachor musi mieć karę

Pewnej nocy pani Zofia musiała wstać do toalety. Było około godziny drugiej. Przez szybę dostrzegła, że w środku świeci się światło. Zapukała. Nikt się nie odezwał. Stwierdziła, że ktoś nie wyłączył kontaktu i otworzyła drzwi.

- O Boże! - krzyknęła na widok małej Ani, która spała na nocniku. - Dziecko, co ty tu robisz w środku nocy? Chodź, zabiorę cię stąd.

Obudzona dziewczynka nie chciała pójść z "babcią". Opierała się z całych sił.

- Muszę tu siedzieć, bo się zsikałam do łóżka - wyjaśniła. - Tato kazał mi tu być. Muszę poczekać, aż mnie sam zabierze.

Kiedy pani Zofia usiłowała przekonać Anię, żeby wstała z nocnika, w drzwiach toalety pojawił się ojciec dziewczynki. Był wściekły. Zanim sąsiadka zdołała wydusić z siebie słowa oburzenia, rzucił przez zęby:

- Niech mi się pani tylko nie wtrąca do wychowania! Bachor zasikał pościel, musiał mieć karę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje