Reklama

​Katastrofa nad jeziorem Nyos: Mordercza chmura zabiła 1746 ludzi

Nad jeziorem Nyos w Afryce doszło do jednej z najdziwniejszych katastrof naturalnych w dziejach ludzkości /Getty Images

Wszystko stało się w dosłownie kilka minut. Najgorszy był nie sam potężny wybuch, ale to, co uwolnił on do atmosfery. Makabryczne zdarzenie, do którego doszło nad jeziorem Nyos, do dzisiaj nie zostało w pełni wyjaśnione.

Reklama

Północno-zachodni Kamerun, noc z 21 na 22 sierpnia 1986 roku. Coś sprawiło, że pod wulkanicznym jeziorem Nyos aktywowała się istna naturalna bomba. Zbiornik, który utworzył się około 400 lat temu na kraterze wygasłego wulkanu, dosłownie eksplodował. 

Zgromadzona w nim woda wybiła na 90 metrów w górę, co naukowcy  nazwali wprost "małym tsunami". Wysokie fale czerwonej niczym krew wody z jeziora nie były jednak największym problemem.

Wynikiem eksplozji była ogromna chmura składająca się z dwutlenku węgla oraz innych trujących gazów. Jezioro w ciągu niecałych 20 sekund uwolniło 1,6 miliona ton CO2, który przez setki lat gromadził się pod jego powierzchnią. Cięższe od powietrza gazy zaczęły rozprzestrzeniać się po pobliskich terenach z prędkością blisko 100 kilometrów na godzinę. Pierwsza na ich drodze była wioska zamieszkana przez 800 osób. Z życiem uszło tylko sześć z nich.

- Nie mogłem się nawet odezwać. Kiedy poczułem tę woń w powietrzu od razu wstrzymałem oddech (...) Usłyszałem moją śpiącą córkę, która wydawała z siebie nienaturalne odgłosy. Dobiegłem do jej łóżeczka i padłem na podłogę. Zobaczyłem, że ona już nie żyje... - to słowa Josepha Nkwaina, który jako jeden z niewielu przeżył katastrofę.  

Reklama

Chmura dotarła nawet do osad oddalonych o 30 kilometrów od jeziora usuwając z nich chwilowo wszelkie zdatne do oddychania powietrze. Był środek nocy, większość ofiar umarła we śnie.

Łącznie zginęło 1746 osób i ponad 3500 zwierząt. Do dzisiaj jest to jedna z najdziwniejszych katastrof naturalnych w dziejach ludzkości.

Nagłe uwolnienie się ogromnych ilości dwutlenku węgla z jezior kraterowych nazywane jest erupcją limniczną. Uczeni wciąż nie wiedzą, co mogło ją wywołać. 

Wśród hipotez pojawiają się m.in. podejrzenia o małą aktywność wulkaniczną, do której mogło dojść na dnie jeziora wypełnionego CO2. 

Od 2001 trwają starania, aby nie do doszło do podobnego wypadku. Francuscy naukowcy zainstalowali specjalny system odprowadzający nadmiar dwutlenek węgla z Nyos. Do tego poziom CO2 jest na bieżąco monitorowany. W teorii sytuacja z 1986 roku nie powinna się już powtórzyć. 

Jak do tej pory zarejestrowano tylko dwa przypadki erupcji limnicznej. Uczeni zwracają uwagę, że zagrożone jest nie tylko Nyos, ale również znajdujące na granicy Demokratycznej Republiki Konga i Rwandy jezioro Kiwu. Woda zbiornika o powierzchni ponad 2500 kilometrów kwadratowych jest przesycona metanem, a znajdujące się przy nim miasta zamieszkuje łącznie ponad półtora miliona ludzi. O zabezpieczeniach przed ewentualną katastrofą nikt tu jednak nie słyszał...

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nyos | jezioro | erupcja limniczna | kamerun | dwutlenek węgla | katastrofy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje