Reklama

​Kara za złamanie kwarantanny? Zamknięcie w nawiedzonym domu

Wioski w Indonezji często nawiedzają klęski żywiołowe, więc znalezienie opuszczonego domu nie jest problemem /Keow Wee Loong / Barcroft Media /Getty Images

Na całym świecie ludzi potencjalnie zakażonych koronawirusem - mających styczność z chorymi bądź przybywających spoza granic państwa - obejmuje się 14-dniową kwarantanną, aby zminimalizować ryzyko dalszego rozprzestrzeniania się choroby. Jednak wszędzie znajdą się tacy, którzy za nic mają sobie odpowiedzialność społeczną i zdrowie innych. Lokalny polityk z Indonezji, mając dość lekkomyślnego zachowania niektórych mieszkańców swojej prowincji, posunął się do drastycznych metod.

Z początkiem kwietnia prezydent Indonezji wprowadził w całym kraju stan wyjątkowy w związku z epidemią koronawirusa. Wszystkie duże miasta zostały odcięte, a ruch w kraju ograniczony. Część z osób pracujących w metropoliach postanowiła wrócić do swoich rodzin w mniejszych miejscowościach. Zgodnie z przepisami każdą z nich obowiązuje dwutygodniowa kwarantanna.

Reklama

Kusdinar Untung Yuni Sukowati, regent kapubatenu (indonezyjskiego odpowiednika powiatu) Sragen, zauważył, że większość przybywających z zewnątrz mieszkańców nie stosuje się do zaleceń pozostania w domu. Na nic zdały się jego prośby, więc musiał zastosować zdecydowane metody i wykorzystać strach prostego ludu przed mocami nadprzyrodzonymi. Nakazał zamykać każdego, kto nie przestrzega zasad kwarantanny w opuszczonych budynkach, o których mówi się, że są nawiedzone.

- Sami mieszkańcy mnie o to poprosili - mówi w wywiadach polityk. - Docierały do mnie liczne prośby o znalezienie jakiegoś sposobu na zmuszenie tych osób do pozostania w domach. W całym regionie mamy kilka opuszczonych budynków, szkoły albo domy mieszkalne. Zezwoliłem na odizolowanie ich właśnie tam, jeśli zajdzie taka konieczność. Oczywiście obserwujemy ich i dostarczamy im żywność.

Kilka wiosek w dystrykcie już wprowadziło nowe przepisy w życie. W miejscowości Sepat trzech nieposłusznych obywateli zamknięto w starym, rzekomo nawiedzonym domu. Z kolei w Plupuh do odciętej od reszty zabudowań chatce, stojącej pośrodku pola ryżowego, wysłano dwie osoby. Efekt psychologiczny najwyraźniej zadziałał, bo liczba zgłoszeń o łamaniu zasad spadła.

- Ci ludzie początkowo sami zgłosili się jako kwalifikujący się do kwarantanny - tłumaczy Sukowati. - Po paru dniach jednak złamali jej zasady i przestali się izolować. Proszę mnie nie zrozumieć źle: Jeśli zostaliby w swoich domach przez dwa tygodnie, nie musielibyśmy podejmować takich kroków. Byli mądrzejsi, więc zamknięto ich w nawiedzonym domu.

Sami zainteresowani twierdzą, że choć izolacja daje im się w znaki, to nie jest tak źle. W budynkach rzeczywiście można usłyszeć w nocy różne dźwięki tajemniczego pochodzenia, ale większym zmartwieniem zamkniętych tam osób jest to, że nie mogą zobaczyć się ze swoimi rodzinami. Władze mają nadzieję, że ze strachu przed uwięzieniem w nawiedzonych domach, więcej ludzi będzie stosować się do zaleceń związanych z kwarantanną.

***Zobacz także***

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje